Archive for the ‘Zauważ właściwe działania dzieci’ Category

Nie ustają w walce ze starą Nemezis

Trudno przełamać stare nawyki. Jeśli przestanę się kontrolować, powrócę do punktu wyjścia, kiedy to czekałem tylko na błędy moich dzieci, zamiast dostrzegać ich właściwe zachowania. Przyjęcie takiego nowego podejścia to zadanie na całe życie i do dzisiaj ciągle walczę z pokusą wychowania opartego na „świętym Bożym gniewie”. Gdy moje dzieci coś nabroją, w pierwszej chwili odczuwam naturalną skłon­ność do ukarania ich. Pomimo wysiłków ciągle drzemią we mnie dawne przyzwyczajenia.

Istnieją dwie bariery, które należy pokonać. Jedną, już wcześniej wspomnianą, stanowią dawne przyzwyczajenia. Jeśli ich nie przezwy­ciężę, nowa metoda nie da żadnych rezultatów. Rozumiem wartość tego podejścia. Rozumiem też jego ważność, ale jeśli nie będę sobie codzien­nie o tym przypominał, przegapię wszystkie okazje i wkrótce zupełnie o tym zapomnę.

Drugą przeszkodą jest Szatan, który istotnie krąży , jak lew ryczą- cy”(Pierwszy List św. Piotra 5,8), a jego najmocniejszą bronią jest racjo­nalne usprawiedliwienie. Mógłbym sobie z łatwością powiedzieć, że mój ojciec był nałogowym alkoholikiem. Nigdy nie starał się mnie zaakceptować i doceniać, a przecież wszystko i tak dobrze się skoń­czyło.

Byłoby to jednak tylko wymówką od odpowiedzialności rodziciel­skiej. Poza tym moje dzieci dorastają w kulturze całkowicie odmiennej od tej, w której ja wzrastałem. Muszą stawić czoła naciskom, których w ogóle nie było w czasach mojego dzieciństwa. Potrzebna jest im wszelka możliwa pomoc.

Staram się je akceptować i doceniać, dzięki temu dokładnie wie­dzą, dlaczego skłaniam je do największego wysiłku. Robię wszystko co w mojej mocy, by Katie i Sean byli jak najlepiej przygotowani do życia w dzisiejszym świecie chorobliwie ostrej konkurencji. Wszyscy musimy jednak sprostać jej wymaganiom. W następnym rozdziale Dick omówi pozytywne i negatywne aspekty konkurencji oraz wskaże, jak pomóc dzieciom w osiągnięciu doskonałości bez popadania w pu­łapkę perfekcjonizmu.

 

Dają swobodą w osiąganiu sukcesów

Istotnie, mamy do czynienia z bardzo delikatną sytuacją. Najlepsze z niej wyjście to zacząć od akceptacji, a następnie stosować pochwały.

Obdarzmy swoje dzieci takim poczuciem bezpieczeństwa, miłości i włas­nej wartości, aby miały także swobodę w popełnianiu błędów. Wtedy będą mogły zdobyć spokój ducha i wykorzystać w pełni swoje możliwości. Bez względu na to, czym się zajmują- zdobywaniem dobrych stopni w szkole, zawodami sportowymi lub czymś innym – podejdą do tego, kierując się poczuciem własnej wartości a nie desperackimi usiłowaniami zdobycia uznania. Moje ulubione powiedzenie brzmi:

Bardziej od osiągnięć doceniam starania moich dzieci,

a wartość mojego dziecka jako człowieka

stawiam ponad jego wysiłki.

Często spotykam się z pytaniem, czy docenianie wysiłków dziecka może stać się swojego rodzaju impulsem, który pchnie dziecko w amok osiągania przez całe życie sukcesów. Jest to oczywiście możliwe, ale według mnie najlepszą przed tym obroną jest nieustanne akceptowanie dziecka, a następnie okazywanie mu swojego uznania. Bez względu na to jak długi będzie to proces, nigdy nie uda mi się osiągnąć doskonałości w tych poczynaniach. Zawsze muszę być takim ojcem, który akceptuje swoje dzieci i docenia ich wysiłki.

Ostrożnie rozdzielam pochwały

Po tych wszystkich uwagach na temat pochwał muszę sformuło­wać pewne ostrzeżenie. Jeśli dzieci nie są całkowicie pewne, że bezwa­runkowo je akceptujecie, pochwały i wyrazy uznania mogą być przez nie odbierane jako manipulacja. Dziecko zaczyna kierować się koniecz­nością osiągania sukcesów, rozumując następująco: JEŚLI się posta­ram… JEŚLI dostaną piątką… JEŚLI będą grzeczny w domu… WTEDY rodzice mnie docenią.

