Archive for the ‘Prawdziwe znaczenie akceptacji’ Category

Pozbawione akceptacji dziecko żyje w strachu

Gdy tylko poznałem Dottie i zaczęliśmy się regularnie spotykać, uderzyła mnie jej pewność siebie. Po wysłuchaniu kilku opowieści typu „gwiezdny pył” wszystko zrozumiałem. Dottie stanowi żywy dowód na poparcie tezy, że pełna uczucia akceptacja okazywana przez rodzi­ców buduje w dziecku poczucie pewności i bezpieczeństwa. Gdy po naszym ślubie zaczęły przychodzić na świat dzieci, zachwycałem się często sposobem, w jaki je akceptowała. Była dla mnie wzorem i to od niej wiele nauczyłem się, jak akceptować dzieci.

Trudno zliczyć sytuacje, w których okazywana naszym dzieciom akceptacja zaczynała przynosić efekty. Dla rodziców nie ma nic waż­niejszego od nauczenia się i praktykowania takiej bezwarunkowej ak­ceptacji. Jeśli dziecko nie czuje naszej bezwarunkowej akceptacji, nie będzie się czuło pewnie. Niepewne dziecko bardzo rzadko okazuje posłuszeństwo. Niepewne dziecko będzie skryte. Nie opowie nam po przyjściu ze szkoły o wszystkim, co się zdarzyło, co mówili i robili koledzy. Jeśli dziecko czuje się nieakceptowane i niepewne, żyje w cią­głej obawie, że „lepiej trzymać buzię na kłódkę, bo i tak mnie odrzucą”. Dlatego właśnie w budowaniu naszych stosunków z dziećmi najważ­niejsza jest akceptacja. Im więcej okażemy im bezwarunkowej akcep­tacji, tym bardziej będą skłonne do otwartości, do dzielenia się z nami swoimi przeżyciami.

Jak już wcześniej powiedziałem, niełatwo jest okazywać bezwa­runkową akceptację. Szczerze mówiąc, nie jest to możliwe w pełni. Tylko Bóg może ją okazać. Jako zatwardziały grzesznik mam swoje ograniczenia, ale bezustannie dążę do Boskiego ideału.

Zdarza się, że jedno z moich dzieci robi takie rzeczy, że muszę zagryźć wargi, wziąć głęboki oddech, a czasem nawet wybrać się na małą przechadzkę. Ponieważ mam skłonności do nakładania dość su­rowych kar, czasem zdarza mi się przesadzić. Później zmniejszam karę i przepraszam. Jednak moje wszystkie słabości, okazane w praktyko­waniu bezwarunkowej akceptacji, równoważone są przez Ducha Świę­tego, który obdarza mnie umiejętnościami, o których istnienia miałem nawet pojęcia.

Warto tu przypomnieć, że stosowanie reguł bez odpowiedniego podejścia, w oderwaniu od wzajemnych stosunków, prowadzi do bun­tu. Rozwinięcie dobrych stosunków-opartych na akceptowaniu dziec­ka – zapobiegnie buntowi. Jego miejsce zajmie zrozumienie. Dziecko nie zawsze będzie tak posłuszne czy słodkie, jakbyśmy sobie tego życzyli, ale okaże zrozumienie oparte na zaufaniu. Nasze dzieci nie będą miały nigdy wątpliwości, że cokolwiek sią stanie, zawsze bę­dziemy je kochać.

Pewność naszej miłości powinna opierać się na okazywanej przez nas akceptacji. To samo dotyczy miłości okazywanej nam przez Boga. Niektórzy uczeni sądzą, że najgłębsze przemyślenia apostoła Pawła na temat istoty Kościoła zawarte są w jego Liście do Efezjan 1,5. Słowa św. Pawła o Kościele – powszechnej rodzinie wierzących – odnoszą się również do samej rodziny. Święty Paweł powiada chrześcijanom, że Bóg „Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli (…)”

Bóg akceptuje nas z własnej woli, a nie z konieczności. Akceptacja opiera się na akcie wyboru. W następnym rozdziale Dick Day opowie, jak poznał tę prawdę, przebywając w niewielkim azjatyckim kraju, i jak trwale wpłynęło to na niego i jego rodzinę.

