Archive for the ‘Nie licz na szczęście – planuj!’ Category

Dwa rodzaje autorytetu

Słowo „autorytet” kojarzy się z przywództwem – rodzice są prze­cież przywódcami we własnym domu. Mogą posługiwać się autoryte­tem na wiele sposobów, a wśród nich wyróżnić można sposób autokra­tyczny i względny.

Rodzice o autokratycznym autorytecie powiadają: „To ja tutaj rządzę i albo będzie tak jak ja chcę, albo nic”! Rodzice autokratyczni, autorytarni opierają się na literze prawa. Muszą kontrolować, domino­wać i manipulować. Dzieci to marionetki reagujące na pociągnięcia bardzo napiętych nitek.

Rodzice o autorytecie względnym (autorytatywni) powiadają: „Pragnę dla ciebie jak najlepiej. Spójrzmy na różne możliwości… Dlatego właśnie uważam, że to będzie najlepsze wyjście – i najbardziej odpowiedzialny sposób życia.”

Rodzice o autorytecie typu względnego starają się zawsze uchwy­cić ducha prawa. Tacy rodzice są równocześnie i przywódcą, i podda­nym, przewodzą w sposób autorytatywny, ustalają wzorce do naślado­wania i sami ich przestrzegają. Ich dzieci widzą ograniczenia, mając w ich obrębie swobodę wyboru. Autorytet oparty na akceptacji zapew­nia dzieciom samodzielność podejmowania decyzji, umożliwiając im prawidłowy wybór zachowań, wyrażanie swoich poglądów oraz podej­mowanie działań.

Użyłem już wcześniej porównania metody „Sześciu zasad wycho­wania pozytywnego” do przepisu kulinarnego. Innym sposobem spoj­rzenia na Plan Wychowania Pozytywnego może być diagram w formie domu. Jego podstawą, fundamentem, jest akceptacja, a zwień­czeniem docenianie. „Mury” zbudowane z uczucia i dostępności uka­zują, w jaki sposób akceptacja i docenianie przekazywane są dziecku, a także w jaki sposób nadrzędna struktura Miłości podtrzymuje krok­wie i dach, którymi są Ograniczenia – autorytet i obliczalność.

„Sześć zasad wychowania pozytywnego” to plan służący do zbu­dowania zdrowej i pozytywnie funkcjonującej rodziny. Jeśli zastosuje­my sześć jego etapów we właściwej kolejności, staniemy się bohatera­mi dla swoich dzieci, nie dla własnej satysfakcji, ale dla ich dobra. Będziecie dla nich swojego rodzaju wzorcem osobowym, potrzebnym im w przygotowaniach do stawienia czoła światu, pełnemu wyzwań, a nawet niebezpieczeństw.

Powtórzmy jeszcze raz, że z planu „Sześciu zasad wychowania pozytywnego” korzystać należy we właściwej kolejności. Stawianie domu od dachu nie ma szans na sukces. Późniejsze dobudowywanie fundamentów jest zupełnie bez sensu. Jeśli jednak, mimo wszystko, podejmiemy taką próbę, doprowadzimy jedynie do chaosu i zamiesza­nia. W trzecim rozdziale odpowiemy na pytanie, dlaczego Miłość zaw­sze poprzedzać powinna Ograniczenia.

 

Ograniczenia równoważą miłość

Akceptacja, docenianie, uczucie i dostępność stanowią tę część naszego planu, która dotyczy uczuć. Elementami równoważącymi są: obliczalność i podparty miłością autorytet. Tę drugą część nasze­go planu nazywamy ograniczeniami lub zasadami regulującymi życie rodzinne. Musimy jednak pamiętać, że najważniejsza jest miłość. To ona nadaje sens zasadom i przynosi dobre rezultaty ich stosowania.

Powtórzmy: akceptacja daje dziecku poczucie bezpieczeństwa. Docenianie wyrabia w dziecku poczucie ważności. Obliczalność za­pewnia dziecku poczucie samokontroli. Wpajając naszym dzieciom obliczalność, uczymy je równocześnie odpowiedzialności.

Okazywanie obliczalności w życiu rodzinnym i jej uczenie daje znakomite przesłanki do stania się w oczach dzieci bohaterem – wzor­cem pozytywnym. Bohater nie tylko wzmacnia u swoich dzieci takie cechy, jak obliczalność i odpowiedzialność – dąży także do podtrzyma­nia ich u siebie w stosunkach z dziećmi!

