Archive for the ‘Obliczalni rodzice wychowują obliczalne dzieci’ Category

Bycie obliczalnym wymaga pokory i cierpliwości

W tym rozdziale staraliśmy się podać kilka sposobów, które mogą okazać się pomocne w staraniach o obliczalność w stosunku do swo­ich dzieci. Pamiętajmy jednak, że bycie obliczalnym wymaga pokory i cierpliwości. W filmowej wersji tej książki każdy rozdział poprze­dzony jest skeczem o tematyce wziętej z życia „rodziny Prestonów”, granym przez zawodowych aktorów. Kłopoty i utrapienia Pani i Pana Prestonów i ich trójki dzieci służą autorom, czyli mnie i Dickowi, do zilustrowania poruszanego tutaj problemu.

Pan Preston ma największe kłopoty ze znalezieniem właściwego podejścia do swojego piętnastoletniego syna Nathana. Państwo Prestonowie dochodzą do wniosku, że powinni bardziej postarać się o na­wiązanie z nim kontaktu, a mniej uwagi przykładać do egzekwowania narzucanych mu reguł. W scenie końcowej ojciec zwołuje naradę rodzinną i wręcza każdemu z dzieci zapieczętowaną kopertę. List matki do najstarszej z dzieci, siedemnastoletniej Heather, brzmi nas­tępująco:

(Kocham Cię. Upcham Twoją wrażliwość, szczerość, ducha i okazywane serce. Tym listem zezwalam ci na zwracanie mi uwagi, jeśli o (gżę się być niewrażliwą, nieszczerą albo bezduszną. (Przepraszam za wszystkie sytu­acje, w których wyładowałam na Tobie swoją złość i byłam niecierpliwa. ‚Bardzo chciałabym być dla Ciebie lepszą matką i przyjacielem.

Twoja (Mama

List taty do Heather również wyraża jego miłość i dumę. Dalej czytamy w nim:

Tym listem zezwalam Ci na zwrócenie mi uwagi wtedy, gdy wyda Ci się, że podejmuję jakieś decyzje za ciebie, zamiast z Tobą. (Korzystaj z tego upoważnienia, gdy tylko uznasz to za stosowne, a kiedy ten list się zniszczy, napiszę Ci nowy.

Jako następna czyta skierowany do siebie list najmłodsza, jede­nastoletnia Ashley. Tata przyznaje w nim, że jest zbyt zajęty:

‚Wybacz mi, że tak. mało jestem z Tobą. „W przyszłym rokit postaram się być na każdym meczu. List ten upoważnia Cię do przypomnienia mi o tym, gdyby okazało się, że w tym czasie jestem zbyt zajęty czymś innym. Wykorzystaj go, bardzo cię proszę.

Wielka ucieczka z przedszkola

Bycie odpowiedzialnym wobec własnych dzieci i wyrabianie w nich poczucia odpowiedzialności wymaga wiele pracy, bowiem niełatwo być z jednej strony ojcem obdarzającym je uczuciem, a z drugiej wykazywać równocześnie stanowczość.

Dottie wspomina swoją matkę, która wspaniale potrafiła karcić dzieci nie zapominając o ich naturze – ich niepowtarzalności. Cztero­letnia Heather uwielbia słuchać opowieści swojej mamy o tym, jak to zorganizowała w przedszkolu ucieczkę całej grupy z leżakowania. Dottie bardzo lubiła chodzić do przedszkola, ale ponieważ długo nie mogła usiedzieć na jednym miejscu, nie znosiła leżakowania.

Pewnego dnia Dottie postanowiła wprowadzić w życie przed­szkolne trochę życia. Namówiła całą trzydziestoosobową grupę i gdy tylko wychowawczyni spuściła z nich wzrok, na jej znak wszystkie dzieci zerwały się ze swoich materacy i pognały kilka przecznic dalej do lasku, nieopodal domu Dottie.

Wychowawczyni, prychając i sapiąc z wściekłości, starała się je dogonić i zawrócić. Wśród śmiechów i krzyków udało im się jednak dotrzeć na podwórko domu Dottie. Dla rozbrykanej grupy przedszko­laków czas leżakowania okazał się jedną z najpiękniejszych przygód w ich życiu!