Akceptowanie Dzwoneczka i jego gwiezdnego pyłu

Umiejętność zaakceptowania własnego dziecka w chwili poważ­nego kryzysu, na przykład gdy przychodzi i mówi: „Mamo, jestem w ciąży”, zależy od stopnia akceptowania go na co dzień, w trakcie jego dorastania. Wspomniałem już poprzednio, jakie wrażenie w pierwszym okresie naszej znajomości wywarli na mnie rodzice Dottie. Okazywali jej akceptację na wiele sposobów i wkrótce przekonałem się, że nie było to obliczone na pokaz czy ze względu na mnie.

Zwłaszcza matka Dottie miała swoje sztuczki, którymi wprowa­dzała dzieci w zachwyt. W wiciu sytuacjach okazywała dzieciom swoją radość zarówno słowami, jak i zachowaniem. Potrafiła wejść w ich świat i widzieć go ich oczami. Umiała przedostać się do ich umysłów i zrozumieć wszystko z ich punktu widzenia.

Na przykład, gdy Dottie miała 7 lat, do ulubionych przez nią postaci należał Piotruś Pan. Lubiła zatapiać się w świecie fantazji, odtwarzając role różnych postaci z Piotrusia Pana. Pewnego dnia, gdy matka zajęta była czymś w innej części domu, Dottie wśliznęła się do piwnicy i znalazła wielkie pudełko sztucznego śniegu. Przesypując śnieg pomiędzy palcami, wyobrażała sobie gwiezdny pył, którego użył Dzwoneczek z opowieści o Piotrusiu Panu.

„Będę Dzwoneczkiem i rozsypię wszędzie gwiezdny pył”, powie­działa sobie siedmioletnia Dottie. Chodziła po piwnicy, rozsypując garściami sztuczny śnieg i wkrótce wszystko pokryte było „gwiezdnym pyłem”. Przez kilka chwil Dottie była w siódmym niebie, całkowicie przenosząc się w świat Piotrusia Pana. Później rozejrzała się wokół i zdała sobie sprawę z bałaganu, którego narobiła. Pozostało jej tylko powiedzieć: „Ojej…”

Oczywiście po kilku minutach pojawiła się matka i odkryła cały ten bałagan. Trudno byłoby mieć pretensje do którejkolwiek mamy, gdyby wpadła w złość, widząc coś takiego, ale Dottie zapamiętała to, co później się wydarzyło: „Mama zareagowała zupełnie inaczej. We­szła w mój świat i zrozumiała mój zachwyt i ekstazę, gdy wydawało mi się, że jestem Dzwoneczkiem rozsypującym wokół gwiezdny pył. Usiadła, pogłaskała mnie i porozmawiałyśmy o Piotrusiu Panu i wszystkich jego przygodach. Weszła w moje marzenia i pomogła w wyzwoleniu się moich uczuć. Śmiałyśmy się z pokrywającego wszystko gwiezdnego pyłu, a potem razem uporządkowałyśmy piwni­cę na nowo.”

Bardzo podoba mi się ta historia o małej Dottie i gwiezdnym pyle, ponieważ przepięknie obrazuje, na czym polega akceptacja. Matka Dottie nie była zachwycona bałaganem. Powiedziała Dottie, że to naprawdę jest bałagan, który trzeba jak najszybciej posprzątać. Rów­nocześnie jednak nie zniszczyła tego wrażenia, tak cudownego dla Dottie przeżycia. Zamiast spuścić Dottie lanie, albo postawić ją do kąta, przeżyła wraz z nią coś bardzo ważnego.