Życie opierające się na przymusie sukcesu powoduje powstanie poczucia winy. Gdy zadaję dorosłym pytanie, czy doznali kiedyś po­czucia winy z powodu jakiegoś niepowodzenia, niemal wszyscy odpo­wiadają twierdząco.

Dlaczego? Czy niepowodzenie ma cokolwiek wspólnego z moral­nością? No właśnie w tym leży sedno sprawy. Gdy coś się nam nie powiedzie, nie odczuwamy wstydu w takim samym stopniu jak winy. To właśnie wstyd powoduje, że nie jesteśmy w stanie siebie zaakcep­tować, ponieważ w rzeczywistości opieramy nasze życie na przymusie sukcesu. Tak było i ze mną w okresie dorastania, zawsze musiałem osiągać sukces, zdobywać uznanie, którego nie okazywał mi ojciec.

Dlatego właśnie staram się dzieciom NAJPIERW dać odczuć, że są akceptowane, a dopiero POTEM okazywać im uznanie. Dwoje moich najstarszych dzieci, Kelly i Sean, dostają w szkole prawie same piątki. Gdy przynoszą dzienniczki uczniowskie, siadam razem z każdym z nich i rozmawiamy o wynikach.

Rozmowy te przybrały już niemal rytualny charakter. Jeśli jes­tem zadowolony z ich dobrych wyników, mówię im równocześnie: „Jeśli nawet nie przynieślibyście piątek i tak kochałbym was równie mocno.”

Kiedy ostatnio zacząłem wygłaszać Seanowi moją stałą przemowę na ten temat, dał mi kuksańca, mówiąc:

-   Wiem tato, nawet gdybym nie przyniósł piątek i tak kochałbyś mnie tak samo.

-   To prawda – przytaknąłem.

Wtedy Sean uśmiechnął się i z błyskiem w oku powiedział:

-    Ale cieszysz się, że przyniosłem piątki?

Muszę przyznać, że Sean mnie przyłapał, ale nie mam o to do niego żalu.

W Księdze Powtórzonego Prawa 10,13 Pan Bóg mówi dzieciom Izraela, że daje im przykazania dla ich własnego dobra. Wzorując się na tym, pragnę wychowywać swoje dzieci – czyniąc także i to, co nie jest dla mnie przyjemne, ale służy ich dobru i rozwojowi.

-   Tak – odpowiedziałem Seanowi. – Cieszę się z twoich piątek, bo jesteś dobrym uczniem. Gdybyś dostawał trójki i czwórki, nie byłbym tym zachwycony i podjąłbym odpowiednie kroki, byś się podciągnął. Jeśli stać by cię było na piątki, a ja patrzyłbym spokojnie jak przynosisz trójki i czwórki, oznaczałoby to, że się o ciebie nie troszczę.

W przypadku Katie sprawy mają się inaczej. Nie wywieramy na nią wraz z Dottie zbyt wielkich nacisków, ponieważ dostaje ona zawsze stopnie gdzieś pomiędzy trójką plus a czwórką. Skąd wiemy o różnicy w zdolnościach naszych dzieci? Obserwujemy je, pracujemy wraz z ni­mi i zachęcamy do wysiłku. Zawsze wiemy, co przerabiają w szkole i jak radzą sobie z materiałem.

Często kontaktujemy się z ich szkołą. Dbamy wraz z Dottie o dob­re stosunki z nauczycielami naszych dzieci. Doceniamy ich wkład pracy, a oni – nasze zainteresowanie. Nauczyciele wiedzą o naszym zaangażowaniu i mówią nam zawsze prawdę.

Chciałbym, by Sean i Kelly zrozumieli, że jeśli pozwolę im przejść przez szkołę średnią tylko z nielicznymi piątkami, albo zupeł­nie bez nich, to zawiodę ich zaufanie, wskutek czego to im przyjdzie zapłacić za to cenę w dalszym życiu. To samo dotyczy Katie. Jeśli pozwolimy jej na obniżenie poziomu i poniechanie starań o trójki plus i czwórki, na które z pewnością ją stać, zawiedziemy tym samym i jej zaufanie.