Słysząc krzyki, matka Dottie wybiegła z domu na podwórko. Gdy wychowawczyni powiedziała jej, co się stało, wykazała pełne zrozu­mienie sytuacji. Widziała jej zdenerwowanie i zmęczenie gonitwą uliczną za trzydziestką przedszkolaków. We dwie odprowadziły wszystkie dzieci z powrotem. Matka obiecała wychowawczyni poroz­mawiać z Dottie, przyrzekając, że to się już nigdy nie powtórzy.

Tego samego dnia, po powrocie Dottie z przedszkola, matka usiadła z nią i wspólnie omówiły całe to wydarzenie. Dottie tak opisała mi tę scenę:

„Moja matka nie sprawiła mi lania ani nie nałożyła jakiejś trzyty­godniowej kary. Nie zabroniła oglądania telewizji albo czegoś w tym rodzaju. Zamiast mnie skarcić, pochwaliła moje zdolności przywód­cze i wyjaśniła mi, dlaczego moje zachowanie było nie do przyjęcia.

Jasno dała mi do zrozumienia, czego, pod żadnym pozorem, nie wolno mi robić. Dobrze pamiętam, jak przyrzekłam, że to się już nigdy więcej nie powtórzy. Równocześnie przekazała mi szereg pozytyw­nych ocen – o moim przywództwie i wyobraźni – nie odbierając całemu temu wydarzeniu radości i uroku.

Moja matka miała niezwykły dar narzucania nam ograniczeń, przy tym robiła to z wielkim ciepłem i uczuciem. Pod tym względem była dla mnie najlepszym wzorem. Szczerze mówiąc, żadne z moich dzieci nie posunęło się nigdy do takich czynów, na które było mnie stać w dzieciństwie, ale gdyby doszło do czegoś podobnego, nie byłabym wcale taka pewna, czy umiałabym odnieść się do nich z równym spokojem i ciepłem, tak jak moja matka.

U podstaw mojej osobowości leży natura mojego ojca, któremu zdarzało się stracić cierpliwość, ale zawsze później nas za to przepraszał.”

Dottie stać na uczciwe przyznanie się do tego, że jej reakcja byłaby inna, gdyby np. nasza Heather zorganizowała tego rodzaju ucieczkę z przedszkola. Wiem, że trudno byłoby mnie również przyjąć to tak spokojnie. Jak przyznałem już wcześniej, zawsze muszę walczyć ze sobą, by nie przesadzać z surowością w karaniu moich dzieci.

Czasem zdarza mi się „uziemić” je na kilka tygodni i wtedy wkracza Dottie. Wystarczy, że powie: „Kochanie, sądzę, że nieco przesadziłeś z karą za takie przewinienie.”

Moja żona nigdy nie skacze mi do oczu ze słowami: „ Nie wolno ci tego robić.” Zamiast tego mówi: „Josh, to twoja sprawa, ale wydaje mi się, że to zbyt surowa kara.” Moja odpowiedź brzmi zazwyczaj tak: „No cóż, a jaka powinna ona być twoim zdaniem?”

Następnie dyskutujemy i ustalamy właściwy wymiar kary. Idę po­tem do dzieci, przyznaję się do zbytniej surowości i proszę o wybaczenie.

Dzielę się z wami informacjami o rodzinie McDowellów po to, by jasno wykazać, że bardzo staramy się nie być zbyt pobłażliwymi rodzicami. Bardzo chcemy okazywać naszym dzieciom miłość, akcep­tując je i doceniając, ale dążymy również do wprowadzenia równowa­gi między Miłością a Ograniczeniami. Ograniczenia te są w istocie częścią naszej Miłości i dzieci o tym wiedzą.

Starając się wpajać im obliczalność, pomagamy im w rozwijaniu samodyscypliny, która jest niezbędna, by ich życie było efektywne, wartościowe i szczęśliwe. Bardzo często słyszę opowieści o wielkich sportowcach albo innych uzdolnionych i utalentowanych ludziach, którzy ponoszą porażkę z powodu braku samodyscypliny. Jedynym sposobem na wpojenie dziecku samodyscypliny jest dyscyplinowanie ich przez rodziców. Ktoś bardzo trafnie to określił:

Jeśli brak ci woli, by podporządkować się innym, nigdy nie będziesz miał dość woli na podporządkowanie się samemu sobie.