Historia z gwiezdnym pyłem to tylko drobny przykład niezli­czonych, zapamiętanych przez Dottie sytuacji, w których jej matka wyrażała dzieciom akceptację i zachwyt. Nie była pobłażliwa i dzie­ci nie mogły sobie pozwalać na wszystko. Potrafiła im wytłumaczyć, dlaczego coś jest stosowne lub nie, ale zawsze akceptacja była najważniejsza.

Dottie przez całe swoje dzieciństwo słyszała od mamy: „Bycie mamą to najbardziej absorbujące zajęcie. Ale nic nie jest lepsze od bycia twoją mamą.”

Akceptowanie Kelly i… Jima Bakkera

Gdy moja córka Kelly miała 13 lat, pojawiła się idealna okazja do okazania jej, że kocham ją taką, jaką jest, a nie za to, jak postępuje.

Pewnego dnia umówiliśmy się, że odbiorę ją ze szkoły. Spotkaliś­my się niemal w samych drzwiach. Idąc przez parking do samochodu, zapytała mnie:

-    Tato, co myślisz o Jimie Bakkerze?

O Jimie i Tammym Bakkerach słyszało się wszędzie, ale nie przy­puszczałem, że mówi się o nich także w szkole średniej. Gdy moje dzieci zadają mi trudne pytanie, mam zwyczaj odpowiadać im również pytaniem. W ten sposób poznaję kontekst ich pytania i zyskuję chwilę czasu na przemyślenie odpowiedzi.

-    Dlaczego o to pytasz? – odpowiedziałem.

-    Wiesz, dzisiaj przez całą godzinę rozmawialiśmy na lekcji o Ji­mie Bakkerze i o tym, co zrobił z Jessicą Hahn i w ogóle… zastanawia­łam się nad twoją opinią na jego temat.

W jednej chwili przebiegły mi przez głowę wszelkie możliwe odpowiedzi. Myślałem sobie, co też mogliby odpowiedzieć inni rodzi­ce, także ci niewierzący: „No tak, to straszne. Wstrętne. Powinni pozbawić go święceń… on nie jest nawet chrześcijaninem!”

Już wcześniej spotkałem się z tego typu odpowiedziami udziela­nymi wiernym przez duchownych. Chociaż rozumiałem ich przeraże­nie, zdałem sobie sprawę jeszcze z jednej rzeczy. Każdy duchowny reagujący w ten sposób na sprawę Jima Bakkera w istocie rzeczy mówił swoim wiernym: „Jeśli będziecie kiedykolwiek mieli kłopoty, nie przychodźcie z nimi do mnie.” Ponadto, wszystkie nastolatki w parafii zrozumiałyby to tak: , Jeśli pozostaniecie niewinne, będę kochał was i akceptował jako wasz pasterz. Jeśli jednak zajdziecie w ciążę, nie mając prawowitego męża, potępię was.”

Również i rodzice, odsądzający Jima Bakkera od czci i wiary, oznajmiali w istocie swoim dzieciom: „Kochamy i akceptujemy was tylko dopóty, dopóki nie zaczniecie używać narkotyków, pić i zacho­dzić w nieślubną ciążę.”

Jak więc miałem odpowiedzieć? Jak miałem przekazać swój pog­ląd na grzech mojej trzynastoletniej córce, nie potępiając grzesznika? Przełknąłem ślinę, zagryzłem wargi i powiedziałem:

-    Kochanie, potępiam czyn Jima Bakkera. To jest grzech. Ale jest różnica między czynem a osobą ten czyn popełniającą.

Następnie obszernie wyjaśniłem Kelly, co to jest grzech i w jaki sposób wiąże się ze spotkaniem Jima Bakkera z Jessicą Hahn w hote­lowym pokoju. Potem dodałem:

-    Kelly, musisz uświadomić sobie pewną rzecz. Wszyscy w twojej klasie powinni zrozumieć, że Bóg kocha Jima Bakkera tak samo, jak ciebie czy mnie. Wszyscy powinni też zrozumieć, że Chrystus umarł za Jimma Bakkera i za nas wszystkich w równym stopniu. Jeśli Bóg nie może przebaczyć Jimowi Bakkerowi, nie przebaczy również nam.

