Archive for the ‘Nigdy nie przestawaj być bohaterem!’ Category

Tato-mama sporo się nauczył o wzajemnych relacjach

Oto i moja opowieść. Nie jest to może materiał wystarczająco rewelacyjny do nakręcenia kolejnego odcinka Bill Crosby Show albo Simpsonowie, ale, wierzcie mi, dla mnie było to coś. Co najważniejsze, dowiedziałem się sporo o ciążących na Dottie obowiązkach, o których nie miałem przedtem wielkiego pojęcia. Na własnej skórze przekona­łem się, jak może być kobiecie czasami ciężko.

Mimo wszystkich tych przejść z napiętym planem i drugimi śnia­daniami, spędziłem z trójką moich dzieci dziesięć wspaniałych dni. Nasze stosunki wyglądały w tym okresie nieco inaczej, bowiem pełni­łem rolę tato-mamy. Wszystko to pozwoliło mi odnaleźć nowe znacze­nie w często wypowiadanych przeze mnie słowach: „Reguły bez odpo­wiedniego podejścia prowadzą do buntu.”

W zmaganiach z rutyną dnia codziennego jest coś, co uświadamia nam konieczność stosowania w życiu rodzinnym pewnych zasad oraz ogromną wagę ustanowienia takich wzajemnych stosunków, które umożliwią sprawne i bezkonfliktowe pokonywanie codziennych przeszkód.

W Księdze Przysłów 6,20-23 król Salomon mówi: „Strzeż, synu, nakazów ojca, nie gardź nauką matki, w sercu je wyryj na zawsze i zawieś sobie na szyi! Gdy idziesz, niech one cię wiodą, czuwają nad tobą, gdy zaśniesz; gdy budzisz się – mówią do ciebie: bo lampą jest nakaz, a światłem Prawo, drogą do życia – upomnienie, nagana.”

To dobra rada. Salomon rozumiał konieczność zasad i posłuszeń­stwa dzieci wobec rodziców. Niestety, zaniedbał kwestię wzajemnych stosunków i musiał zapłacić za to cenę. Salomon z pewnością kierował się dobrymi chęciami – pełno ich w Księdze Przysłów. Dobre chęci nie zawsze stają się rzeczywistością, chyba że włoży się w to wiele trudu.

Pamiętajmy, wielkie sprawy wcale nie są najważniejsze. Najważ­niejsze są te małe, które są naszym chlebem powszednim. Nigdy nie należy się poddawać. Warto się nimi zająć. Bycie bohaterem dla swoich dzieci wymaga ciągłej pracy!

Tato-mama staje wobec największej przeszkody

Niedługo przed powrotem Dottie uświadomiłem sobie korzystne i niekorzystne konsekwencje tego faktu. Moja żona wróci i uwolni mnie od pewnych obowiązków. Gdy jednak rozejrzałem się po domu, mina mi zrzedła. Wśród całej tej gonitwy z dziećmi i usilnej pracy nad książką dom zamienił się w pobojowisko.

Sytuacja była trudna. Z kalendarza wynikało, że w piątek musia­łem oddać rękopis książki, a na weekend zaplanowałem specjalną imprezę na plaży z dzieciakami i ich kolegami. Jej termin ustaliliśmy ponad miesiąc temu, a każde z dzieci miało zaprosić jednego lub dwóch kolegów.

Zawsze chciałem być bohaterem nie tylko dla moich dzieci, ale i dla ich kolegów, ale tym razem wychodziło na to, że wybrałem sobie na to nie ten weekend, co trzeba. Miało nas nie być w domu od piątku do niedzieli, a Dottie wracała w niedzielę wieczorem. Jak zdążymy wszystko do tego czasu posprzątać?

Wczesnym rankiem we wtorek zwołałem wszystkie dzieci na naradę: „Słuchajcie, łobuziaki, mamy pewien kłopot. Dom wygląda jak po pożarze, a mama wraca w niedzielę. Muszę pracować nad książką, wy musicie iść do szkoły, a w piątek wyjeżdżamy z waszymi kumplami na weekend na plaży. Jak myślicie, czy nie moglibyśmy się z tego wycofać?”

