Archive for the ‘’ Category

Zdobył pozycją i stracił dzieci

Oto jak brzmią najsmutniejsze słowa, które słyszę od rodziców: „Gdybym mógł spędzać czas ze swoimi dziećmi… gdybym tylko słu­chała więcej moich dzieci… gdyby tylko…”

W jednym z lokalnych kościołów wygłosiłem wykład na temat czasu poświęcanego dzieciom. Tego wykładu wysłuchała żona wi­ceprezesa pewnej firmy budowlanej. Później spotkałem ją w restaura­cji. Podeszła do mnie ze łzami w oczach, aż w końcu rozpłakała się.

„Muszę panu o czymś powiedzieć – rozpoczęła z wahaniem. – Zmarł właśnie mój mąż. Zarabiał rocznie ponad milion dolarów. Pod­różował po całym świecie, budując i tworząc różne rzeczy, ale nigdy nie miał czasu dla dzieci, nawet gdy był w domu. Wszystkie dzieci odwróciły się od niego, a kiedy dorosły, nie chciały mieć z nim do czynienia. Na łożu śmierci zwierzył mi się, że umiera jako jeden z najsmutniejszych ludzi na świecie. Powiedział do mnie: «Zdobyłem pozycję, ale straciłem rodzinę. Gdybym tylko spędzał więcej czasu z moimi dziećmi».”

Wypowiedź tej wdowy przypomniała mi słowa Jezusa: „Cóż bo­wiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” (Ewangelia według św. Mateusza 16,26).

Spędzanie czasu ze swoimi dziećmi nie zapewni nikomu zbawie­nia, ale na pewno jest wskazówką, czy poważnie odnosimy się do zaleceń Pisma Świętego, czy jesteśmy kochającymi i opiekuńczymi rodzicami. Ów dyrektor zmarł jako człowiek nieszczęśliwy, ponieważ zdobył cały świat, ale utracił miłość swoich dzieci. Zdobył fortunę, ale nie miał czasu dla najważniejszych w jego życiu osób. Stać go było na kupienie im wszystkiego. Na urodziny dawał im kartki z życzeniami zawierającymi słowa „kocham cię”, ale dzieci nie dawały się tym omamić. Powinien był wiedzieć, że: „Nigdy nie da się oszukać włas­nego dziecka.”

Gdy wychodziłem z restauracji, przypomniałem sobie, jak i ja byłem zbyt zajęty, by porozmawiać z moim dwuletnim synkiem. Gdy myślałem o tym ojcu, który zmarł pozbawiony rodzinnej miłości, słowa Dottie nabrały dodatkowego znaczenia:

Jeśli teraz będziemy się interesować naszymi dziećmi,

to i one później się nami zainteresują.

Co powiedział mi James Dobson o nastolatkach

Specjalnie dla rodziców nastolatków przytoczę tutaj kolejny mit: „Lata formowania się charakterów są już za nami.” Ten mit trwale zachowuje się w świadomości społecznej, podparty dodatkowo stwier­dzeniem, że związek dziecka z Kościołem następuje wtedy, gdy osiąga ono siódmy rok życia. To stwierdzenie ma swoje logiczne uzasadnienie, bowiem w pierwszych siedmiu (a właściwie trzech) latach życia nastę­puje formowanie się podstawowych składników charakteru dziecka.

Dlatego właśnie podkreślamy wraz z Dickiem konieczność kultywo­wania w dziecku akceptacji, budowania autonomii i zaufania od jego najmłodszych lat.

Ostatnie badania wskazują na kolejny etap formowania się charak­teru dziecka-na okres dojrzewania-zaczynający się około 1 l-12roku życia. Dziecko wkraczające w ten okres nie potrzebuje rodziców w tym stopniu, co poprzednio, ponieważ zaczyna się od nich oddalać i staje się niezależne. Trudno odmówić pewnej słuszności temu rozumowa­niu, ale z pewnością nie jest to cała prawda.