Wszyscy ciągle się uczymy

Przede wszystkim musimy pamiętać, że każdy z nas chciałby usłyszeć słowa uznania. Jednak wielu ludzi dorasta, odczuwając brak akceptacji i pochwał. W rezultacie zaczynają się odnosić po­dejrzliwie do wyrazów uznania sądząc, że ktoś chce ich w ten sposób omamić i podstępnie oszukać. Tak jest i w mojej rodzinie. Jeszcze dzisiaj, po sześciu czy siedmiu latach stosowania przez mnie nowych zasad wychowawczych, dzieci nie zawsze mi wierzą. Od czasu do czasu zdarzają się nam takie zabawne rozmowy. Wołam jedno z dzieci i mówię:

-    Hej, muszę z tobą porozmawiać.

-    Oj tato, czy coś się stało?

-    Nie, chciałem cię tylko pochwalić za to, co właśnie zrobiłeś!

I wtedy mówię, jak wspaniale mu się coś udało. Mimo to, zwłasz­cza Kelly i Seanowi, zdarza się po usłyszeniu moich komplementów powiedzieć:

-    Daj spokój, tato. Powiedz w końcu o co ci chodzi?

Wtedy uśmiecham się tylko i nie przerywam pochwał – szczerych, entuzjastycznych, a nawet przesadnych – ponieważ wiem, jak bardzo ich potrzebują i w jakiej formie lubią je słyszeć.

Sądzę, że wszyscy się uczymy. I ja, i one. Spostrzegłem, że im więcej zauważę rzeczy godnych pochwały i odpowiednio je podkreślę, tym rzadziej muszę karcić dzieci za niewłaściwe zachowanie. Pochwała zachęca do pożądanych zachowań, natomiast okazji do karcenia mam o wiele mniej niż poprzednio.

Do tej pory na przykład ciągle musiałem strofować Kelly za rozrzucanie ubrań po całym pokoju. Postanowiłem więc zwrócić uwa­gę. gdy powiesi je na wieszaku i za to ją pochwalić. Chociaż nie mogę powiedzieć, że odniosłem już całkowity sukces w tej dziedzinie, poch­wały przynoszą jednak pożądane rezultaty i Kelly o wiele rzadziej pozostawia swoje rzeczy w nieładzie.

Przedtem przestrzegałem wielokrotnie Heather, by ostrożniej pieś­ciła swojego kotka. Zacząłem ją chwalić, gdy tylko spostrzegłem, że postępuje z nim nieco delikatniej. Pomogło i tym razem, czym z pew­nością zasłużyłem sobie na, zwłaszcza kocią, wdzięczność!

Docenianie ma swój rodowód w Biblii

Podczas studiów nad Pismem Świętym odnalazłem w nim wiele przykładów obdarzania pochwałami. Po chrzcie Jezusa, dokonanym przez Jana Chrzciciela, Ojciec z Niebios pochwalił go, mówiąc: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (Ewangelia wed­ług św. Mateusza 3,17).

Jeśli Bóg-Ojciec pochwalił (otoczył chwałą) swojego Syna na oczach całego świata, to mam dobry przykład, by chwalić swoje dzieci zarówno w domu, jak i poza nim.

Apostoł Paweł zawsze obdarzał pochwałami swoje „duchowe dzieci” w kościołach, które założył, kilkakrotnie nawet wyróżniał nie­których specjalnymi zachętami. Na przykład pisał do Tymoteusza, że zachowuje o nim nieprzerwaną pamięć w swoich modlitwach i pragnie go zobaczyć, bowiem wspomnienie jego wiary napełnia go radością (patrz Drugi List do Tymoteusza 1,3-5).

Jeśli Paweł znalazł czas na chwalenie swoich „duchowych dzieci”, to mam dobry przykład, by znaleźć czas na pochwalenie moich – danych mi przez Boga dzieci, bym je wychowywał i kształtował.

Paweł był w pewnym sensie kimś w rodzaju „one-minute mana­ger”. I chociaż musiał pełnić rolę dyscyplinującą, zwłaszcza wobec Kościoła korynckiego, starał się odnajdywać czyniących dobre uczynki chrześcijan i nie ociągał się z pochwałami i słowami zachęty.

Zniknęła moja ojcowska schizofrenia

Z jednej strony próbowałem zaakceptować moje dzieci, z drugiej jednak karałem ja za przewinienia, aż w końcu popadłem w swojego rodzaju schizofrenię! Wszystko to jednak na szczęście minęło, gdy odwróciłem hierarchię ważności. Zamiast skupiać się na błędach, za­cząłem świadomie zwracać uwagę na właściwe postępowanie dzieci. Postanowiłem dostrzegać codziennie przynajmniej dwa pozytywne zachowania u każdego dziecka, a następnie nie zapomnieć pochwalić go za to. Nie wiem, czy dzieci natychmiast zauważyły moją „nagłą przemianę”, ale dla mnie była ona wyraźna. Całkowicie zmienił się mój sposób patrzenia na wychowanie.