Nie jesteście odpowiedzialni za swoje dzieci

Zawsze, gdy odwołuję się do poczucia odpowiedzialności moich dzieci, staram się przypominać im o wzorcu przywódcy-sługi, czyli o Jezusie, który nauczał swoich uczniów. W Liście do Filipian 2,5-10 św. Paweł mówi, jak Jezus pozbawił się Boskich atrybutów i przy- jąwszy postać sługi stał się taki, jak inni ludzie. Mimo posiadania całej swojej mocy, Jezus zawsze nauczał i służył innym jako przywódca-sługa, a nigdy jako autokratyczny dyktator. Jezus i dwunastu apostołów podążali do Jerozolimy, gdzie wszystko miało się osta­tecznie dopełnić. Po raz kolejny, z nieskończoną cierpliwością, nau­czał ich, że „(…) kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym (…)” (Ewangelia według św. Mateusza 20,26-27).

Jezus nigdy nie panował nad swoimi wyznawcami i nigdy nie przejął za nich odpowiedzialności. Był przywódcą-sługą odpowie­dzialnym wobec nich, nauczając ich za pomocą słowa i przykładów, mówiąc o tym, czego pragnęli się od niego dowiedzieć.

Gdy przejmujemy za kogoś odpowiedzialność, skazujemy tym samym na porażkę i jego, i samych siebie. Pamiętajcie, że nie jesteście odpowiedzialni za wasze dzieci. Kiedy mówię to podczas spotkań z rodzicami, spotykam się z dezaprobatą, bowiem zagrażam w ten sposób samej istocie ich roli jako rodziców. Staram się wtedy wyjaś­niać, że rodzice nie mogą powstrzymać ataku szału u dziecka, nawet bardzo małego. Można dziecko zakneblować, czy ograniczyć w jaki­kolwiek inny sposób, ale atak szału nadal trwa, już tylko wewnątrz.

Gdy dziecko podrośnie i staramy się wpoić mu coraz większe poczucie odpowiedzialności, trzeba wierzyć, że stanie się ono odpo­wiedzialne z własnej, nieprzymuszonej woli. Prawo wprawdzie po­wiada, że ponosimy odpowiedzialność za czyny swojego dziecka, ale ostatecznie ono samo musi chcieć stać się człowiekiem odpowiedzial­nym i obliczalnym.

Co właściwie oznacza bycie odpowiedzialnym w stosunku do własnego dziecka? Jestem odpowiedzialny za obdarzanie miłością, zarówno jego, jak i jego matki. Jestem odpowiedzialny za nakarmienie go, ubranie i zapewnienie dachu nad głową. Moim obowiązkiem jest je wykształcić, zaprowadzić do kościoła i grupy młodzieżowej. Jestem odpowiedzialny za to, by je przytulać i często mówić mu, że je kocham. Jestem odpowiedzialny za to, że go słucham i poświęcam mu swój czas oraz podejmuję z nim różne działania.

Nie jestem jednak za niego odpowiedzialny. W końcu to ono samo – poprzez dokonywanie różnego rodzaju wyborów – odpowiada za to, co zrobi ze swoim życiem.

O pewnym hojnym złodziejaszku

Innym razem Sean wraz z dwoma kolegami chciał jechać z Dottie i ze mną do miasta, żeby kupić parę rzeczy w sklepie papierniczym. Pojechać z nami chciała również Katie, wówczas licząca około pięciu lat. Poszła z chłopcami do sklepu, a Dottie i ja zostaliśmy w samocho­dzie, bo chcieliśmy omówić dalsze plany. Gdy dzieci wróciły, Katie przyniosła parę drobiazgów – kilka znaczków i kolorowych ołówków. Rozdała znaczki i ołówki kolegom Seana ze słowami: „Kupiłam to dla was.”

Kiwnęliśmy głowami, nie zastanawiając się zbytnio nad znacze­niem tych słów. Powiedzieliśmy, że to ładnie pomyśleć czasem o in­nych. Gdy już jechaliśmy, Dottie zaczęła się czegoś domyślać. Skąd Katie wzięła pieniądze na kupienie tych drobiazgów?

Dottie poprosiła, bym zatrzymał samochód i poprosiliśmy Katie, by wyszła z nami na chwilę. Chłopcy czekali w samochodzie, a my wypytaliśmy ją dokładnie. Okazało się, że upominki dla chłopców po prostu ukradła.