Przypominam sobie moją rozmowę z dr. Jamesem Dobsonem, która odbyła się niedługo po ukazaniu się jego znakomitej książki Preparingfor Adolescence (Przygotowanie do dojrzałości – w przygo­towaniu Oficyny Wydawniczej „Vocatio” – przyp. red.). Wspomnia­łem mu, że znam bardzo wielu ojców, którzy uznają za właściwe poświęcanie znacznej ilości czasu małoletnim dzieciom, natomiast nie dostrzegają takiej potrzeby w stosunku do dzieci wchodzących w wiek dorastania. Dobson zareagował na to następująco: „To niesłuszne. Według moich badań dzieci wchodzące w wiek dojrzewania potrzebują swoich rodziców – a zwłaszcza ojców – nie mniej, a może i więcej niż dotychczas.”

Ta krótka rozmowa z Jamesem Dobsonem jeszcze silniej moty­wowała mnie do poświęcania większej ilości czasu moim nastolat­kom i zachęcania innych ojców do pójścia w moje ślady. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to łatwe. W pewnych sytuacjach wydaje się to wręcz niemożliwe. Gdy mówię o konieczności spędzania większej ilości czasu z nastoletnimi dziećmi, wiele ich matek i ojców posyła mi zakłopotane spojrzenie i wzrusza ramionami: „A cóż możemy robić z naszymi nastolatkami? Mają przecież swoje własne plany, własnych przyjaciół, własne życie. Są zbyt zajęci, by z nami poroz­mawiać.”

Rozumiem to i dlatego właśnie skłaniam rodziców, by poświęcali swoim dzieciom jak najwięcej czasu, gdy jeszcze są małe. Jeśli będzie­my spędzali wiele czasu z naszymi małymi jeszcze dziećmi, to gdy już podrosną, będzie więcej sposobności do wielu rozmów, a i one same będą oczekiwały i domagały się tego od nas.

Na początku tego rozdziału wspomniałem o Kelly, mojej szesnas­toletniej córce, która przerwała mi pracę prosząc o zawiezienie do manikiurzystki. Wielu rodziców potraktowałoby taką prośbę jak im­pertynencję, a przynajmniej bezsens. Przecież nastolatki chyba wiedzą, że rodzice mają ciekawsze rzeczy do roboty niż wożenie ich!?

Na to pytanie można odpowiedzieć zarówno „tak”, jak i „nie”. To oczywiste, że rodzice nie siedzą przez 24 godziny na dobę i czekają, aż ktoś skinie palcem. Chodzą do pracy, spełniają obowiązki domowe i robią wiele innych rzeczy. Pewien porządek powinien istnieć, bowiem w innym wypadku rodzina pogrąży się w chaosie. Powinni też, czemu trudno zaprzeczyć, udzielać się dzieciom i jeśli rzeczywiście chcą częściej z nimi przebywać, mogą pozwolić im także i na „narzucenie” sobie czegoś. A więc pytanie, które powinni zadać sobie wszyscy rodzice, brzmi: Czy bycie matką/ojcem jest dla mnie najważniejsze?

Nie mówię tu o traktowaniu rodzicielstwa jak dożywotniego wy­roku – codziennej normy do wykonania przez każdą matkę i ojca. Mówię tu o byciu bohaterem dla swoich dzieci – akceptowaniu, doce­nianiu i wychowywaniu dziecka przy każdej sposobności. Przebywanie z dziećmi jest nieodzowne, jeśli chcecie być wiarygodnym i obliczal­nym bohaterem, który buduje poczucie bezpieczeństwa i ważności swojego dziecka.

Dostępność jest jednym z najważniejszych elementów Planu Wy­chowania Pozytywnego, o czym wspominałem już w rozdziale drugim. I jeszcze dwie uwagi do rodziców: Jak możecie naprawdę zaakcepto­wać albo docenić swoje dziecko, jeśli nie macie dla niego czasu? Jak możecie okazać uczucia swoim dzieciom, jeśli was nie ma?

Kolejna myśl może wydać się zbyt radykalna, ale obawiamy się, że w życiu wielu ludzi jest, niestety, prawdą:

Jeśli nie jesteśmy skłonni poświęcać dzieciom swojego czasu, wszystko, co napisano w tej książce, nie ma żadnego znaczenia.

