Archive for the ‘Można oszukać wszystkich ale nie własne dzieci’ Category

Nigdy nie staraj się oszukać swego dziecka!!!

Jeśli po przeczytaniu tej książki ktoś doszedłby do wniosku, że niewiele z niej wynika, to pragnąłbym, aby zapamiętał z niej cho­ciażby tylko to jedno wyżej wyróżnione zdanie. Nie wolno swoich dzieci oszukiwać, traktować ich z góry ani ignorować. Słowa to nie wszystko; muszą one mieć pokrycie w czynach.

By stać się bohaterami, rodzice nie muszą być idealni. Muszą jednak wykazać nieco pokory, zaangażowania i chęci do przyjmo­wania nowych treści. Gdy w procesie wychowawczym kierujemy się akceptacją, docenianiem, uczuciem, dostępnością, obliczalnością i autorytetem podbudowanym miłością, jest wówczas większa szansa na to, że nasze wspólne życie w rodzinie będzie przebiegać harmonijnie.

Plan nazwany „Sześć zasad wychowania pozytywnego” umożli­wia osiągnięcie wszystkich tych dobrodziejstw, a nawet jeszcze więcej. Nie jest to jednak formuła magiczna. Nie gwarantuje powodzenia, daje tylko do rąk busolę pomocną w żegludze po wszelkich wodach, wzbu­rzonych i spokojnych. Przyjrzyjmy się teraz bliżej temu planowi.


Jak zostać bohaterem?

Chcemy tu przedstawić pewien plan, który nazwaliśmy roboczo „Sześć zasad wychowania pozytywnego”. Owych sześć podstawowych zasad to: akceptacja, docenianie, uczucia, dostępność, obliczalność, autorytet.

W rozdziale drugim dokonamy przeglądu planu opartego na tych sześciu zasadach, natomiast pozostała część książki stanowi pogłę­bienie kolejnych etapów, przedstawionych w kontekście biblijnym i wychowawczym. Zawarliśmy tu wiele praktycznych rad dotyczą­cych zastosowania każdej z tych zasad.

Sześcioetapowy plan zawiera ułożone w kolejności zalecenia, jak stać się bohaterem dla swoich dzieci. To prawda, że dzieci zafascynowane są gwiazdami rocka, filmu i innymi popularnymi osobistościami. A jednak mogę powiedzieć, odwołując się do włas­nych doświadczeń zdobytych przy okazji odczytów dla uczniów i studentów, dla których przemierzam corocznie 200 000 km, że tak naprawdę to szukają oni przewodnika o silnej osobowości, spójności i, nade wszystko, miłości.

Jedynym źródłem prawdziwych wartości może być ojciec i mat­ka, a nie ktoś w stylu Madonny. Dzieci potrafią idealnie odróżnić prawdziwe zainteresowanie od udawanego. Instynktownie wyczu­wają, czy otoczenie traktuje je poważnie czy nie.

Doskonale wiedzą, kiedy naprawdę są kochane, akceptowane i doceniane. Wiedzą, kiedy daje im się, a kiedy odbiera poczucie własnej wartości, wiedzą czy cokolwiek dla kogoś znaczą. Potrafią odróżnić uczucia pochodzące z głębi duszy od uczuć wymuszonych lub rozdawanych beztrosko.

Nie potrafią jednak zbyt dobrze odróżnić poświęcanego im czasu „jakościowego” od „ilościowego” i dlatego też czują się opuszczone i oszukane, gdy rodzice tego czasu im poskąpią.

Kim się okażą nasze dzieci?

Kolejnym powodem, dla którego powinniśmy pragnąć stać się bohaterami dla naszych dzieci, jest to, że bądą one takimi, jak my sami. Uświadomijmy sobie fakt, że związek pomiędzy dziećmi a rodzicami jest jedyny w swoim rodzaju. Sparafrazujmy przytacza­ny już fragment z Ewangelii św. Łukasza: „Dzieci nie przewyższają swoich rodziców, lecz wszystkie dzieci, już w pełni wykształcone, będą jak ich rodzice.”