Kelly milczała przez chwilę, gdy szliśmy przez parking w stronę samochodu. Idąc obok niej starałem się ująć w słowa to, co naprawdę chciałem jej powiedzieć: „Kocham ciebie nie dlatego, że jesteś dziewi­cą. Jeśli zajdziesz w ciążę, możesz przyjść do swojego taty, ponieważ skoro chcę okazać łaskę Bożą Jimowi Bakkerowi, chcę ją okazać także tobie, córeczko.”

Wziąwszy głęboki oddech, zatrzymałem Kelly, odwróciłem jej twarz ku sobie i powiedziałem:

-    Kochanie, spójrzmy na to realistycznie. Czy wyobrażasz sobie, co stałoby się ze mną, gdybyś ty zaszła w nieślubną ciążę? Ukrzyżo­waliby mnie. Odwróciłaby się ode mnie połowa wiernych. W całym kraju dostojnicy Kościoła, redaktorzy, reporterzy, kaznodzieje – wszyscy wycieraliby sobie mną usta.

Kelly spojrzała na mnie rozszerzonymi z wrażenia oczami i powie­działa:

-    Wiem, tato.

-   Mimo to, kochanie, chciałbym byś była pewna jednej rzeczy – ciągnąłem. – Jeśli kiedykolwiek zajdziesz w ciążę, nie będę się przej­mował tym, co powiedzą ludzie w naszym kościele. Nie będę się przejmował tym wszystkim, co powiedzą wszyscy ci kaznodzieje, duchowni, dostojnicy kościelni, redaktorzy i kto tam jeszcze. Odwrócę się od tego wszystkiego plecami, ale nigdy nie odwrócę się od ciebie. Obejmę cię i razem przejdziemy przez to wszystko.

W tym momencie moja trzynastoletnia córka rzuciła książki na asfalt parkingu, rozpłakała się i objąwszy mnie mocno, wykrzyknęła:

-    Tato, wiem, że tak byś postąpił!

-   No cóż – byłem trochę wzruszony, ale ciągnąłem wypowiedź do końca – postaram się, żebyś o tym nic zapomniała. Pomyślałem sobie: „Sam też postaram się nie zapomnieć o tym, co ci dzisiaj powiedzia­łem.”

Zdarzyło się to kilka lat temu. Później wielokrotnie przypomina­łem jej przy różnych okazjach, że kocham ją bez względu na to co się stanie. Niektórzy mogliby sobie pomyśleć, że podjąłem zbyt duże ryzyko i Kelly mogłaby skorzystać z okazji i „trzymać mnie za słowo”. Albo że zacznie podchodzić do życia beztrosko, myśląc sobie: „Nic nie szkodzi – tata i tak mnie kocha.” Nie martwię się jednak o to, ponieważ jej ufam i dobrze się rozumiemy.

Jak postąpiłbym naprawdę, gdyby w nieślubną ciążę zaszła któraś z moich córek – Kelly, Katie czy Heather? Byłby to niewątpliwie wstrząs. Pozostaje mi jedynie modlić się o to, aby gdy przyjdzie taka chwila, Bóg obdarzył mnie swoją łaską pozostania takim ojcem, jakim on życzyłby sobie mnie widzieć. Wierzę, że dałby mi dosyć sił i miłości, bym mógł córkę objąć i przejść przez to wszystko razem z nią.

Bóg zna nas najlepiej i kocha nas najmocniej

Stale podtrzymując u dziecka poczucie niepowtarzalności, okazuj­my mu równocześnie, że jest kimś niezwykłym i bardzo kochanym. Tak mówi sam Bóg i możemy tutaj trzymać Go za słowo. Bóg wypo­wiedział ustami Jeremiasza: „Ukochałem cię odwieczną miłością, dla­tego też zachowałem dla ciebie łaskawość” (Księga Jeremiasza 31,3).