Przeżycia z Disneylandu tego nie zastąpią

Kolejnym mitem, który ma na nas wpływ, jest powiedzenie, że „najważniejsze są wielkie chwile”. Nazywam je „przeżyciami z Dis­neylandu”, mając na myśli całodniowe, i zazwyczaj dość kosztowne, wycieczki do wesołych miasteczek typu Disneyland. Dawniej również uważałem, że najważniejsze są wielkie przeżycia i „z zapałem” ciągną­łem całą rodzinę do Disneylandu albo gdzie indziej. W końcu przemó­wiła mi do rozsądku Dottie w swój spokojny, ale jakże precyzyjny sposób: „Kochanie, to nie te odświętne okazje zapamiętają nasze dzieci. Tak naprawdę liczą się tylko te momenty, które zostawią w nich coś istotnego i to one zapadną w ich pamięć.”

Jak widzicie, uwagi Dottie skłaniają mnie do przemyśleń. Zaczy­nam je sobie „sprawdzać” na własny użytek i zazwyczaj przekonuję się o ich słuszności. Nie chciała przez to powiedzieć, że powinniśmy unikać wielkich chwil. Nadal jeździmy do Disneylandu, ale nie ma to już takiego znaczenia jak dawniej. Wielkie chwile są konieczne, nie powinny jednak zastępować tych ważnych momentów, które tak naprawdę decydują o tym, czy jesteśmy dla naszych dzieci bohaterami, a one czują się akceptowane i doceniane.

Ilość musi wyprzedzać jakość

Jestem przekonany, że jednym z największych mitów, z którymi mamy obecnie do czynienia, jest mit „efektywnie spędzanego czasu”. Wszyscy oczywiście chcielibyśmy w ten sposób spędzać czas z naszy­mi dziećmi. Nie da się tego jednak osiągnąć na zawołanie albo za pomocą jakiegoś szczególnego zabiegu. Najpierw trzeba jak najczęś­ciej przebywać z dziećmi. Dopiero z tej ilości może się wyłonić jakość. Zaczną się pojawiać te najbardziej istotne momenty w naszych kon­taktach.

Spędzanie czasu wspólnie z dziećmi daje nam możliwość poka­zania się im w różnych sytuacjach, zaprezentowania różnych wzor­ców. Za każdym razem, gdy wybieram się do miasta albo po zakupy, staram się zabierać jedno z dzieci. Robię to celowo, gdyż w przeciw­nym razie traciłbym po prostu okazje do zapoznania ich z moim postępowaniem w zaskakujących czasem sytuacjach. Gdy są ze mną, mogą widzieć moje reakcje na świat zewnętrzny: co robię, gdy ktoś mi zablokuje miejsce na parkingu albo zirytuje w inny sposób. Jak reaguję na to, gdy jestem oszukiwany, kiedy się spóźniam albo jestem sfrustrowany. Co robię, gdy po wrzuceniu monety zacina się automat telefoniczny? Czy zaczynam walić w drzwiczki i przekli­nać? Czy też jestem spokojny i godzę się z tym, że zostałem oszukany?

Moje dzieci nigdy by się tego nie dowiedziały, gdyby nie były ze mną, nie byłyby świadkiem moich zachowań, nie-przeżywałyby tych samych frustracji. Warto sobie zapisać i zapamiętać:

Aby być dla swoich dzieci bohaterem, trzeba z nimi spędzać wiele czasu. Z ilości tego czasu narodzi się dopiero jakość, dzięki której dowiedzą się one o naszej dla nich akceptacji.

Czy rodzice z wyżu demograficznego są lepsi?

Według jednej ze znanych mi prac przeciętne dziecko sprzed pięćdziesięciu lat kontaktowało się z rodzicami lub innymi członkami szeroko rozumianej rodziny trzy lub cztery razy dziennie. Działo się to jednak w czasach, gdy większość rodzin żyła we własnych gospodars­twach, a cała rodzina pracowała wspólnie. Pozostali członkowie rodzi­ny mieszkali często w pobliżu.