Trzy pary oczu nie pozostawiły mi żadnych wątpliwości co do tego, że o wycofaniu się z weekendowej wycieczki nie mogło być mowy.

„W porządku, jasne jest, że nie możemy pozwolić, by mama wróciła do tak zabałaganionego domu. Bardzo kocham waszą mamę i wiem, że wyjeżdżając, musimy zostawić wszystko zrobione na wyso­ki połysk. Czy matka któregoś z waszych kolegów nie zajmuje się przypadkiem sprzątaniem? Wiem, że nic tak mamy nie ucieszy, jak idealnie czysty dom.”

Dzieci podały mi kilka nazwisk i po odwiezieniu ich do szkoły zacząłem wydzwaniać. W końcu ktoś z naszego kościoła powiedział mi o pewnej pani, która właśnie wprowadziła się w nasze okolice. Zajmowała się sprzątaniem i robiła to ponoć znakomicie. Zadzwoniłem do niej i przedstawiłem całą sprawę.

-    Wygląda mi to co najmniej na dwa dni roboty – powiedziała. – Jeśli z moimi materiałami i środkami czystości to będzie kosztowało dodatkowo jeszcze 35 dolarów.

-    Proszę pani, nie wiedziałbym nawet co kupić i od czego zacząć – powiedziałem jej. – Proszę dorzucić środki i do zobaczenia rano.

Kobieta przyjechała w piątek rano i oprowadziłem ją po domu. Nie była zbyt przerażona i zabrała się do roboty, a ja pojechałem do mojego gabinetu w The Julian Center pisać dalej.

Późnym piątkowym popołudniem ukończyłem książkę i mogłem podziwiać pierwsze, wspaniałe efekty pracy naszej sprzątaczki. Podło­gi i półki zaczęły wyłaniać się spod bałaganu. Dałem jej klucze od domu, zebrałem dzieci i wyjechaliśmy na plażę.

Wracając w niedzielę, zajrzałem po drodze do sprzątaczki, by uregulować rachunek. Nie umówiliśmy się co do ceny, a ja nie miałem pojęcia, ile kosztuje sprzątanie. Czekał mnie wkrótce przyspieszony instruktaż na ten temat.

-     W piątek i sobotę pracowałam dwadzieścia cztery godziny – powiedziała. – Razem ze środkami czystości wynosi to dwieście pięć­dziesiąt dolarów.

Przełknąłem ślinę i sięgnąłem po książeczkę czekową. Tłumaczy­łem sobie, że warto dla Dottie zrobić taki kosztowny porządek, choćby za to, że poświęciła tyle czasu na czytanie, korektę i redakcję moich książek. Nadarza się teraz świetna okazja, by jej to wynagrodzić.

Gdy odjechaliśmy, dzieci zauważyły, że nie jedziemy do domu, ale do Dicka i Charlotte Day’ów.

-    Dlaczego jedziemy tędy? – zapytały.

-    Dlatego, że zostaniecie u Day’ów, zanim nie wróci mama. Nie pozwolę wam znów nabałaganić w domu.

-    Oj tato, będziemy uważać. Zostaniemy w dużym pokoju i naj­wyżej skorzystamy kilka razy z łazienki.

Wzruszyłem ramionami:

-     O nie, nic z tego. Zostawię was u Day’ów, dopóki mama nie wróci.

Rozmawiałem już z Charlotte i przekonałem ją, by przyjęła dzieci na popołudnie i wieczór. Nie był to dla niej dość fortunny moment, gdyż sama musiała przygotować dom na przyjęcie gości, którzy mieli się zjawić w poniedziałek rano. Jak zwykle Dick i Charlotte wykazali zrozumienie i z chęcią wybawili mnie jeszcze raz z kłopotu.