Na przykład, gdy Kelly uczyła się czegoś, mówiłem: „Kochanie, bardzo ładnie się uczysz.” Widząc wyrzucającego śmieci Seana, mó­wiłem mu: „Dziękuję ci Sean, że pamiętałeś o śmieciach.” Gdy Katie zbierała swoje zabawki, mówiłem jej: „Katie, słoneczko, to miło wi­dzieć, jak dbasz o swoje zabawki.”

Poza tym wykorzystywałem taki moment, w którym wszystkie dzieci znajdowały się w jednym pomieszczeniu – na przykład w dużym pokoju – stawałem wówczas wśród nich i wygłaszałem „kazanie poch­walne”. Najpierw w pamięci robiłem wykaz piętnastu lub dwudziestu faktów godnych pochwały u moich wszystkich dzieci. Dzieliłem je tak, by na jedno z nich przypadało po cztery-pięć i wyznaczałem na mowę pochwalną trzy minuty.

To małe ćwiczenie pomagało mi w uświadomieniu sobie, jak bar­dzo mogę chwalić moje dzieci oraz w znalezieniu odpowiedniej poch­wały w odpowiedniej chwili. Problem nie leży bowiem w tym, czy umiemy dostrzec u naszych dzieci rzeczy warte pochwały, lecz w takim zaprogramowaniu siebie, by przekazywać dzieciom to, że zauważamy ich działania – by rzetelnie chwalić je za czynione starania.

Podczas rozmów z rodzicami przywiązanymi do takiego modelu wychowania, który i ja niegdyś wyznawałem, często słyszę: „No dob­rze, dziecko powinno robić pewne rzeczy. Po co więc chwalić je za coś tak normalnego, jak wyrzucenie śmieci?”

Odpowiadam wtedy tak: „A czemu nie? A jak wy odbieracie pochwały w swoim miejscu pracy?”

Każdemu jest miło usłyszeć od szefa: „Podoba mi się sposób przeprowadzenia przez pana tej transakcji.” Każdemu miło jest usły­szeć od całej rodziny po ugotowaniu dobrego posiłku: „To było wspa­niałe – nigdy czegoś tak pysznego nie jedliśmy!” A są to przecież rzeczy, które powinniśmy robić.

Chętny do krytyki – niechętny do pochwał

Tego rodzaju podejście było aż nadto wyraźne w moim postępo­waniu. Siedziałem na przykład w gabinecie pogrążony w pasjonującej lekturze, gdy przychodziła Dottie, mówiąc:

-     Kochanie, właśnie przyszedł Sean i przyniósł w dzienniczku same piątki.

-     To wspaniale, skarbie – odpowiadałem zazwyczaj. – Jestem’ w środku rozdziału. Porozmawiam z nim przy kolacji.

Przy kolacji o tym już nie pamiętałem. Krótko mówiąc, byłem niezbyt skory do chwalenia dzieci, gdy na to zasłużyły.

Zdarzało się i tak, że przychodziła Dottie, mówiąc:

-     Kochanie, Sean właśnie uderzył Katie za wtargnięcie do jego pokoju.

-    Co takiego!? Ma tu zaraz przyjść. Chcę z nim porozmawiać!

Taka wiadomość wywoływała u mnie zupełnie inną reakcję.

Czytana właśnie książka okazywała się już nie tak ważna. Sprawa nie mogła poczekać do kolacji. Musiałem załatwić ją natychmiast, ponie­waż trzeba było skarcić syna i mieć pewność, że został odpowiednio ukarany.

Mógłbym mnożyć tutaj przykłady podobnego postępowania wo­bec Kelly i Katie. (Heather nie było jeszcze wtedy na świecie.) Nie zdawałem sobie sprawy, że uczę dzieci tego, czego chciałem uniknąć: „Uwagę taty można zwrócić na siebie najszybciej, gdy się coś nabroi.”

Prowadząc teraz wykłady dla młodzieży, mogę przyznać, że co najmniej trzy czwarte poznanych dzieci opowiadało o identycznych reakcjach swoich rodziców. Również niedawno oglądany przeze mnie kolejny program telewizyjny z cyklu Focus on the Family, prowadzony przez dr. Jamesa Dobsona, potwierdził takie reakcje u rodziców.