W Liście do Rzymian św. Paweł zapewnia o miłości Boga bez względu na wszystkie przebyte przez nas próby i cierpienia, gdy po­wiada, że nic – absolutnie nic – „nie zdoła nas odłączyć (podobnie i naszych dzieci -  od miłości Boga” (8,38-39).

Spotykam się z wieloma ludźmi młodymi i starszymi, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, że Bóg kochał ich już przedtem, nim stali się chrześcijanami. Nawet wtedy, gdy byliśmy Jego wrogami, żyliśmy jeszcze w ciemnościach, On kochał nas już jako grzeszników i zginął za nas (patrz List do Efezjan 5,8 i List do Rzymian 5,8). A jeśli kochał nas już wtedy, zanim jeszcze my Go pokochaliśmy, o ileż więcej kocha nas teraz, gdy jesteśmy Jego adoptowanymi dziećmi? Wyjaśnienie tego znajdziemy w słowach Jezusa, który powiada: „Jak Mnie umiłował Oj­ciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej!” (Ewan­gelia według św. Jana 15,9).

Przypomniał mi się dzień, w którym pewne zdanie z piosenki Billa i Glorii Gaither zaskoczyło mnie bardzo, bowiem tak bliska była mi jego wymowa: ,Jestem kochany, jestem kochany… Ten kto zna mnie najlepiej, kocha mnie najmocniej.”

Bóg zna nas na wylot. Dziękuję często Bogu za słowa Psalmu: „Panie, przenikasz i znasz mnie (…) wszystkie moje drogi są Ci znane. Choć jeszcze nie ma słowa na języku: Ty, Panie, już znasz je w całoś- ci”(Ps 139,1 i 3-4).

Psalmista powiada, że Bóg zna mnie lepiej, niż zna mnie moja żona Dottie, że zna mnie lepiej, niż ktokolwiek inny we wszechświecie. Zna wszystkie moje myśli, zanim je pomyślę i mimo to miłuje mnie całko­wicie, bez najmniejszych zastrzeżeń czy warunków.

Ta prawda dotyczy nas wszystkich. Oto prawda do przekazania naszym dzieciom w najróżniejszy sposób i tak często, jak tylko to moż­liwe. Ten sam Bóg, który zna nas wszystkich, kocha nas najmocniej!

Zatrzymuję się tutaj na miłości i akceptacji Boga, wiem bowiem jak wielu rodziców walczy z negatywnym obrazem własnej osoby i poczuciem niskiej wartości. Mogliście przecież wychować się w ro- dżinie, w której nie zaznaliście akceptacji, bądź nie mieliście jej wcale, a jeśli nawet byliście akceptowani, to działo się to pod warunkiem osiągania przez was sukcesów. Fakt ten jednak nie wyklucza szansy innego postępowania wobec własnych dzieci.

Pragniemy razem z Dickiem, jako autorzy tej książki, aby każdy po jej lekturze zatrzymał przekonanie, że jest bezwarunkowo akcepto­wany przez Boga, który dał mu również moc bezwarunkowego zaak­ceptowania jego dzieci. Nie wymaga to od nas doskonałości. Nie oznacza to, że nie będziemy wpadać we frustrację czy gniew, gdy naszym dzieciom zdarzy się zachowywać niewłaściwie. Żaden czło­wiek nie jest w stanie wykazać idealnej cierpliwości i całkowicie bez­warunkowej akceptacji. Taki jest tylko Bóg. Ale to Bóg, nasz najwięk­szy Bohater, jest naszym źródłem siły i energii, które umożliwią nam zaakceptowanie naszych dzieci w sposób mniej warunkowy i okazanie im, że nie muszą już walczyć o swoją akceptację czy poczucie własnej wartości.

Nie ma drugiej osoby takiej jak wasze dziecko

Rozpoznanie prawdziwej natury dziecka i wychowywanie go w zgodzie z nią to bardzo odpowiedzialna sprawa. W naszej rodzinie staramy się dyscyplinować każde z dzieci w zupełnie inny sposób. Przykładowo, jeśli ukarzemy Kelly, sadzając ją na co najmniej pół godziny na środku pokoju, nic nie wskóramy. Nie będzie miała nic przeciwko temu, bo spędzi ten czas w najbardziej pasjonujący dla niej sposób, pogrążając się w marzeniach.