Podwiozłem do nich dzieci i gorąco podziękowałem Dickowi i Charlotte. Wyruszyłem do San Diego, by odebrać Dottie i Heather z lotniska. Nigdy przedtem nie jechałem na lotnisko z taką radością! W drodze powrotnej Dottie powiedziała mi, jak wiele znaczyła dla niej ta podróż i jak wspaniale spędziła czas z rodziną.

Potem obojętnym tonem powiedziała:

-   Josh, wiem, że w domu jest pewnie trochę nieporządku, ale nie przejmuj się. Bardzo ci jestem wdzięczna za to, co zrobiłeś. Ten wypad i spotkanie z rodziną to było coś wspaniałego. Jeśli będzie trzeba trochę posprzątać, nie ma problemu.

Nic nie dając po sobie poznać, zdecydowałem się grać dalej:

-    Dottie, kochanie, jest niestety trochę nieporządku. Bardzo się starałem, ale nie wszystko mi wyszło.

-    Nic nie szkodzi, Josh – zapewniła mnie. – Szybko się z tym uporam.

Dottie była dzielna, ale, jak mi później przyznała, nie była taka pewna swoich słów. Co mógł zrobić z mieszkaniem w podwójnej przy­czepie w ciągu dziesięciu dni niezbyt uporządkowany mąż-pisarz, do tego z dwojgiem nastolatków i jedną dziewięciolatką na głowie? Bóg raczył wiedzieć, a ona mogła się tylko domyślać.

Podjechaliśmy pod dom. Gdy Dottie weszła i ujrzała wszystko błyszczące, czyste i poukładane, jej pierwsze trzydzieści sekund zachwytów było warte co do grosza te całe dwieście pięćdziesiąt dolarów, które wydałem na sprzątaczkę. Zacząłem już w myślach pisać konspekt nowej książki: „Jak być bohaterem dla swojej żony.”

Nagle Dottie przypomniała sobie:

-    A gdzie są dzieci?

-   U Dicka i Charlotte – powiedziałem z lekkim grymasem. – Nie chciałem, żeby nabałaganiły zanim to zobaczysz.

Pojechaliśmy tam i zabraliśmy dzieci do domu. Gdy piętnastolet­nia Katie, która nienawidzi sprzątania, ujrzała wysprzątany dom, na­tychmiast to skomentowała: „Ojej! Tato, mama to ma szczęście, że za ciebie wyszła!”

Oczywiście, zrobiło mi się bardzo miło – to bardzo przyjemne, jak nazywają cię bohaterem. Poza tym ucieszyłem się, że Kelly zrozumiała, o co chodzi. Wydałem sporo pieniędzy na posprzątanie domu nie dlatego, że bałem się narzekania Dottie. Zrobiłem to dlatego, że ją kocham i wiedziałem, że sprawi jej to wielką przyjemność. Jeszcze raz udało mi się wzmocnić poczucie bezpieczeństwa u moich dzieci (nie mówiąc już o moim małżeństwie).

Powiedziałem później Kelly: „Bardzo ci jestem wdzięczny za to, co powiedziałaś. Chciałbym jednak, żebyś wiedziała, że to ja jestem szczęściarzem, bo jestem mężem twojej mamy i mam zaszczyt być ojcem takich dzieci.”

Od rutyny do kryzysu

Po upływie tygodnia w mojej maszynie zaczęło się coś zacinać. Pewnego wieczoru ustanowiłem rekord szybkości w przygotowywaniu drugiego śniadania na dzień następny, błyskawicznie pakując kanapki do toreb dzieci. Następnego ranka dziewczynki zajrzały do nich i za­pytały: „Gdzie są moje kanapki?”

Sean zajrzał do swojej torby i krzyknął: „Świetnie, dałeś mi dzisiaj duże śniadanie!” Okazało się, że zapakowałem wszystkie kanapki do torby Seana!