Współczesne społeczeństwo żyje inaczej. Ludzie przeprowa­dzają się do miast, ściślej mówiąc, na ich przedmieścia. W typowej rodzinie ojciec i matka co rano biegną do pracy, a wieczorem ostat­kiem sił wracają do domu, by przygotować się do pracy na następny dzień. Wskutek tego dzieci mogą codziennie liczyć tylko na około 15 minut kontaktu z rodzicami. Przy czym z tego przez 12 minut dzieci słyszą jedynie połajanki, rozkazy i upomnienia. Pozostałe 3 minuty przeznaczają rodzice na zabawę, żarty albo na wymianę poglądów z dziećmi.

Obecne pokolenie, urodzone w okresie wyżu demograficznego, bardzo lubi podkreślać, że „efektywnie spędza czas z dziećmi”. Twier­dzą oni, że mimo rozlicznych zajęć wykorzystują każdą wolną chwilę na kontakt z dziećmi i dbają o jego efektywny przebieg.

Z opublikowanego w Today raportu wynika, że pokolenie rodziców urodzonych w okresie wyżu demograficznego (w latach 1946-1964) ma o sobie opinię lepiej wychowującego swoje dzieci niż ich rodzi­ce. A jednak kolejne badania wykazują, że rodzice ci spędzają o wiele mniej czasu z dziećmi niż wcześniejsze pokolenia rodziców.

Badania przeprowadzone wśród 300 uczniów klas siódmych i ósmych dowodzą, że ojcowie rozmawiają z nimi średnio 7,5 mi- nuty tygodniowo. Chodzi tu o konkretną rozmowę, przez którą nale­ży rozumieć bezpośredni kontakt dwojga ludzi. Taki kontakt, podczas którego obie strony mają sposobność mówić, słuchać i wymieniać informacje. Oznacza to zaledwie jedną minutą dziennie(\) prawdziwej wymiany poglądów z ojcem. W odniesieniu do matek wynik ten jest niewiele lepszy.

Kilka lat temu w spotkaniu, które prowadziłem w jednym z naj­większych kościołów w Stanach Zjednoczonych, wzięło udział 600 uczniów szkół średnich. Najczęściej stawiano mi takie pytanie:

-    Josh, co mogę zrobić z moim tatą?

-    Jak mam to rozumieć? – pytałem.

-    No cóż, nigdy ze mną nie rozmawia. Nigdzie mnie nie zabiera. Nigdy nic ze mną wspólnie nie robi.

W ciągu tego tygodnia przeprowadziłem 16 spotkań ogólnych i 42 konsultacje indywidualne. A było jeszcze dużo więcej chętnych. To mówi o skali potrzeb, o skali problemu. Podczas każdej z tych konsul­tacji zadawałem to samo pytanie: „Czy rozmawiasz ze swoim ojcem?” Tylko jeden z uczniów odpowiedział twierdząco. Pozostałe odpowie­dzi były negatywne.

Jeśli nie mam czasu, jestem jak „miedź brzęcząca”

Podstawą znaczenia poświęcanego dzieciom czasu jest to, że jeśli poczują jak ważne są dla was, poczują również jak ważne są dla Boga Ojca. Kolejną poznaną przeze mnie prawdą – prawdopodobnie dzięki Dickowi Day – jest to, że każdy z nas, ojców na ziemi, uosabia dla naszych dzieci Najwyższego Ojca. Bóg kocha nasze dzieci za naszym pośrednictwem, ale gdy nas nie ma, to jak możemy je kochać?

Ten rozdział zatytułowaliśmy: Słowo „miłość” pisze się „czas”. Podobnie pisze się słowa akceptacja i docenianie. Jeśli mówię, że kocham kogoś bezwarunkowo, akceptuję i pragnę, by czuł się ważny, ale nie mam dla niego czasu, nie jestem niczym innym niż „miedzią brzęczącą”, o której pisze św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian 13,1. Innymi słowy, nie jestem wiarygodny.

Niestety, wielu rodziców staje się dla swoich dzieci niewiarygod­nymi, a bardzo często dzieje się to samo przez się. Rodzice nie mają czasu dla swoich dzieci z powodu ogromu zajęć. Wszyscy żartują sobie z zawrotnego tempa życia, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabaw­nego. Rodzice narzekają na „zbyt wiele zajęć” i zaczynają mi opowia­dać o swojej pracy, obowiązkach religijnych i towarzyskich. Dla wielu ludzi wielkim problemem jest nawet kwestia dojazdów do pracy. Na same dojazdy do i z pracy tracą wiele godzin dziennie.