Dla Seana przesiedzenie choćby 20 minut pośrodku pokoju byłoby „straszliwą karą”. Sean jest bardzo towarzyski i nie może długo wytrzymać bez innych. Kazać mu bezczynnie siedzieć i nie odzywać się do nikogo, to znaczy zmienić jego zachowanie nie do poznania. W przypadku Heather i Katie uciekamy się do zupełnie innych środków.

To pierwszy z brzegu przykład z mojej rodziny. Gdy zaczniecie zastanawiać się nad własnymi dziećmi, odnajdziecie bardzo wiele objawów ich niepowtarzalności. Postarajcie się w sposób „pozytyw­ny” przekazać im swoje przekonanie o ich cudownej niepowtarzal­ności, zastanówcie się także, jak wykorzystać ją do zmiany zacho­wań dziecka.

Zaakceptowanie własnej niepowtarzalności jest bardzo ważne. O ile więcej szczęścia niesie nam zadowolenie z nas samych, stwo­rzonych na kształt i podobieństwo Boże, niż ciągłe dążenie do bycia kimś innym. Najlepiej tę myśl wyraził w swym wierszu Byron Michów, student Penn State University, który słuchał kiedyś mojego wykładu na ten temat. Napisał później wiersz, zatytułowany po prostu Ja:

” Przez całe życie chciałem zadowolić innych.

I Przez całe życie robiłem to co inni.

Dosyć.

Jeśli Bowiem spędzę moje życie chcąc Być kimś innym,

Kto spędzi swoje życie chcąc Być mną?

Aby ukształtować w dziecku właściwy obraz samego siebie i za­akceptować jego wyjątkowość, powtarzaj mu bez przerwy: „Jeśli nie istnieje nikt taki jak ty, czemu nie masz być niepowtarzalnym, kimś, kogo Bóg stworzył od początku? Ty sam jesteś najlepszym «sobą», jakiego Bóg kiedykolwiek stworzył!”

Pierwsze lata życia dziecka mają istotne znaczenie

Na ukształtowanie się moich poglądów na ten aspekt procesu wychowawczego największy wpływ wywarli Dick i Charlotte. Pierw­sze wiadomości z dziedziny psychologii wychowania zdobyłem obser­wując ich kontakty z własnymi dziećmi, a potem sam pilnie z nich korzystałem, gdy tylko założyliśmy z Dottie własną rodzinę.

Według psychologa Erika Eriksona, uznanego autorytetu w dziedzinie rozwoju człowieka, przechodzimy w życiu osiem „okresów wiekowych” lub etapów rozwoju. W pierwszych dwóch latach życia dziecko znajduje się na etapie zaufania, bowiem rodzice zaspokajają jego podstawowe potrzeby. Właśnie w tym okresie za­wiązują się u dziecka podstawy obrazu samego siebie i poczucia bezpieczeństwa.

Dziecko wchodzi następnie w etap autonomii, który przejawia się typowymi dla dwulatka okrzykami: „Ja! Moje!”. Dziecko zaczy­na postrzegać siebie jako istotę niepowtarzalną, a nie przedłużenie kogoś innego. To w tym momencie rodzice powinni zacząć uznawać jego niepowtarzalność i wprowadzać je na „własną drogę”, uczyć je i patronować kształtowaniu osobowości.

Wchodząc w wiek przedszkolny i nawiązując kontakty z rówieś­nikami w przedszkolu czy klasie zerowej, dziecko wkracza w etap inicjatywy. Do tego momentu dzieci zwykle bawiły się osobno, indywidualnie, i chociaż działo się to w obecności innych dzieci, nie można było nazwać tego wspólną zabawą. W wieku przed­szkolnym (3 do 5 lat) dziecko nawiązuje różnorodne kontakty i rozpoczyna zabawy z innymi dziećmi. Zaczyna wykazywać pewną inicjatywę. Podejmuje wspólne działania, planuje i budu­je coś wraz z innymi dziećmi.