Razem z Dickiem wypracowaliśmy w oczach naszych dzieci wi­zerunek ludzi obliczalnych przez to, że zwracaliśmy się właśnie do nich o pomoc w naszej pracy nad doskonaleniem swego ojcostwa. Dzieci mają prawo wytykać nam odstępstwa od poglądów, które staramy się im wpoić, okazując przy tym należny rodzicom szacunek.

Jeśli chcemy być wobec naszych dzieci obliczalnymi, musimy przygotować się na ich ocenę! Pewnego razu wybraliśmy się do baru szybkiej obsługi na kolację. Wszyscy, z wyjątkiem najstarszej córki Kelly, mieliśmy – jak się okazało – na myśli tę samą restaurację. Kelly pozwoliła sobie na kilka krytycznych uwag na temat oklepa­nych miejsc, przeplatając je określeniami typu „śmietnik” i „zatęchła dziura”.

Zwróciłem Kelly uwagę na używany przez nią język i jej niechętne podejście do naszego wyboru, a potem poszliśmy na kompromis, usta­lając, że tych wszystkich, którzy chcieli jeść w wybranej restauracji, podwieziemy tam w pierwszej kolejności. Później mieliśmy pojechać z Kelly i Dottie do restauracji wybranej przez nią.

Pojechaliśmy do restauracji wybranej przez Seana, Katie i Heather. Gdy podjeżdżaliśmy, powiedziałem pół żartem, pół serio zgadzając się z Kelly: „A teraz wszyscy jazda do tej spelunki.”

Młodsze dzieci chyba nie słyszały moich słów, zbyt pochłonięte myślami o czekających je frytkach i hamburgerach. Gdy odjeżdżaliśmy do drugiej restauracji, Kelly powiedziała: „Tato, sam robisz to, za co mnie ganisz – jaka jest różnica między nazwaniem jakiegoś miejsca śmietnikiem a spelunką”?

Jasne, że Kelly chciała mnie przyłapać. Jechaliśmy na kolację, na której zamiast pierwszego dania miałem przeżuwać moje własne słowa. Jakoś to przełknąłem, dziękując Kelly za wytknięcie mi niekonsek­wencji i naśladowania zachowania uprzednio skrytykowanego przeze mnie. Było to nieco upokarzające, ale równocześnie najlepszy sposób na poznanie, czym jest obliczalność i samokontrola – zwłaszcza pa­nowanie nad własnym językiem.

Na prowadzonych przez nas seminariach dla rodziców mocno podkreślamy wpływ obliczalności na proces wpajania dziecku posłu­szeństwa. Ona to pomaga mu w rozwoju samodyscypliny. Dziecko pozbawione właściwego zrozumienia obliczalności nigdy nie wytwo­rzy w sobie wystarczająco silnej samodyscypliny, koniecznej we wła­ściwym odnoszeniu się do autorytetów.

Być dostępnym to mówić: „ Jesteś ważny”

Dostępność jest pod pewnym względem wiodąca spośród sześciu elementów naszego planu. Dlaczego? To oczywiste, bo jak można okazać dzieciom akceptację, docenianie i uczucia, jeśli nas nie ma? Jak pomóc im w nauczeniu się obliczalności i jak okazać im swój podbu­dowany uczuciem autorytet?

W dzisiejszych czasach powszechnego pośpiechu rodzice twier­dzą, że bardziej liczy się .jakość” spędzonego z dziećmi czasu niż jego ilość. Dla wielu nie ma innego wyjścia, jak tylko pogodzić się z brakiem czasu. Trzeba sobie jednak uświadomić, że „jakość” czasu spędzonego z dziećmi nie może zastąpić jego ilości. Nasze kontakty z dziećmi będą znaczące dopiero wtedy, gdy poświęcimy im wystarczającą ilość czasu. A jest to warunek konieczny dla zaistnienia dobrych stosunków z dziećmi. Nie może to przecież wyglądać tak, że siadamy z dzieckiem, mówiąc: „Cześć, teraz spędzimy razem pięć znaczących minut, bo za chwilę mam ważne spotkanie.”

Ponieważ wyznaczałem sobie bardzo ambitne cele zawodowe, moja praca pochłaniała mnie całkowicie. Czułem się dobrze tylko wtedy, gdy pracowałem nad czterema lub pięcioma przedsięwzięciami naraz. W końcu jednak uświadomiłem sobie, że dzieci są najważniej­sze. W dalszych rozdziałach przedstawię szereg pomysłów wspólnych zajęć z dziećmi. Niektóre z nich są bardzo proste, inne mogą wydać się nieco ekscentryczne czy nawet szalone. Wszystkie stosowałem oso­biście i mam zamiar robić to nadal. Ich celem było udowodnienie dzieciom, że zawsze mam dla nich czas. Żadna inna osoba, działalność czy rzecz nie są dla mnie ważniejsze od nich lub ich mamy. Powinny też wiedzieć, że u podstaw mojej do nich miłości leży miłość do Jezusa Chrystusa.