Co ujrzymy w naszych dzieciach? To samo, co one dostrzegły w nas, także nasze pojęcie Boga. W znakomitej książce The Parent Factor (Sztuka rodzicielstwa) Roberta McGee, Jima Craddocka i Pat Springle czytamy:

„Nasze widzenie Boga, widzenie własnej osoby i sposób odnosze­nia się do innych ukształtowały się w wyniku kontaktów z rodzicami.

Jeśli nasi rodzice byli (i są) pełni miłości i opiekuńczy, będziemy zapewne sądzić, że Bóg jest kochający i silny. Niektórzy z nas są osobami bardzo pewnymi siebie i ufnymi, a także łatwo nawiązującymi kontakty z innymi, jeśli jednak nasi rodzice byli oschli i wymagający, myślimy, że Bóg jest taki sam i że nigdy nie uda się nam Go zadowolić. (…) Bez względu na to, czy byli kochający czy wstrzemięźliwi w uczu­ciach, łagodni czy oschli, opiekuńczy czy obojętni, rodzice odegrali najważniejszą rolę w powstaniu naszego wizerunku Boga, naszej osoby i typu naszego stosunku do innych ludzi. Skutki tego mogą być wspa­niałe lub tragiczne.”

Stosunki nawiązane przez nasze dzieci z nami, rodzicami, określą jakość ich przyszłego, dorosłego życia. Jeśli kochamy Boga i jesteśmy bohaterami dla dzieci, Bóg będzie ich superbohaterem. Ich pragnieniem będzie służyć Mu z miłości, a nie ze strachu, z wdzięczności a nie poczucia winy.

Mając małe dzieci, nie zapominajmy o tym, że jesteśmy dla nich „bogiem”. Uwierzą we wszystko, co im powiemy. Uwierzą, jeśli po­wiemy im, że księżyc zrobiony jest z sera. Jeśli nasze słowa i czyny utwierdzą je w przekonaniu, że są kimś szczególnym, że są kochane, i to bez względu na wygląd czy zachowanie, gdy już podrosną, będą same umiały oprzeć się pokusie uczestnictwa w wyścigu do kariery i przekonają się, że sukcesy osobiste, pozycja społeczna i piękno czy bogactwo nie zapewnią im trwałego szczęścia.

Nie zapominajmy, że bardzo szybko w ich niewinne życie wkrad­nie się najgroźniejsze kłamstwo Szatana: wartość człowieka zależy jedynie od jego pozycji społecznej. Jeśli jednak nasz głos będzie wystarczająco silny, w chwili spotkania się z tym kłamstwem, z głębin ich jestestwa napłyną najcenniejsze wspomnienia otaczającej ich mi­łości i zaufania, które dadzą im dość sił, by oprzeć się tym pokusom i oddać się opiece Chrystusa.

Nawet gdy mamy już starsze dzieci, pamiętajmy, że nigdy nie jest zbyt późno, by wkroczyć na właściwą drogę.

W tej książce prawdziwymi bohaterami są mama i tata, którzy żyją zgodnie z naukami samego Chrystusa. Czyż nie jest to najprostsze podejście do sprawy? Każde z rodziców wie jednak, że nie jest to takie łatwe. Zamiast panować w pełni nad sytuacją (sytuacja typu „tata/ma­ma wie lepiej”), na co dzień wpadamy często w chaotyczne ciągi wydarzeń, na które musimy reagować broniąc się przed nimi i nie mając pewności, czy będziemy im w stanie sprostać.

Nowa definicja „bohatera”

Celem tego bloga jest przekonanie rodziców, że bycie prawdziwym bohaterem dla swoich dzieci wyklucza fasadowość, pretensje czy stwa­rzanie pozorów. Chcielibyśmy sformułować nową definicję słowa „bo­hater”:

Każda matka lub każdy ojciec okazujący współczucie, stałość charakteru, spójność i integralność osobowości, które w sumie tworzą wzorzec pozytywny – jest bohaterem.