„Kochanie, nie wolno zabierać rzeczy, za które się nie zapłaciło – wyjaśniła jej Dottie. – Musisz odebrać je od chłopców i będziemy musieli oddać je z powrotem do sklepu.”

Katie wróciła do samochodu i poprosiła chłopców o zwrot tych rzeczy. Było to bardzo przykre, ale w końcu je odebrała i pojechaliśmy do tego sklepu. Dottie weszła z Katie do środka, by porozmawiać z właścicielem i powiedzieć mu, co zrobiła Katie.

Cała historia była bardzo kłopotliwa dla Katie, ale na szczęście właścicielka okazała się bardzo uprzejma i ciepła. Dość długo rozma­wiała z Katie, dziękując jej za okazaną uczciwość.

Później Dottie opowiedziała Katie na osobności, jak to ona sama w wieku 6 lat poszła ze swoją mamą do sklepu. Wychodząc wzięła sobie kilka gum do żucia. Kiedy matka się o tym dowiedzia­ła, kazała Dottie wrócić do sklepu i zrobić to samo, co zrobiła właśnie Katie – zwrócić je i przeprosić. Była to znakomita okazja do pokazania Katie, że jej rodzice są też ludźmi i rozumieją jej uczucia w takiej sytuacji.

Obliczalność ułatwia dyscyplinowanie

Bycie obliczalnym w stosunku do dzieci wywołuje niekiedy na­pięcia, ale jest również podstawą wdrażania dyscypliny. Jeśli byliście obliczalni w stosunku do swoich dzieci, rozliczanie ich postępowania będzie łatwiejsze w momentach napięcia.

Nie wiem, jak jest w waszych domach, ale w naszym często nie brakuje napięć. Używając tego zwrotu, mam na myśli niezbyt poważ­ne sytuacje, niemniej jednak zaniedbanie ich rozwiązania może utrwa­lać u dzieci złe nawyki. To tak jakbyśmy powiedzieli: „W porządku, czasem można być nieodpowiedzialnym.” Przekonałem się już, że zaniedbywanie takich przypadków osłabia wszystkie dotychczasowe starania o wytworzenie u dziecka poczucia odpowiedzialności.

Pewnego ranka wszedłem do kuchni i stwierdziłem, że Sean wyszedł już do szkoły nie wyrzuciwszy przedtem śmieci, a było to jego codziennym obowiązkiem.

-    Pojadę i sprowadzę go tutaj, żeby wyrzucił śmieci – powiedzia­łem.

-    Josh – rzekła z niesmakiem Dottie. – Nie powinieneś. Za kilka minut rozpoczynają się lekcje. Dostanie naganę.

-    Kochanie, muszę to zrobić. Inaczej nigdy się nie nauczy. Muszę wymusić na nim odpowiedzialność za jego słowa i czyny.

Wsiadłem do samochodu i pojechałem do odległej o dwie mile szkoły. Brakowało kilku chwil do dzwonka i Sean był jeszcze na dziedzińcu, grając z kolegami w koszykówkę. Zawołałem go i powie­działem:

-    Synu, bierz rower, wracaj do domu i wyrzuć śmieci.

-    Ależ tato – zaprotestował Sean. – Za parę minut dzwonek. Czy nie mogę tego zrobić po szkole?

-    Nie, synu, miałeś zrobić to przed wyjściem do szkoły. Proszę cię, żebyś zrobił to natychmiast.

-    Tato, nie mógłbyś mnie wyręczyć – tylko tym razem?

-    Nie, synu, to twój obowiązek, proszę cię jedź i zajmij się tym.

Sean rzucił piłkę kolegom i wzruszając ramionami, powlókł się

po rower. Nie było to dla mnie łatwe patrzeć, jak odjeżdża. Coś po cichutku szeptało mi do ucha: „Co z ciebie za ojciec, McDowell? Nic by się nie stało, gdybyś sam wyrzucił te śmieci za syna, tylko ten jeden raz, czyż nie tak?”

Muszę przyznać, że ów głos miał wiele racji. Pewnie, że mógłbym to za niego zrobić w mgnieniu oka, ale był to jego obowiązek i wyrę­czając go, nic bym nie osiągnął. Na dłuższą metę byłoby to nawet szkodliwe, bowiem mogłoby to znaczyć, że „w małej nieodpowie­dzialności nie ma nic złego”.