Te trzy pierwsze etapy mają zasadnicze znaczenie dla uformo­wania się w świadomości dziecka własnego obrazu. Często zdarza się nam słyszeć o znaczeniu trzech pierwszych lat dziecka dla jego późniejszego życia. Nigdy nie jest za wcześnie na uznanie przez rodziców wyjątkowości dziecka i pielęgnowanie jej poprzez okazy­wanie na wszelkie możliwe sposoby bezwarunkowej akceptacji. Dottie pamięta o tym, co powiedziała jej przed laty Jean, żona dr. Howarda Hendricksa:

Najważniejsze jest to, by rodzice współpracowali nad charakterem dziecka, nie tłumiąc jego niepowtarzalności.

„Jesteś jedyny wśród pięciu miliardów”

Chciałbym, by każde z moich dzieci wiedziało, że Bóg tworząc nas na swój obraz i podobieństwo, uczynił nas niepowtarzalnymi jednost­kami. Zastanówmy się nad tym: wśród pięciu miliardów ludzi żyjących obecnie na naszej planecie nie ma drugiej takiej samej osoby. Nie ma nikogo takiego, jak wasz syn czy córka.

Zadaję często moim słuchaczom pytanie: „Jeśli wśród pięciu mi­liardów ludzi nie ma drugiej takiej samej osoby, to po co mielibyście chcieć upodobnić się do kogokolwiek?”

Mimo to wielu ludzi chce być kimś innym. Przez całe swoje życie zazdroszczą innym: wyglądu, włosów, proporcji ciała, talen­tów, umiejętności. Punktem wyjścia do zbudowania zdrowego ob­razu samego siebie jest uświadomienie sobie, że Bóg uczynił nas niepowtarzalnymi. Oddaje to znakomicie sparafrazowanie popular­nego hasła:

Bóg nie stwarza śmieci

Jeden z najlepszych opisów niepowtarzalności naszych dzieci od­naleźć można w znanych słowach króla Salomona: „Wdrażaj chłopca w prawidła jego drogi, a nie zejdzie z niej i w starości” (Księga Przys­łów 22,6).

Niestety, słowo „wdrażanie” jest często mylnie rozumiane przez wierzących rodziców, którzy sądzą, że trzeba „odmawiać wspólnie pacierz, posyłać dzieci na religię i do kościoła, dzięki czemu, gdy wejdą w wiek dojrzały, nie porzucą wiary”.

Prawdziwe znaczenie tego słowa zawiera się jednak w zwrocie „w prawidła jego drogi”. Autor ma tu na myśli drogę dziecka, a nie Boga. Słowa te oznaczają w istocie „zachętę do kierowania się jego własną niepowtarzalnością”.

W Księdze Psalmów to samo hebrajskie słowo tłumaczone jest jako „napinanie”, w sensie napinania łuku przez łucznika. Przy dzi­siejszej technologii niemal każdy jest w stanie napiąć dwudziesto ki­logramowy łuk i trafić w cel. Ale w czasach biblijnych tak nie było. Łucznik musiał mieć swój własny łuk i dobrze znać jego siłę i inne parametry. Swój łuk sporządzał sam i jeśli chciał w coś trafić, musiał znać wszystkie jego niepowtarzalne cechy.

Podobnie jest z rodzicami, którzy muszą znać unikalne cechy każdego swojego dziecka. Wychowywanie dziecka na jego „własny” sposób nie oznacza puszczenia go samopas, czy pozostawienia sa­memu sobie na zawsze. Przypis w Ryrie Study Bibie do wersetu 22,6 z Księgi Psalmów objaśnia, że zwrot „w prawidła jego drogi” można przetłumaczyć jako „zgodnie z jego drogą, tj. zwyczajami i zainte­resowaniami dziecka. Nauki muszą uwzględniać jego indywidual­ność i skłonności oraz nadążać za jego rozwojem fizycznym i umys­łowym”.