Widząc swoich zagonionych rodziców, którzy nie mają dla nich czasu, dzieci utrwalają sobie pewne fakty. Tak czy inaczej, chcą być przecież takie jak mama i tata. I w miarę upływu lat wyrastają na nasze kopie.

Później nasze dzieci żenią się, zakładają własne rodziny i powie­lają ten sam sposób życia, w którym nie mają czasu dla swoich dzieci, a naszych wnuków. Łatwo stwierdzić, że dopiero będąc dziadkami, uświadamiamy sobie błędy i spędzamy więcej czasu ze swoimi wnu­kami niż niegdyś z własnymi dziećmi. To dziadkowie, moim zdaniem, mogą przyczynić się do wzmocnienia współczesnej rodziny. Czy wie­cie, jaką słyszę odpowiedź pytając nastolatków, z kim w rodzinie mogą sobie porozmawiać? Wielu z nich nie wspomina o mamie albo tacie. Wymieniają natomiast babcię albo dziadka.

Oczywiście, różne są tego przyczyny w poszczególnych rodzi­nach. Podstawową przyczyną jest jednak to, że dziadkowie mają zaz­wyczaj więcej czasu od rodziców. Są bardziej dostępni.

Być dostępnym to mówić: „Jesteś dla mnie ważny”

Poświęcać dziecku swój czas, to jak gdyby mówić: „Jesteś dla mnie ważny(a).” Uchylanie się od tego można zilustrować innymi słowami: „Tak, kocham cię, ale ważniejsze są inne sprawy. Tak naprawdę, to nie jesteś taki ważny.”

By uświadomić ojcom prawdziwość tych słów, przywołuję często następujący przykład: „Wyobraźcie sobie, że przyjaźnicie się w pracy z szefem. Jest piątek i macie do niego coś bardzo pilnego, toteż idziecie do jego sekretarki i prosicie ją o kilka minut rozmowy z szefem. Ale sekretarka mówi wam: »Przykro mi, ale ma pełny kalendarz aż do wtorku – proszę się zgłosić w przyszłym tygodniu«. Ponieważ sprawa nie może tyle czekać, mówicie jej, że to nie zajmie wiele czasu: »Proszę mu powiedzieć, że potrwa to tylko minutę«. Sekretarka dzwoni przy was do szefa i w odpowiedzi słyszy: »Przykro mi – nie mogę go teraz przyjąć. Niech się zgłosi we wtorek«.”

Zazwyczaj pytam któregoś ze słuchaczy, co by pomyślał, gdyby to się jemu przydarzyło. Słyszę zwykle taką samą odpowiedź: „Pomyślał­bym, że jestem mało ważny albo w ogóle nic nie znaczę.” Rozumowa­nie w tym przypadku następujące: „Gdybym był wiceprezesem albo kimś ważnym…” I konkluzja: „Za mało znaczę.”

Danie komuś do zrozumienia, że wiele dla nas znaczy, wymaga wysiłku i czasu. Przerwanie wykonywanej pracy bywa niewygodne. Z pewnością są takie sytuacje, w których nie można się od pracy oderwać. Trudno rzucać wszystko, bo dziecko chce się akurat pobawić w chowanego. Faktem jest jednak, że bardzo często można coś przer­wać dla istotnych powodów. Zaniechanie wykonywanych przez nas czynności pomaga naszym dzieciom zrozumieć, że są dla nas ważne. Kiedy zdarzy się, że naprawdę nie będziemy się mogli od czegoś oderwać, dziecko nie odbierze tego już tak negatywnie. Z pewnością lepsze to od stałego powtarzania: „Jestem zajęty, później się z tobą pobawię (porozmawiam).”