Po kilku dniach dzieci zaczęły mówić: „Dobrze tato, sami zapaku­jemy sobie kanapki.” Nie wiedziałem, jak na to zareagować. Chciały mi pomóc? A może miało to coś znaczyć? Zdawało mi się, że z kanap­kami dość dobrze sobie radziłem, aż mi się przypomniało: „Można oszukać wszystkich, ale nie własne dzieci.” Pozwoliłem im na samo­dzielne pakowanie kanapek i wszyscy byli zadowoleni – ja też.

Przez ten dziesięciodniowy okres miałem okazję poznać obowiąz­ki spadające na Dottie w tym czasie, gdy wyjeżdżałem z domu na dłużej. Nie ominął mnie też mały „kryzys”. Okazało się, że należy pomóc Seanowi w przygotowaniach do udziału w Wystawie Nau­kowej.

Pewnego dnia Sean wręczył mi listę wszystkich materiałów, wy­posażenia i składników niezbędnych do jego projektu. W większości można było je dostać dopiero w odległym San Diego. Mogliśmy zrobić tylko jedno. Pojechaliśmy do San Diego, kupiliśmy wszystko i wróci­liśmy wystarczająco wcześnie, bym zdążył objechać jeszcze wszystkie pozostałe, przypadające na ten dzień miejsca.

Niestety, na tym przygotowania Seana nie były zakończone. Trze­ba było jeszcze przepisać na maszynie różnego rodzaju opisy i testy. Przyznam się, że w tym miejscu „padłem” i poprosiłem o pomoc moją sekretarkę. Nie miałem już czasu, termin ukończenia książki zbliżał się nieodwołalnie i musiałem się przede wszystkim tym zająć.

Jakoś udało mi się ze wszystkim uporać i odetchnąłem z ulgą- Wystawa Naukowa miała odbyć się w dzień po powrocie Dottie, a wie­działem, że chciała tam jechać. Widziałem, jak w poprzednich latach bez wysiłku pomagała w przygotowaniach do nich, ale dla mnie był to duży problem. Zdobyłem kolejne doświadczenia z życia bohatera.

Obowiązki tato-mamy

„Zazwyczaj o wszystkim pamiętam – pocieszyła mnie Dottie, wrę­czając mi po drodze na lotnisko kilka kartek. – Mam nadzieję, że będą pomocne w utrzymaniu domu i rodziny w porządku.”

Punktem pierwszym na liście było budzenie dzieci o 630 i wypra­wienie ich do szkoły. Nic prostszego, pomyślałem sobie, i tak będę wstawał o 230 nad ranem, żeby zdążyć z ukończeniem książki na czas.

Kolejne punkty nie wyglądały już tak bezproblemowo. Na przy­kład, trzeba.było przygotować drugie śniadanie do szkoły: pół sandwicza, jakieś owoce i po przekąsce dla każdej z dziewczynek (…) cały sandwicz, sporo owoców i dwie przekąski dla Seana (…) ponadto przygotować drobne, żeby mogli sobie kupić coś do picia.

„Chyba przygotuję im to już wieczorem” wymamrotałem pod nosem i zająłem się dalszym studiowaniem listy, na której Dottie wyszczególniła godzinę rozpoczęcia zajęć w szkole każdego z dzieci. Każde z nich chodziło do innej szkoły, godziny rozpoczęcia lekcji też były różne, ale wyglądało na to, że dam sobie radę – aż dotarłem do śniadania.

No tak, co ze śniadaniem? Niestety, gotowanie nie jest moją mocną stroną, toteż jedynie na co będzie mnie stać, to płatki z mlekiem albo będziemy musieli jadać gdzieś na mieście. Skończyło się na tym, że na śniadania chodziliśmy przeważnie do naszej ulubionej małej restauracyjki.