Podobnie jak łucznik poszukuje odpowiedniego momentu „na­pięcia łuku”, tak i wy powinniście odnaleźć odpowiednie „napięcie” swoich dzieci. Rodzice instynktownie wyczuwają odmienność każ­dego dziecka, mimo to często popełniają błąd, dyscyplinując wszys­tkie dzieci w mniej więcej podobny sposób. Być może przyczyny tego stanu rzeczy szukać należy w istnieniu podobnych oczekiwań wobec wszystkich dzieci. Zgadzam się z opinią, że każda rodzina powinna przyjąć pewien standard zachowań, ale nie istnieje standar­dowy sposób na traktowanie wszystkich dzieci, bowiem każde z nich reaguje odmiennie na ten sam sposób podejścia.

„Standardowe wychowanie” to najlepszy sposób na zniszczenie osobowości dziecka.

Prawdziwe znaczenie akceptacji

W wieku 12 lat Sean, mój syn, grał w drużynie baseballowej ligi młodzieżowej. Na tydzień przed rozpoczęciem sezonu wpadł mi do głowy pomysł na okazanie akceptacji jemu i kolegom z drużyny. W miejscowej restauracji wykupiłem 12 kuponów na lody z owocami i poszedłem z nimi do ich trenera.

-    Proszę, to dla chłopaków – powiedziałem.

-   Świetnie – odparł z szerokim uśmiechem trener. – To wspaniałe. Byłoby dobrze, gdyby więcej ojców okazywało takie zainteresowanie. Wezmę ich na lody po pierwszym wygranym meczu.

-   O nie – szybko zareagowałem – chciałbym, by zabrał ich pan na lody po pierwszym przegranym meczu.

Trener spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Moje słowa całkowicie nie pasowały do jego pojmowania sukcesu, porażki i nagradzania za dobrą grę. Oto co mu powiedziałem:

-    Proszę pana, nie wiem jak pan, aleja staram się wychowywać swoje dzieci w ten sposób, że nie nagradzam ich za sukcesy tak bardzo jak za wysiłki. Nie chcę też, by nagradzanie ich wysiłków przerastało fakt ich istnienia. Wierzę, że mój syn jest stworzony na obraz i podo­bieństwo Boże i że posiada nieskończoną wartość i godność, które nie mają nic wspólnego z grą w baseball. Kochałbym go i akceptował tak samo, nawet gdyby nigdy w życiu nie zagrał w baseball.

Trener spojrzał na mnie wymownie. W końcu usłyszałem: – No, no, to dopiero nowość.

Zaczął się sezon i zespół Seana wygrał kilka pierwszych me­czów. Przegrali jednak mecz trzeci czy czwarty i trener dotrzymał słowa. Wręczył wszystkim zawodnikom kupon na lody i razem poszli „uczcić” porażkę. Sean chyba z pięć razy dziękował mi za te lody. Poza tym w ciągu najbliższych dwóch-trzech tygodni trzech jego kolegów z zespołu również przyszło z podziękowaniami. Naj­lepiej zapamiętałem jednego z nich, Jessie, który powiedział: „Pa­nie McDowell, wielkie dzięki za lody. Wiemy, że nie ma dla pa­na znaczenia czy przegrywamy, czy wygrywamy – i tak pan nas kocha.”

Nic nie mogło sprawić mi większej radości. Chciałem przekazać Seanowi i jego kolegom z drużyny, że ich wartość nie opiera się na tym, czy umieją dobrze grać w baseball, lecz na tym, że uczy­niono ich na obraz i podobieństwo Boże i dlatego ich wartość i god­ność są nieskończone. Czy jest to zbyt trudne do pojęcia dla dwu­nastolatka? Z pewnością nie, zwłaszcza gdy użyje się lodów jako argumentu!