Sean pojechał do domu, wyrzucił śmieci i wrócił do szkoły. Było po dzwonku i spóźnił się na lekcje pół godziny. Nauczyciel widział go wyjeżdżającego ze szkoły, co stanowiło jawne naruszenie regulaminu i nie wiedząc, co się stało, wysłał Seana do gabinetu dyrektora.

-    Sean, dlaczego opuściłeś dziedziniec szkolny i spóźniłeś się na lekcje? – zapytał dyrektor.

Sean wyjaśnił, co się stało, że musiał jechać do domu, by wyrzucić śmieci, bo ojciec przyjechał do szkoły przypomnieć mu o jego obo­wiązkach. Dyrektor przez chwilę nic nie mówił, właściwie to go trochę zatkało, aż w końcu powiedział:

-     Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś, Sean. Wracaj teraz do klasy. Później porozmawiam o tym z twoim nauczycielem.

Po kilku minutach zadzwonił do mnie dyrektor.

-     Wprost nie sposób uwierzyć w to, co powiedział mi Sean. Chciałbym, by pan wiedział, że jesteśmy za to bardzo wdzięczni. Wydawało mi się, że Sean coś kombinuje, ale kiedy mi o tym opowie­dział, byłem pod ogromnym wrażeniem. Byłoby dobrze, gdyby inni rodzice tak konsekwentnie egzekwowali odpowiedzialność od swoich dzieci. To bardzo ułatwiłoby nam zadanie. Powiem o wszystkim nau­czycielowi Seana. W tym przypadku jest usprawiedliwiony, bo opuś­cił szkołę i pojechał do domu za wiedzą rodziców.

Po odłożeniu słuchawki poczułem ogromną ulgę. Czułem się jak wilkołak – tyle hałasu o jeden worek śmieci. Słowa dyrektora utwier­dziły mnie jednak w moich poglądach.

Działo się to ostatniej jesieni, kiedy Sean miał 13 lat. Nie oznacza to, że od tego czasu nie zdarzyło mu się ani razu zapomnieć o poran­nym wyrzucaniu śmieci; mogę tylko powiedzieć, że przeważnie o tym pamięta.

Obliczalność i prezentowanie wzorców ściśle się łączą

Wspomniałem już wcześniej, że staram się zabierać po zakupy jedno z dzieci, gdyby nawet to był tylko krótki wypad. Moim najważ­niejszym celem jest nawiązanie porozumienia z dziećmi oraz, gdy tylko pojawia się okazja, prezentowanie im wzorców zachowań.

Pamiętam jak pewnego razu poprosiłem Seana, by pojechał ze mną do sklepu z narzędziami, znajdującego się w centrum. Najpierw odmówił, ale potem zgodził się, bo wiedział, że w drodze powrotnej kupię mu lody.

Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy. Do centrum handlo­wego mieliśmy zaledwie około 8 minut jazdy. Jadąc, poklepałem Seana po ramieniu i powiedziałem:

-   Wiesz synu, ty naprawdę tak wiele dla mnie znaczysz. Chcę, żebyś wiedział, że czuję się dumny będąc twoim ojcem. Jestem jednym z największych szczęściarzy na świecie. Znam tylu innych chłopców, ale na żadnego bym ciebie nie zamienił.

Sean zerknął na mnie. – Naprawdą tato?

-    Naprawdę – odpowiedziałem wjeżdżając już na parking cen­trum handlowego.

Byłem tak zaaferowany rozmową z Seanem, że niechcący zapar­kowałem na linii oddzielającej miejsca parkingowe. Odeszliśmy już kawałek od samochodu, kiedy to spostrzegłem i przez chwilę walczy­łem z pokusą, by tak to zostawić. Spieszyliśmy się przecież. Powie­działem sobie jednak coś takiego: „Nie, przez ciebie ktoś będzie miał jeszcze dalej do samochodu, bo nie będzie mógł znaleźć bliżej wolne­go miejsca. Czy mogę synowi dawać taki przykład?”

Poprosiłem Seana, by chwilkę zaczekał. Nagle przyszło mi do głowy, że warto by wykorzystać tę sytuację w celach edukacyjnych.

-    Synu, czy wiesz po co wracam?

-    Po co, tato? – zapytał.