Kiedy podrzuciłem już dzieci do szkoły, mogłem wrócić do domu i zasiąść do pisania, by niedługo potem szykować się już do przywie­zienia ich ze szkoły. Z Katie nie było problemu, bo nie chodziła w tym okresie na żadne treningi i musiałem tylko pamiętać o przypadających na środę kursach krawieckich. Z Kelly i Seanem nie szło już tak łatwo. Obydwoje grali w koszykówkę i codziennie po szkole mieli treningi. Sean był właściwie w dwóch drużynach i musiał dotrzeć na dwa tre­ningi w różnych częściach miasta.

No tak, poza treningami były jeszcze mecze. Jeśli dobrze pamię­tam, Sean miał ich mieć trzy, a Kelly co najmniej dwa. Większość z nich odbywała się w Julian, ale na jeden mecz Seana trzeba było jechać do Ramona. Na wszystkie dotarliśmy, poznając przy okazji wszystkie drogi i dróżki prowadzące przez góry.

Teraz rozumiem, dlaczego Dottie mówi czasem o sobie jako o taksówkarzu, jeżdżąc tam i z powrotem, przywożąc i odwożąc na­sze dzieci i ich kolegów. Przypomniała mi się widziana gdzieś na samochodzie nalepka. Czyż nie brzmi to prawdziwie: „Jeśli miej­sce matki jest w domu, to czemu, do licha, ciągle siedzi w samo­chodzie?”

No i obiady. Powtarzam, nie umiem gotować. Za gotowanie brała się Kelly lub Sean albo chodziliśmy gdzieś na miasto. Zdarzyło się to kilka razy. Kiedyś dzieci zrobiły spaghetti (całkiem niezłe), a przez kilka wieczorów ratowaliśmy się potrawami z kuchenki mikrofalowej (zadziwiająco smacznymi).

Po obiedzie było odrabianie lekcji albo odwoziłem starsze dzieci na spotkania młodzieżowe w kościele. Sean miał je we wtorki wieczo­rem, Kelly w środy – i znowu byłem bezpłatnym taksówkarzem. Na szczęście do kościoła mieliśmy tylko półtorej mili.

Chodzenie spać pociągało za sobą kolejne kłopoty. Oczywiście, każde z dzieci miało swoje własne zdanie na temat pory pójścia spać. Kelly, nasz „nocny Marek”, zawsze kładła się ostatnia i snuła się potem nieprzytomna przez pół ranka. Ranny ptaszek Sean kładł się przeważnie dość wcześnie i wstawał rano rześki jak skowronek. Katie nie zaliczała się do żadnej z grup. Była i tym, i tym, zależnie od tego co robiła i co się akurat działo.

A ja? Mając terminy na karku, wstawałem codziennie o 2 i z przyjemnością chodziłem spać z kurami. Zanim się położyłem, mu­siałem przygotować drugie śniadania i ubrania dla dzieci. Zawsze mi się wydawało, że moje dzieci umieją się ubierać same, ale dziesięć dni „matkowania” wyprowadziło mnie z tego błędu. Okazało się, że pewne rzeczy można założyć tylko z takimi a nie innymi, a pewne kolory koniecznie musiały występować razem.

Musiałem wszystko to przygotować, toteż kolejnym zajęciem oka­zało się pranie. Tak naprawdę, dotychczas zdarzyło mi się robić pranie kilka razy. Obficie sypiąc do pralki uniwersalny proszek do prania, zastanawiałem się, jak to u licha jest, że to się tak szybko zużywa – a do tego było nas o dwoje mniej!

Gdzieś w połowie tego okresu tato-mamowania zdałem sobie na­gle sprawę z objawionej przez Dottie umiejętności przewidywania – zabrała ze sobą Heather.

„Co by było, gdybym musiał jeszcze zająć się naszą trzyletnią Heather?”, mówiłem sobie głośno. Wolałem w ogóle się nad tym nie zastanawiać.

Tata przejmuje obowiązki mamy

Wszędzie gdzie jestem, podkreślam, że zdaję sobie sprawę z ogro­mu stojących przed rodzicami zadań i zapewniam, że wypełniając je, poradzą sobie z każdą trudnością i wyzwaniem. Pewnie dlatego przed kilkoma miesiącami jeszcze raz uświadomiono mi ogrom tego zadania

-    trudnego zwłaszcza dla matek.