Uczucie podpowiada: „Jesteście kochani”

Wydaje się zbędne przypominanie rodzicom o konieczności oka­zywania swoim dzieciom uczuć. Niestety, wiele dzieci dorasta nie doświadczając ich, a skutki tego ujawniają się wiele lat później. Anga­żujące się w seks przedmałżeński nastolatki poszukują w nim miłości, której nie zaznały w dzieciństwie.

Zawsze uważałem, że należy okazywać dzieciom jak najwięcej uczuć. Chciałyby one o nich słyszeć i czuć je w każdej chwili. W sensie fizycznym należy jak najwięcej je przytulać, całować, poklepywać i głaskać. Należy też mówić im jak najczęściej, że się je kocha. Nigdy nie będą takich wyznań syte. Staram się mówić moim dzieciom, że je kocham przynajmniej cztery lub pięć razy dziennie, widząc je czy rozmawiając z nimi przez telefon.

To prawda, że w miarę dorastania, przechodzenia do starszych klas, dzieci zaczynają zachowywać się tak, jak gdyby nie pragnęły już tego. Z moich obserwacji wynika jednak, że właśnie wtedy dzieci potrzebują jeszcze więcej czułości niż przedtem. Być może trudno będzie znaleźć właściwe miejsce, moment czy sposób dla ich okazy­wania, ale nieprawdą jest, jakoby potrzeba uczuć była u starszych dzieci nawet odrobinę mniejsza.

Niestety, wielu rodziców okazuje swoje uczucia starszym dzieciom w mniejszym stopniu. Zaobserwowano, że to ujemne zjawisko dotyczy zarówno słownych, jak i fizycznych relacji pomiędzy starszymi dziećmi a ich rodzicami. Spośród matek piątoklasistów 50% mówi swym pocie­chom codziennie: „kocham cię”, ale gdy dochodzą one do klasy dzie­wiątej, czyni tak już tylko 36% matek. Spośród ojców dzieci chodzących do piątej klasy 44% słownie wyraża wobec nich swoje uczucia, a w sto­sunku do dziewiątoklasistów też tylko 36%.

Jeśli chodzi o fizyczne okazywanie uczuć – przytulanie, pocałunki, głaskanie itp. – 68% matek nie szczędzi ich piątoklasistom, ale czyni to już tylko 44%, gdy dzieci dochodzą do klasy dziewiątej. I odpowied­nio: 50% ojców okazuje swoje uczucia piątoklasistom, a jedynie 26% dziewiątoklasistom.

Nie należy podchodzić do jakichkolwiek danych jak do „wyrocz­ni”, niemniej jednak statystyki jasno wskazują na fakt, że rodzice w miarę dorastania dzieci rzadziej okazują im uczucia. A jak przedsta­wiają się te wskaźniki, gdy dzieci mają już 15, 16 czy 17 lat? Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że podane wyżej liczby byłyby jeszcze niższe!

Bardzo często jest tak, że gdy dziecko wkracza w dorosłość i bo­ryka się z wypracowaniem tożsamości, budowaniem wizerunku włas­nej osoby i poczucia własnej wartości, ma najczęściej do czynienia z niewielką dawką uczuć ze strony swoich rodziców.

Nie można załatwić sprawy, mówiąc: „Dzieci wiedzą, że je kocham. Nie muszę bez przerwy im tego mówić i okazywać.” Otóż właśnie: powinniśmy ciągłe im to mówić i okazywać. Okazywanie dzieciom miłości daje im poczucie bycia kochanymi, co z kolei podnosi ich pewność niezbędną do zbudowania zdrowych stosun­ków z ludźmi poza rodziną. Koszty podejścia do dzieci bez miłości są ogromne. Zrozumiałem to dobitnie, prowadząc w poradni rozmo­wy z nastolatkami, zwłaszcza dziewczętami, które współżyjąc sek­sualnie wpadły w poważne tarapaty. Chciały udowodnić sobie, że są kochane.

Doceniać to mówić: „Jesteś dla mnie kimś ważnym”

Jeśli uznać akceptacją za podstawę dobrych stosunków z dzieć­mi, to docenianie stanowi ich kamień węgielny. Zaakceptowanie dziecka buduje jego poczucie wartości i bezpieczeństwa. Docenia­nie dodaje mu poczucia ważności, innymi słowy mówi ono sobie: „Hej, ja coś znaczę! Mama i tata cieszą się, gdy jestem z nimi – są ze mnie dumni!”