-        No cóż, jak widzisz kiepsko zaparkowałem, zająłem właściwie dwa miejsca. W Pierwszym Liście do Koryntian 13 powiada się o miłości jako braniu pod uwagę potrzeb innych. Zostawić samochód tak źle zaparkowany to grubiaństwo. Ktoś inny nie znajdzie miejsca i będzie miał o wiele dalej do sklepu. Wracam więc, by przestawić samochód, zanim wejdziemy do sklepu.

Sean nic nie powiedział, ja też więcej do tego nie wracałem. A że była to znakomita okazja do nauczenia go czegoś oraz dania dobrego przykładu, miałem przekonać się o tym wkrótce.

Obliczalność może być takie nieprzyjemna

Chciałbym zostać jasno zrozumiany: bycie obliczalnym wobec mojej rodziny nie przychodzi mi łatwiej niż innym rodzicom. Nie chcę przez to powiedzieć, że Dottie albo którekolwiek z dzieci nadużywa mojej zachęty do napominania mnie, ale równocześnie trudno byłoby powiedzieć, że są w tej kwestii szczególnie powściągliwi. Czasem ich uwagi są przykre i zaczynam się przed nimi bronić. Jednak gdy tylko zaczynam oponować, wycofują się i tracę w ten sposób możliwość poznania ich opinii na mój temat i otrzymania z ich strony pomocy. Doszedłem zatem do wniosku, że gdy urażona zostaje moja duma, powinienem jakoś to przełknąć, bowiem o wiele więcej dla mnie znaczy pomoc w podtrzymywaniu mojej obliczalności ze strony Dot­tie i dzieci. Moje osiągnięte w ten sposób nauki mógłbym streścić następująco:

Dobre chęci nie przeistaczają się automatycznie w fakty.

Już dawno stwierdziłem, że samooceny dokonuję opierając się na moich dobrych chęciach – nie jest to najlepsze rozwiązanie. Jak to już ktoś zauważył, droga do piekła wybrukowana jest dobrymi chęciami. Moja żona i dzieci mają pełne prawo sądzić mnie na podstawie przede wszystkim moich działań, które powinny być prostą konsekwencją moich intencji. Tak więc, gdy tylko pragnę zrealizować moje dobre chęci, zaraz ktoś przypomina mi o moich obowiązkach.

Poza możliwością doznania uszczerbku na honorze i koniecznoś­cią obrony – obliczalność ma i inne pułapki. Na przykład można narazić się na wiele uwag ze strony ludzi spoza rodziny. Ludzie oczekują, że zaangażowany w pracę duchową powinien być w swojej rodzinie „autorytetem”. Ma być jej „silnym przywódcą” i umieć ob­ronić swoją rodzinę w każdej sytuacji. Jak zatem może pozwalać swojej żonie i dzieciom na krytykę?

Moim krytykantom odpowiadam, że jestem przywódcą w takim samym stopniu, co sługą. Taki przywódca jest wystarczająco silny, by powiedzieć swojej żonie i dzieciom: „Oczekuję od was rozliczania moich czynów. Jeśli was oszukuję, chcę o tym wiedzieć.” Jest tak samo silny, gdy mówi: „Pomóżcie mi. Potrzebują waszej pomocy. Chcę być waszym mężem i ojcem na miarę określoną przez Boga.”

Dzieci nie wahają się przed rozliczaniem rodziców

Od chwili, gdy zwróciłem się o pomoc w podtrzymywaniu mojej obliczalności, najlepszymi moimi doradcami byli żona i dzieci. Na przykład Kelly i Sean z entuzjazmem odnieśli się do mojej propozycji i od czasu do czasu wytykali mi moje niefortunne zachowanie. Także pozostałe dzieci przy różnych okazjach zwracały mi uwagę. Pewnego dnia ja i Sean szliśmy ulicą w centrum miasta i spotkaliśmy znajome­go, który chciał ze mną chwilę porozmawiać. Czymś mnie zirytował i dość ostro zareagowałem. Gdy odszedł, Sean zauważył: „Tato, po­traktowałeś tego pana dosyć ostro. To nie było ładnie z twojej strony.” Myślałem, że padnę na środku ulicy. Ponieważ znajomy nie odszedł daleko, dogoniliśmy go. Przeprosiłem go za niegrzeczne zachowanie, a mój syn stał w tym momencie z boku.