W prezencie urodzinowym dla Dottie zgodziłem się przez dziesięć dni pełnić jej obowiązki w czasie jej nieobecności – wyjeżdżała na Florydę w odwiedziny do rodziców, brata i siostry. Dottie bardzo cie­szyła się na ten wyjazd, bo tęskniła za rodziną i bardzo potrzebowała odpoczynku.

Ustaliliśmy, że na Florydę pojedzie z nią trzyletnia Heather, ko­rzystając z moich darmowych biletów lotniczych, na które dobrze zapracowałem dzięki dotychczasowym licznym podróżom lotniczym. Zostanę z piętnastoletnią Kelly, trzynastoletnim Seanem i dziewięcio­letnią Katie na dziesięć dni – mieszkając w przyczepie, w której spę­dziliśmy ostatnie osiem miesięcy. Sprzedaliśmy nasz dawny dom i nie mogąc się zdecydować ani na kupienie czegoś gotowego, ani na budo­wanie nowego domu, przenieśliśmy się do „całkiem przytulnej” po­dwójnej przyczepy.

-No, jak wyjedziemy z Heather, będzie wam przynajmniej od razu luźniej – cieszyła się Dottie.

-Tak, mam nadzieję, że uda mi się utrzymać wszystko w porządku

-     westchnąłem. – Zbliża się termin oddania mojej nowej książki i nie jestem pewien, czy dam sobie radę z dziećmi i tym wszystkim na głowie.

- Och, na pewno sobie poradzisz – zapewniła mnie Dottie. – Nawet jeśli zastanę po powrocie trochę nieporządków, nie przejmuj się. Tak się cieszę, że zobaczę wszystkich moich bliskich!

Walcząc z mieszanymi uczuciami na temat przyjęcia dodatkowo roli „matki” na dziesięć dni, bardzo chciałem zapewnić Dottie luksus dłuższego wypoczynku. Chciałem także wykorzystać tę sytuację, by wzmocnić u naszych dzieci poczucie bezpieczeństwa i pokazać im jak bardzo kocham ich mamę. Chciałem pokazać dzieciom, jak staram się zastosować do biblijnego nakazu: „Mężowie, miłujcie swoje żony (…)” (List do Kolosan 3,19).

Po ustaleniu planów z Dottie przeprowadziłem z każdym dziec­kiem osobną rozmowę. „Bardzo kocham waszą mamę i chociaż wiem, że będziecie za nią bardzo tęsknić, myślę, że zasługuje na odpoczynek.

Musi odpocząć i zobaczyć się z rodziną. Sądzę, że najwspanialszym sposobem okazania jej mojej miłości będzie wejście w jej rolę na tych kilka dni. Musimy wysłać mamę i tak będzie, ale mam nadzieję, że pomożecie mi we wszystkim.”

Kelly, Sean i Katie z namaszczeniem pokiwali głowami i zobo­wiązali się do wszelkiej możliwej pomocy. Przyjąłem to z radością, szczególnie po otrzymaniu od Dottie spisu wszelkich koniecznych do spełnienia obowiązków domowych.

Szczególną nadzieją pokładamy w ojcach

Mam jednak nadzieję, że stosując i dostosowując do własnych potrzeb podane na tych stronach wskazówki, uda się wielu małżonkom wspólnie stawić czoła wszelkim problemom i wyzwaniom. Być może, już wcześniej niektórzy rodzice stosowali w praktyce zarysowane tutaj pomysły, toteż będzie to dla nich okazja do odnowienia swojego zaangażowania w proces wzrastania ku rodzicielstwu pozytywnemu. Szczególną nadzieję pokładamy z Dickiem w ojcach, którzy powinni wykorzystać przynajmniej niektóre z elementów przedstawionego tu Planu, by znacząco zmienić swoje stosunki z rodziną.