Moje postępowanie wobec dzieci było tragiczne. Po prostu najłat­wiej było mi przyłapać je na niewłaściwym zachowaniu. Ponadto stwarzało to najlepszą okazję do pokazania mojej władzy. Dawało mi to złudne wrażenie, że „dobrze wypełniam swoją ojcowską rolę”.

Gdy około 1984 r. Kelly miała 10, Sean 8, a Katie 4 lata, Bóg użył w moim życiu książki. I nie była to Biblia. Jeden z przyjaciół zwrócił moją uwagę na niewielką książeczkę The One-Minute Manager (Ma­nager jednej minuty) autorstwa Kennetha Blancharda i Spencera John­sona. Ten niewielkiej objętości poradnik przedstawia zwięźle i przej­rzyście, w jaki sposób szef typowego przedsiębiorstwa może pomóc swoim pracownikom w ustaleniu właściwych celów działania, a nas­tępnie urzeczywistnić wraz z nimi te cele za pomocą częstych pochwał i efektywnych kar. Według Blancharda i Johnsona, taki szef jest zaw­sze wśród pracowników, starając się „dostrzec ich właściwe działania”. Gdy mu się to uda, nie szczędzi słów pochwały i zachęty do dalszych wysiłków.

Już po przeczytaniu kilku pierwszych stron zrozumiałem w czym rzecz. The One-Minute Manager nie traktuje wprawdzie o wychowa­niu dzieci, ale dowiedziałem się z tej książki czegoś, co było mi niezbędne jako ojcu. Postanowiłem na nowo spojrzeć na swój stosunek do dzieci. Dotychczas pojmowałem rolę ojca, jakby polegała tylko na przyłapywaniu dzieci na złym zachowaniu. Moje nowe motto brzmi:

Staraj się przyłapać swoje dzieci na tym, gdy robią coś dobrze.

To dziwne, jak wielkich zmian może dokonać jedno krótkie zdanie. Udało mi się obdarzyć moje dzieci bezwarunkową akceptacją, ale z trudnością przychodziło mi doceniać je. Nie oznacza to, że ich wcale nie chwaliłem; udzielałem pochwał dopiero wtedy, gdy upewniłem się, że ukarałem je za wszystkie przewinienia. Z natury rzeczy dzieci po­pełniają różne błędy, toteż nietrudno było je zauważyć. W połączeniu z ich intuicyjnym wnioskiem, że najłatwiej było przyciągnąć moją uwagę coś brojąc, dawało to opisane wyżej efekty.

Zauważ właściwe działania dzieci

Przez cały czas, gdy nasze dzieci z niemowlęctwa dorastały do wieku szkolnego, wprowadzałem zasady, których nauczył mnie Dick Day. Wiedziałem, że moje dzieci potrzebują bezwarunkowej miłości i akceptacji, toteż starałem się okazywać je na co dzień. Zacząłem mieć jednak kłopoty z samym sobą.

Chociaż dojście do wiary w Chrystusa w latach studenckich było mi niezwykle pomocne dla zbudowania poczucia własnej wartości, pierwsze kontakty ze wspólnotami chrześcijańskimi – żywym Kościo­łem dowiodły mi również, że obok miłości do ludzi Bóg okazuje także swoją surowość wobec grzechu. Jeśli chrześcijanin chce podobać się Bogu, powinien nienawidzić grzechu tak jak On i wieść życie zgodne z Jego przykazaniami.

Po ślubie z Dottie i przyjściu na świat dzieci ożyły we mnie wszys­tkie tradycyjne doświadczenia religijne. Doszedłem do wniosku, że moją rodzicielską powinnością jest uchronienie dzieci od grzechu. Powiedziałem sobie: „Jeśli zaniechasz rózgi i rozpuścisz swoje dzieci, z pewnością nie zasłużysz na uznanie Boga.”

Nie znaczy to, że byłem surowy, ale w tym początkowym okresie zasługiwałem na miano ojca o twardej ręce. Często karałem dzieci za nieposłuszeństwo i dość rzadko chwaliłem za właściwe zachowanie. Wyglądało to tak, jakbym przez wychowanie rozumiał szukanie pre­tekstu do karania za ich niewłaściwe zachowanie, albo przynajmniej uprzedzanie ich niecnych zamiarów. Uważałem za konieczność, a na­wet za powinność – poprawianie ich we wszystkim co robiły.