Gdy kilka miesięcy temu wróciłem z kolejnej podróży, przyszła do mnie dziesięcioletnia Katie i stanowczo zakomunikowała:

-    Tato, postąpiłeś ze mną bardzo nieładnie.

-    O co ci chodzi, kochanie?

-    Kiedy wracasz z podróży, zabierasz ze sobą na miasto Kelly, Seana i Heather, a mnie nie.

-    Naprawdę?

-   Tak – powiedziała moja dziesięcioletnia córka bez mrugnięcia okiem, a potem dodała – Czy weźmiesz mnie dzisiaj na lunch?

Ucieszyłem się, że Katie wykorzystała prawo do zwracania mi uwagi i powiedziała o swoich odczuciach. Wydawało mi się, że poświęcam jej wystarczająco dużo czasu, ale najwyraźniej, z jej pun­ktu widzenia, wyglądało to zupełnie inaczej. Dlatego też jej prośba o wspólny lunch bardzo mnie uradowała. Jak już wspomniałem w dwunastym rozdziale, w tym okresie nasze wspólne lunche miały dla Katie wielkie znaczenie i w minionym roku dość często razem jadaliśmy.

Jak radziłem się eksperta

Gdy moje dzieci były jeszcze małe i oczekiwałem pomocy w zbu­dowaniu mojej obliczalności, udałem się po nią do najmądrzejszej znanej mi osoby – mojej żony. Nie ma na świecie nikogo, kto byłby mi tak bardzo bliski jak moja żona Dottie. Nikt mnie tak bardzo nie szanuje, podziwia i kocha jak ona. Dzieli ze mną życie i miłość, jest matką moich dzieci, moją kochanką, moim najlepszym przyjacielem i największym darem, jakim obdarzył mnie Bóg.

Pewnego dnia powiedziałem do niej:

-     Kochanie, potrzebuję twojej pomocy. Czy uważasz mnie za obliczalnego męża i ojca? Jeśli zbyt często nie ma mnie w domu, powiedz mi o tym. Jeśli nie spełniam twoich oczekiwań, proszę cię, abyś je wyraziła. Jeśli poświęcam zbyt mało czasu tobie i dzieciom – chcę o tym wiedzieć.

-    W porządku, Josh – odpowiedziała z pewnym ociąganiem Dot­tie. – Będę ci o tym mówić, ale to może być trochę przykre.

-    Kochanie, wiem, że będę się początkowo przed tym bronić, ale

jeśli tak się stanie, powiedz mi także i o tym. Chcę poznać prawdę.

Ja? Obliczalnym wobec moich dzieci?

Na pytanie ojców i matek o sposób na nauczenie swoich dzieci odpowiedzialności, niezmiennie udzielam takiej odpowiedzi: „Czy wy sami staraliście się być obliczalnymi w stosunku do własnych dzieci?”

Większość rodziców początkowo nie bardzo rozumie w czym rzecz i zastanawia się, dlaczego od nich oczekuję obliczalności w sto­sunku do dzieci. Przecież to dzieci mają się nauczyć obliczalności w stosunku do rodziców. Czyż nie na tym to polega?

Zgadzam się, że to dzieci mają się nauczyć odpowiedzialności, ale jestem przekonany, że najlepszą drogą do wpojenia dzieciom obliczalności i odpowiedzialności jest dawanie im przykładu, bycie obliczalnymi w stosunku do nich.

Nie chcę przez to powiedzieć, że to dzieci mają przejąć rządy – nic bardziej błędnego. Idzie o to, że powinniśmy być na tyle skromni i ulegli, by umożliwiać naszym dzieciom „rozliczanie nas”, gdy postępujemy w sposób pozbawiony uczucia i nieodpowiedzialny.

To prawda, że nie zawsze będą sprawiedliwe w ocenach i mogą na wszystko patrzeć ze swojego, dziecięcego punktu widzenia. Nie­mniej jednak uświadomienie im, że wy również musicie być ludźmi odpowiedzialnymi, daje wam niepowtarzalną szansę stworzenia po­mostu porozumienia pomiędzy wami a dziećmi. Obserwując wasze odpowiedzialne zachowania, dzieci same uczą się odpowiedzialności. Nie widzę żadnego lepszego sposobu na nauczenie ich obliczalności, niż posłużenie się sobą jako wzorem.