W słowach Jezusa znajdujemy znamienną przenośnię dobrych o złych wzorców: „Czy może niewidomy prowadzić niewidomego.

Czy nie wpadną w dół obydwaj? Uczeń nie przewyższa nauczyciela. Lecz każdy, dopiero w pełni wykształcony, będzie jak jego nauczyciel” (Ewangelia według św. Łukasza 6,39-40).

W tych słowach kryje się rzeczywista motywacja przyjęcia przez nas roli wzorca wobec naszych dzieci. Nie chodzi tylko o to, byśmy poczuli się ważni, szanowani lub kochani, ani też o to, by obsypywano nas gorącymi pocałunkami, otaczano uwielbieniem, nie chodzi o to byśmy byli zadowoleni z siebie jako wspaniali tatusiowie i dobre ma­musie! Dla bohatera nie jest to najważniejsze, to są jedynie towarzy­szące korzyści uboczne.

Powinniśmy stać się bohaterami dla swoich dzieci po to, by wyposażyć je we wszystko, co niezbędne do satysfakcjonującego życia na tym pełnym bólu, wrogim i zachłannym świecie.

Któżby nie chciał, aby jego dzieci umiały powiedzieć „nie” narko­tykom, seksowi przedmałżeńskiemu i innym przejawom presji wywie­ranej przez środki przekazu i grupy rówieśnicze? Zacznijmy więc już teraz czynić z siebie prawdziwych bohaterów, póki jeszcze nasze dzieci nie dorosły (zacznijmy to czynić od zaraz, bez względu na wiek dzieci). Im większymi bohaterami dla swoich dzieci staniemy się teraz, tym większy znajdziemy u nich posłuch i chęć identyfikacji z przyjętymi przez nas wartościami.

Bohaterowie mają wiele wspólnych cech

Prawdziwych bohaterów charakteryzują wspólne cechy. Są pewni swoich przekonań i im wierni – bez względu na skutki. Nie szczędzą czasu na wprowadzanie ich w życie. Bohaterowie niewiele mówią. Nawet sposób mówienia czy chodzenia świadczy o ich po­stawie.

Bohaterowie nigdy nie odmawiają pomocy innym. Nie uznają siebie za skarbnicę mądrości, której niepotrzebne są jakiekolwiek na­uki. Nigdy nie mylą siły z łagodnością – potrafią okazać obie te cechy naraz, nawet gdy wymaga się od nich tylko jednej z nich. Zawsze dzielą się swoimi darami z innymi i nigdy nie łamią reguł gry. I wreszcie, nigdy nie przyzwyczajają się do zwycięstw na tyle, by zapomnieć o goryczy porażki.

Obecnie wiele osób uznanych za bohaterów pozbawionych jest niestety współczucia, etyki, przywiązania do rodziny i wielu innych opisanych powyżej cech i znamion. To fakt, że są dobrzy w tym, co robią. Bywa, że zyskują chwilową popularność, zarabiają masę pienię­dzy, ale ich droga życiowa nie jest warta naśladowania.

Cóż takiego jest w słowie „bohater”?

Kilka lat temu jakiś prezenter radiowy przeprowadził w pew­nym centrum handlowym ankietę wśród prawie 200 nastolatków. Na czele listy ich bohaterów stał Prince, za nim Madonna i Michael Jackson. Żaden z nastolatków nie wspomniał o swoim ojcu czy mamie. Czy oznaczałoby to, że matki i ojcowie wypadli z obiegu? Raczej nie. Oznacza to jedynie, że niemal 200 dzieci kojarzy słowo bohater z ulubionym artystą estradowym. Jednak prawdziwi boha­terowie to nie wymuskane postacie z ekranu telewizyjnego czy ki­nowego; to nie idole na jedną noc koncertu rockowego lub meczu. Prawdziwi bohaterowie to długodystansowcy, u których widać za­równo słabość, jak i siłę.