Docenianie staje się czymś w rodzaju „wykrywacza dobra”, jak nazywa to zjawisko Mamie McCollough. Zamiast osiągać cele wycho­wawcze przez strofowanie, dyscyplinowanie i „ustawianie” dzieci, na­leży pójść w zupełnie innym kierunku. Przede wszystkim trzeba się zastanowić, kiedy i w jaki sposób można szczerze je pochwalić, obda­rzyć komplementem i dodać otuchy.

Nie oznacza to odejścia od dyscypliny i konieczności korygowania różnych zachowań. Lepiej utorować drogę dyscyplinie w atmosferze pozytywnej, pokazując dziecku, że naprawdę zauważamy i pochwala­my jego właściwe działania. Wówczas będziemy mogli skuteczniej poprawiać jego błędy lub karcić za złe zachowanie, zamiast tylko narzekać: „Coś mi się zdaje, że moje dzieci wszystko robią źle – ciągle mam im coś za złe.”

W siódmym i ósmym rozdziale jest szerzej rozwinięta kwestia doce­niania. Zanim tam dojdziemy, potraktujmy docenianie i akceptację jak dwa podstawowe elementy wychowania, składające się na tę stronę rów­nania, po której sumujemy niezbędne w wychowaniu uczucia.

Akceptują Katie, moją futbolistkę

Wraz z moją żoną Dottie nieprzerwanie szukamy sposobów oka­zywania akceptacji naszym dzieciom. Czasem pozwalam sobie wątpić, czy to się nam udaje. Okazuje się jednak, że nasze dzieci formułują takie spostrzeżenia, które wskazują na nasz sukces. Słuchają i patrzą znacz­nie uważniej, niż się to nam wydaje.

Na przykład, gdy nasza córka Katie miała dopiero sześć lat, już była całkiem niezłą futbolistką, jak na swój wiek. Po rozgrzewce przed jednym z ważniejszych dla niej w sezonie meczów zeszła na chwilę z boiska i zapytała mnie:

-    Tatusiu, czy dasz mi dolara jak strzelę gola?

-    No pewnie – odpowiedziałem jej z uśmiechem.

-     Ojej! – krzyknęła Katie. Dla sześciolatki otrzymanie dolara za gola zabrzmiało co najmniej tak, jak propozycja zawarcia wieloletniego kontraktu w zawodowej lidze koszykówki NBA.

-    Poczekaj – chwyciłem ją za ramię, zanim pobiegła z powrotem do drużyny – dam ci dolara nawet wtedy, jeśli nie strzelisz gola.

-    Naprawdę ?

-    Tak, naprawdę.

-    Ojej! – wykrzyknęła Katie odchodząc, aby rozpocząć grę.

Zatrzymałem ją jeszcze na chwilę:

-    A wiesz przynajmniej dlaczego?

Moja sześciolatka spojrzała na mnie. Przez trzy ostatnie lata stara­łem się pomóc jej w zrozumieniu tego, czym jest bezwarunkowa ak­ceptacja. Wyglądało na to, że starania te niewiele dla niej znaczyły. A jednak w tym momencie zwrócona w moją stronę powiedziała:

- Taak… to nieważne czy wygram, czy nie. Ty i tak mnie kochasz!

Po jej słowach owładnęła mną wielka radość. Nawet nie pamiętam, czy w tym meczu udało się Katie strzelić gola. Nie miało to i tak znaczenia. Najważniejsze było to, że ona wiedziała, iż kocham ją bez względu na wynik i o to właśnie chodzi.

Dlaczego należy zacząć od akceptacji?

Nasz sześcioetapowy plan będzie tylko wtedy realizowany w spo­sób właściwy, gdy zaczniemy od akceptacji. Stanowi ona bowiem absolutną podstawę dobrych stosunków z dziećmi. Ideałem, do którego należy dążyć, jest bezwarunkowa akceptacja, czyli przekazywanie miłości w taki sposób, by wasze dzieci wiedziały, że mama i tata kochają je bez względu na to, co zrobią czy powiedzą, bez względu na to, jakie popełnią błędy, czy jakich doznają niepowodzeń.

Dzieci, które są naprawdę akceptowane przez rodziców, czują się bezpieczne. Znają swoją wartość, wiedzą, że nie zależy ona od ich wyników czy sukcesów, a jedynie od faktu istnienia – wiedzą, że są kochane takimi, jakimi są. Większość rodziców twierdzi, że dążą do takiego właśnie ideału, wielu spośród nich sądzi, że są już go bliscy. Rzeczywistość przedstawia się jednak inaczej, bowiem okazywana dzieciom (warunkowa) akceptacja opiera się na ocenie ich osiągnięć.

