Obowiązki tato-mamy

„Zazwyczaj o wszystkim pamiętam – pocieszyła mnie Dottie, wrę­czając mi po drodze na lotnisko kilka kartek. – Mam nadzieję, że będą pomocne w utrzymaniu domu i rodziny w porządku.”

Punktem pierwszym na liście było budzenie dzieci o 630 i wypra­wienie ich do szkoły. Nic prostszego, pomyślałem sobie, i tak będę wstawał o 230 nad ranem, żeby zdążyć z ukończeniem książki na czas.

Kolejne punkty nie wyglądały już tak bezproblemowo. Na przy­kład, trzeba.było przygotować drugie śniadanie do szkoły: pół sandwicza, jakieś owoce i po przekąsce dla każdej z dziewczynek (…) cały sandwicz, sporo owoców i dwie przekąski dla Seana (…) ponadto przygotować drobne, żeby mogli sobie kupić coś do picia.

„Chyba przygotuję im to już wieczorem” wymamrotałem pod nosem i zająłem się dalszym studiowaniem listy, na której Dottie wyszczególniła godzinę rozpoczęcia zajęć w szkole każdego z dzieci. Każde z nich chodziło do innej szkoły, godziny rozpoczęcia lekcji też były różne, ale wyglądało na to, że dam sobie radę – aż dotarłem do śniadania.

No tak, co ze śniadaniem? Niestety, gotowanie nie jest moją mocną stroną, toteż jedynie na co będzie mnie stać, to płatki z mlekiem albo będziemy musieli jadać gdzieś na mieście. Skończyło się na tym, że na śniadania chodziliśmy przeważnie do naszej ulubionej małej restauracyjki.

Kiedy podrzuciłem już dzieci do szkoły, mogłem wrócić do domu i zasiąść do pisania, by niedługo potem szykować się już do przywie­zienia ich ze szkoły. Z Katie nie było problemu, bo nie chodziła w tym okresie na żadne treningi i musiałem tylko pamiętać o przypadających na środę kursach krawieckich. Z Kelly i Seanem nie szło już tak łatwo. Obydwoje grali w koszykówkę i codziennie po szkole mieli treningi. Sean był właściwie w dwóch drużynach i musiał dotrzeć na dwa tre­ningi w różnych częściach miasta.

No tak, poza treningami były jeszcze mecze. Jeśli dobrze pamię­tam, Sean miał ich mieć trzy, a Kelly co najmniej dwa. Większość z nich odbywała się w Julian, ale na jeden mecz Seana trzeba było jechać do Ramona. Na wszystkie dotarliśmy, poznając przy okazji wszystkie drogi i dróżki prowadzące przez góry.

Teraz rozumiem, dlaczego Dottie mówi czasem o sobie jako o taksówkarzu, jeżdżąc tam i z powrotem, przywożąc i odwożąc na­sze dzieci i ich kolegów. Przypomniała mi się widziana gdzieś na samochodzie nalepka. Czyż nie brzmi to prawdziwie: „Jeśli miej­sce matki jest w domu, to czemu, do licha, ciągle siedzi w samo­chodzie?”

No i obiady. Powtarzam, nie umiem gotować. Za gotowanie brała się Kelly lub Sean albo chodziliśmy gdzieś na miasto. Zdarzyło się to kilka razy. Kiedyś dzieci zrobiły spaghetti (całkiem niezłe), a przez kilka wieczorów ratowaliśmy się potrawami z kuchenki mikrofalowej (zadziwiająco smacznymi).

Po obiedzie było odrabianie lekcji albo odwoziłem starsze dzieci na spotkania młodzieżowe w kościele. Sean miał je we wtorki wieczo­rem, Kelly w środy – i znowu byłem bezpłatnym taksówkarzem. Na szczęście do kościoła mieliśmy tylko półtorej mili.

Chodzenie spać pociągało za sobą kolejne kłopoty. Oczywiście, każde z dzieci miało swoje własne zdanie na temat pory pójścia spać. Kelly, nasz „nocny Marek”, zawsze kładła się ostatnia i snuła się potem nieprzytomna przez pół ranka. Ranny ptaszek Sean kładł się przeważnie dość wcześnie i wstawał rano rześki jak skowronek. Katie nie zaliczała się do żadnej z grup. Była i tym, i tym, zależnie od tego co robiła i co się akurat działo.

A ja? Mając terminy na karku, wstawałem codziennie o 2 i z przyjemnością chodziłem spać z kurami. Zanim się położyłem, mu­siałem przygotować drugie śniadania i ubrania dla dzieci. Zawsze mi się wydawało, że moje dzieci umieją się ubierać same, ale dziesięć dni „matkowania” wyprowadziło mnie z tego błędu. Okazało się, że pewne rzeczy można założyć tylko z takimi a nie innymi, a pewne kolory koniecznie musiały występować razem.

Musiałem wszystko to przygotować, toteż kolejnym zajęciem oka­zało się pranie. Tak naprawdę, dotychczas zdarzyło mi się robić pranie kilka razy. Obficie sypiąc do pralki uniwersalny proszek do prania, zastanawiałem się, jak to u licha jest, że to się tak szybko zużywa – a do tego było nas o dwoje mniej!

Gdzieś w połowie tego okresu tato-mamowania zdałem sobie na­gle sprawę z objawionej przez Dottie umiejętności przewidywania – zabrała ze sobą Heather.

„Co by było, gdybym musiał jeszcze zająć się naszą trzyletnią Heather?”, mówiłem sobie głośno. Wolałem w ogóle się nad tym nie zastanawiać.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.