Nastolatki potrzebują trochę „niezorganizowanego czasu”

Na szczęście nie zapomniałem nauki wynikającej z, opisanego wyżej, przypadku z dwuletnim Seanem. Byliśmy niedawno podczas wakacji w ulubionym miejscu w Meksyku, na wybrzeżu Baja. Pisałem wówczas książkę o dzieciach. Pewnego ranka pracowało mi się znako­micie, pomysły same spływały z pióra. Wtedy weszła nagle nasza szesnastoletnia Kelly, mówiąc:

- Tato, czy mógłbyś zawieźć mnie do manikiurzystki?

Od razu przemknęło mi przez myśl: „Ludzie, tylko nie to i nie teraz.” Po chwili zreflektowałem się: „Josh, musisz być konsekwentny w realizacji swoich poglądów na temat dostępności.” I mogłem już tylko westchnąć: „Boże, dodaj mi sił.”

Jak widać, mogłem się skrzywić i z niechęcią przyznać: „Dobrze, jedziemy.” Mogłem też dać jej pieniądze na taksówkę i wysłać ją samą. Powiedziałem w końcu:

- Skarbie, z przyjemnością. Zaraz będę gotowy.

Z nadzieją, że po powrocie usiądę do pisania z takim samym cu­downym natchnieniem, złożyłem papiery i z przyjemnością pojecha­łem z córką do manikiurzystki. Kelly nie chodziło tylko o podwiezienie i odwiezienie. Ona po prostu chciała być ze mną. Po drodze bardzo przyjemnie rozmawialiśmy. Później dziękowała mi za to chyba ze trzy albo cztery razy. Dlaczego? Bo prawdziwe znaczenie mojego zacho­wania należało odczytać następująco: „Kochanie, jesteś dla mnie kimś tak ważnym, że dla ciebie rzucę to, co akurat robię, chociaż jest to dla mnie ważne, i poświęcę ci swój czas.”

Na tym właśnie polega prawdziwa akceptacja i docenienie! To nie są zdawkowe słowa rzucone na odczepnego, by udawać prawdziwego ojca. Akceptacja i docenianie to dawanie dziecku do zrozumienia, że jest dla nas kimś niezwykle ważnym. Utwierdzamy go w tym, gdy okazujemy mu uczucia i poświęcamy swój czas.

Tylko raz w życiu dziecko ma dwa lata

Zacząłem się nad tym zastanawiać. Im więcej myślałem nad sen­sem, tak spokojnie wypowiedzianych przez Dottie słów, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że dotknęła nimi istoty problemu. Miała rację, zawsze będą goniły mnie jakieś terminy. Zawsze będą umowy do dotrzymania, telefony, ludzie, z którymi będę musiał się spotkać, konieczne podróże. Ale mój synek tylko raz będzie miał dwa latka, a potem będzie miał już trzy, cztery i pięć – czy kiedykolwiek będę miał dla niego więcej czasu?

Jeśli nic bym nie zmienił w tej sprawie, wnioski byłyby oczy­wiste. Sam podjąłem decyzję, już bez czyichkolwiek dodatkowych przemówień. Od tego czasu starałem się postępować tak, aby moim dzieciom okazywać, że są ważniejsze od umów, terminów i całego tego zgiełku świata, który zawsze oczekiwał moich „pilnych odpo­wiedzi”. Zawarłem z moimi wydawcami porozumienie, że od tej chwili ważniejsze od książek są moje dzieci i rodzina. W przeciw­nym przypadku byłbym zmuszony stale im mówić, że książka jest od nich ważniejsza.

Jak przekonałem się w tej konkretnej sytuacji, nie można podcho­dzić do dwuletniego dziecka, planując wszystko tak, jak planuje się porządek dzienny zebrania czy wizytę u lekarza. Chwila koncentracji uwagi jest u dziecka bardzo krótka. Jeśli zatem chcecie poświęcać mu czas wtedy, gdy ono widzi taką potrzebę, musicie dostosować się do niego. Zdarza się często, że dziecko chce się w coś bawić, ale po kilku minutach woli zająć się czymś innym, bawić się własnymi zabawkami czy obejrzeć w telewizji Ulicą Sezamkową.