Inaczej mówiąc, dopóki mały Johnny czy mała Jennifer są „dobre” (mają osiągnięcia), dopóty rodzice akceptują je. Gdy tylko dzieci pomylą się, mają niepowodzenia, zaczynają zachowywać się jak oseski lub w inny nierozsądny sposób, akceptacja znika, przynajmniej na pewien czas. Rodzice mogą wycofywać swoją akceptację prawie niezauważal­nie nawet dla nich samych, ale dziecko wyczuje to w mgnieniu oka.

Doświadczenia z czworgiem moich dzieci pozwalają mi na stwier­dzenie, że okazywanie bezwarunkowej akceptacji musi trwać bez przerwy. Nie polega ono na zadeklarowaniu, że oto okazuję akceptację, ponieważ mam taki zamiar. Staram się nie przeoczyć żadnej okazji okazania dzieciom mojej akceptacji, bez względu na ich codzienne zwycięstwa czy porażki. Są takimi samymi istotami ludzkimi jak ja i mają swoje dobre i złe dni. Akceptuję je stale.

Nie licz na szczęście – planuj!

Często powiada się, że ludzie zawierający związek małżeński lub wychowujący dzieci mają nikłe, bądź żadne do tego przygotowanie. Tak jest w istocie, bo nauki pobierają jedynie „w biegu”, metodą prób i błędów. A już zupełnie najcenniejszych związków w naszym życiu nie można powierzać przypadkowi, co się obecnie dość często zdarza. Przyświeca nam wówczas nadzieja, że „miłość zaradzi wszystkiemu”, a „dzieci będą wiedziały, że i tak je kochamy, i że cokolwiek czynimy, to są to działania dla ich własnego dobra”.

W rzeczywistości, najbardziej intensywne nauki w dziedzinie mał­żeńskiej i rodzinnej pobieramy u naszych pierwszych nauczycieli: ma­my i taty. Trudność polega na tym, że ich przykład nie zawsze pozostaje w zgodzie z zasadami Bożymi.

Jeśli polegać na relacjach nastolatków, można stwierdzić, że sto­sowanie wobec nich bardzo surowej dyscypliny nie za bardzo się sprawdza. Chociaż coraz więcej jest książek, filmów i innych materia­łów na temat wychowania, nadal wielu rodziców nie wie, jak postępo­wać z dziećmi. Przykro nam, że jako autorzy takiej książki, też nie znamy wszystkich odpowiedzi na problemy dręczące rozbite rodziny i dotyczące współuzależnienia, a plan, który zamierzamy tutaj przed­stawić, też nie jest „murowaną” receptą. Jednak sądzimy, że znajomość tych kilku podstawowych zasad wychowania może rozbitym rodzinom pomóc pokonać trudności, a tym, które funkcjonują normalnie, dać nowe pomysły na budowanie jeszcze lepszych wzajemnych stosunków.

Naszym celem jest zachęta do zastąpienia wychowania „trującego” wychowaniem kształcącym. Szanse na sukces w tej mierze będą znacz­nie większe, jeśli jeszcze przyjmiemy metodę „Sześciu zasad wycho­wania pozytywnego”. Jednym z punktów wyjściowych może być spoj­rzenie na ten plan, jak na przepis kulinarny:

Zacznijmy od akceptacji.

Potem dodajmy docenianie.

Pozwólmy im dojrzeć, przyprawiając je uczuciem i dostępnością.

Dorzućmy obliczalność, na samym końcu dodając autorytet pod­budowany miłością.

Wszystko, co zawiera ta książka, opiera się na planie „Sześciu zasad wychowania pozytywnego”. Wcielając w życie naszych rodzin choć jeden z tych punktów, wchodzimy na drogę budowania lepszych stosunków ze swoimi dziećmi. Jeśli wprowadzimy je wszystkie, stanie­my się dla swoich dzieci prawdziwymi bohaterami!

Uwaga – koniecznie trzeba zachować kolejność sześciu etapowi Niektórzy rodzice sądzą, że należy zacząć od ustanowienia swojego autorytetu. Chcą, by ich dzieci zachowywały się w sposób możliwy do przewidzenia i, jak to zazwyczaj określają, „odpowiedzialny”. Takim zaabsorbowanym ustanawianiem swojego autorytetu rodzicom wydaje się, że pozostałe sprawy: akceptacja, docenianie, uczucie i dostępność – staną się same przez się. W dalszej części przekonamy się, jak nierozsądna jest taka postawa. Ponadto rozpoczynanie od ustanawiania autorytetu to przeciwieństwo roli bohatera.