Myślę, że każda żona ucieszyłaby się bardzo, słysząc te słowa: „Czy pomożesz mi, bym stał się bardziej akceptujący? Czy będziesz mnie zachęcać do wyszukiwania pozytywnych zachowań naszych dzie­ci? Czy powiesz mi, gdy zbytnio zaangażuję się w pracę? Czy pomo­żesz mi stać się bardziej obliczalnym dla rodziny?”

Mam nadzieję, że samotne rozwiedzione matki wpłyną na swoich byłych mężów mówiąc: „Przeczytaj tę książkę. To na nas spoczywa ogromna odpowiedzialność wobec naszych dzieci i chociaż nie miesz­kamy już razem, obydwoje możemy zastosować się do zasady miłości i troski o nasze dzieci.”

Codziennie dziesiątki głosów z telewizji, kina, radia, a nawet szko­ły trąbią o tym samym: „Nie poddawaj się autorytetom – nie zwracaj uwagi na swoich rodziców.” Nie sposób zaprzeczyć, że wychowywanie staje się z każdym dniem coraz trudniejsze. Sądzę, że rodzice potrze­bują wsparcia i pomocy także ze strony innych rodziców. Porozma­wiajcie z zaprzyjaźnionymi matkami i ojcami, w pracy czy w kościele. Dowiedzcie się, co u nich słychać, jakie są ich problemy i jak się czują. Starajcie się podejrzeć tych rodziców, którzy potrafią sobie radzić. Pytajcie o wszystko – i słuchajcie ich odpowiedzi.

Kto stale szuka pomocy, ten ją znajdzie. Poznacie metody, które można będzie zastosować wobec waszych dzieci, bez względu na ich wiek. Wszystkie one potrzebują wychowania pozytywnego, i te kształ­tujące się dopiero berbecie, i te pewne siebie, czupurne nastolatki. One też potrzebują akceptacji, doceniania i uczucia.

Nigdy nie przestawaj być bohaterem!

Być może, stwierdziliście kilkakrotnie podczas lektury tej książki, że: „Tutaj nie ma nic aż tak skomplikowanego czy trudnego. To wszystko opiera się na Biblii, pochodzącym od Boga zdrowym rozsąd­ku – to są wszystko rzeczy, które powinniśmy jako rodzice robić wraz z naszymi dziećmi i dla nich.” No właśnie.

Jak to już wcześniej mówiliśmy, w Planie Wychowania Pozytyw­nego nie zawiera się żadna magiczna recepta na sukces. Plan ten dostarcza kilku użytecznych narzędzi, pomocnych rodzicom żyjącym w kulturze, która jest w swojej istocie nastawiona przeciw rodzinie. Współczesna kultura wzmacnia postawy egocentryczne, chciwość i przemoc. Jej hymnem jest piosenka I Gotta Be Me (Muszę być sobą), z której słów wynika, że „wszystkie prawdy są względne”.

W trakcie naszej pracy nad Planem Wychowania Pozytywnego przypomniało się nam, Dickowi i mnie, stare przysłowie:

Nikt nie rodzi się bohaterem.

Jako ojciec przekonałem się o całkowitej prawdziwości tego przysłowia. Wiem też, że stawanie się bohaterem to proces długotrwa­ły! Na co dzień stajemy wobec konieczności okazywania dzieciom uczucia, akceptacji, doceniania oraz znalezienia dla nich czasu. W każ­dej chwili nasza obliczalność i wrażliwość wystawiane są na próbę, bez względu na to, czy w środku nocy dziecko budzi nas prosząc o coś do picia, czy też w środku nocy budzi nas telefon z posterunku policji.

Nawet jeśli jesteśmy bohaterami dla swoich dzieci, nikt nie da nam stuprocentowej gwarancji, że unikniemy wszelkich kłopotów z dziećmi – czy nawet ich buntu. Kłopoty nieodłącznie towarzyszą ojcu i matce, nawet jeśli są dobrym ojcem i wspaniałą matką.