Spotykam czasem rodziców, których frustruje zjawisko niekończenia przez ich dzieci dopiero co podjętych czynności. Staram się pomóc im w zrozumieniu, że nie ma nic dziwnego w porzucaniu przez dzieci rozpoczętych gier. Gry nie trzeba skończyć, ma ona być przecież dla dziecka przyjemnością. Naturalnie, zrozumienie tego wymaga cier­pliwości. Podczas naszych wykładów Dick Day często wytyka rodzi­com, że z powodu swojej niecierpliwości nie pozwalają dziecku skoń­czyć jakiejś rozpoczętej już czynności. Kończą za nie modlitwę, zabie­rają narzędzia ze słowami: „Daj, pomogę ci.”

Głównym warunkiem umiejętności wczucia się w świat dziecka jest cierpliwość. Musimy umieć poczekać na odpowiedni moment, wysłuchać dziecko, pozwolić mu na samodzielne próby, a jeśli nie wszystko mu wychodzi, bądź nie jest w stanie czegoś skończyć – nie powinniśmy się tym zbytnio przejmować.

To chyba John Wesley powiedział: „Jeśli nie wiecie, jak nau­czyć czegoś dziecko, postarajcie się poznawać jego ścieżki tak długo, aż posiądziecie tę umiejętność.” Innymi słowy, John Wesley powiada, że jeśli chce się mieć do czynienia z dzieckiem, trzeba poznać jego sposób myślenia. Wtedy można spojrzeć na świat jego oczami, zgodnie z jego planem i dopiero wtedy można dążyć do porozumienia z nim.

Słowo „miłość” pisze się „czas”

Jakieś trzynaście lat temu otrzymałem jedną z najważniejszych lekcji na temat organizacji czasu. Wryła mi się ona głęboko w pamięć. Zdarzyło się to w moim gabinecie, gdy byłem bardzo zajęty jednym z wielu, rów­nocześnie przeze mnie prowadzonych, przedsięwzięć. Pisałem akurat kolejny rozdział nowej książki, kiedy do pokoju wkroczył Sean.

-   Tato, chcę się z tobą pobawić – zaszczebiotał z nadzieją w głosie.

Jako „doświadczony” ojciec (mieliśmy już za sobą ten trudny

dwuletni okres z Kelly) powinienem wiedzieć, że Seanowi chodziło w zasadzie tylko o przytulenie się, pogłaskanie, pocałunek albo minutę lub dwie spędzone na podziwianiu jego nowej piłki. Ponieważ byłem akurat w bardzo ważnym miejscu książki, wydawało mi się, że nie mogę mu poświęcić ani sekundy.

-     Synku, a może trochę później? Jestem w bardzo ważnym miejscu.

Sean co prawda nie bardzo wiedział, co to jest „ważne miejsce”, ale zrozumiał, że tata jest zajęty i powinien sobie pójść. Wytuptał więc z pokoju bez słowa sprzeciwu, a ja wróciłem do mojego rękopisu. Niestety, moje szczęście okazało się krótkotrwałe. Za jakąś chwilę przyszła Dottie, chcąc powiedzieć mi „kilka słów”. Moja żona nie stara się przyciskać mnie do muru – ma o wiele bardziej łagodne i skuteczne sposoby.

-    Kochanie, Sean właśnie mi powiedział, że jesteś zbyt zajęty, by się z nim pobawić. Wiem, jak ważna jest ta książka, ale chciałabym ci coś powiedzieć.

-    No to słucham – odparłem dość niecierpliwie, bo teraz to moja żona zabierała mi czas przeznaczony na tak niezwykle ważną pracę.

-    Kochanie, chciałabym żebyś zrozumiał, że zawsze będziesz miał jakieś umowy i terminy do dotrzymania. Całe twoje życie upłynie na pisaniu i prowadzeniu innych działań, ale nie zawsze będziesz miał dwuipółletniego synka, który chce siedzieć na twoich kolanach, pytać cię o wszystko i pokazać ci swoją nową piłkę.

-    Słoneczko, myślę, że masz jak zwykle rację. Ale właśnie w tej chwili muszę uporać się z tym konkretnym rozdziałem.

-     Dobrze Josh, ale bardzo cię proszę, pomyśl o tym. Widzisz, jeśli znajdziesz czas dla dzieci teraz, to i one znajdą czas dla nas później.