Jestem głęboko przekonany, że rodziny Dicka i Dottie są zdecydo­wanie bliższe temu, co rozumiemy pod pojęciem „prawdziwy bohater”, niż większość obecnych dyskusji czy spekulacji na ten temat. Dzięki ich rodzinom dowiedziałem się, co znaczy być prawdziwym bohate­rem. Nie jest nim sztuczny, obwieszony błyskotkami pajac, gloryfiko­wany aż do znudzenia przez mass media, lecz solidny wzorzec praw­dziwego męża i ojca, prawdziwej żony i matki.

Jak brzmi definicja słowa „bohater”? Określane jest ono rozma­icie. W jednym ze słowników tak definiuje się bohatera: „ktoś ce­niony za wykazanie się odwagą lub szlachetność celów, ku którym dąży; bohater gotów jest ryzykować swoim życiem.” Inna definicja powiada, że jest to „osoba wyróżniająca się w pewnych okolicznoś­ciach, dziedzinach lub wypadkach dzięki szczególnym osiągnięciom lub dokonaniom”.

Ta druga definicja ściśle wiąże się z całym modnym obecnie zgiełkiem związanym ze sławnymi idolami. Daje to odpowiedź na pytanie, dlaczego tak wielu rodziców obawia się, że nie sprosta roli bohatera swoich dzieci – brakuje im bowiem „charyzmy”. Sądzę, że słownikowe definicje dobre są dla początkujących, jednak niewiele mogą pomóc w określeniu, kim jest prawdziwy bohater.

Moim bohaterem czy bohaterką może być jedynie taka osoba, do której ja sam chciałbym być podobny. Nie może być bohaterem ktoś, kogo nie pragnąłbym naśladować, postępować i żyć tak jak i on.

Rodzice Dottie

Gdy później wraz z Dickiem rozpoczęliśmy pracę w organizacji misyjnej Campus Crusade for Christ, nasze drogi rozeszły się na pewien czas. Prowadziłem wykłady w różnych miasteczkach akademickich i wtedy to spotkałem Dottie. Nawet gdy już poznaliśmy się lepiej, ciągle intrygowała mnie nieustannym myśleniem o sprawach rodziny i ogromnym przywiązaniem do rodziców, brata i siostry. Po kilku miesiącach, podczas ferii bożonarodzeniowych, miałem okazję poznać rodzinę Dottie i ponownie ujrzałem takie same piękne postawy, które widziałem w zachowaniu Dicka i Charlotte Day’ów.

Dottie wychowana została przez rodziców, dla których była wielką radością. Szczególnie jej matka miała rzadki dar wchodzenia w świat swoich dzieci. Patrzyła na nie ich oczami, niezwykle głęboko wczuwała się w stan ich umysłu, co pozwalało jej widzieć wszystko z ich pers­pektywy.

Wielkie wrażenie zrobiło na mnie uwielbienie, jakim Dottie ota­czała ojca. Był dość konwencjonalny, niezbyt efektowny, właściwie pozbawiony polotu – nie było jednak wątpliwości, że był dla niej bohaterem.

Podczas pierwszych świąt Bożego Narodzenia spędzonych z ro­dziną Dottie trudno było mi zdecydować, co bardziej mnie do niej zbliżyło: możliwość lepszego poznania jej samej czy jej ojca. Od samego początku zacząłem uczyć się od ojca Dottie, jak być kochają­cym mężem i tatusiem, jak akceptować dzieci i okazywać im miłość bez żadnych wobec nich wymagań. Nie szczędził on swym dzieciom słów zachęty, utwierdzając w nich poczucie wartości i okazując swoje zainteresowanie.

Podobnie jak Dick i Charlotte, Dottie cały czas spędzała wspólnie z rodzicami i rodzeństwem. Nie gonili za pilnymi sprawami, gorączko­wo usiłując wypełnić napięty plan zajęć. Przeciwnie, lubili być razem i nie musieli nawet starać się organizować w tym celu swojego czasu – po prostu wykorzystywali czas, który chcieli na to poświęcić.

Rodzina Dicka

Dicka poznałem w latach sześćdziesiątych w seminarium. Starszy od nas o kilka lat Dick był żonaty i miał czworo dzieci. Podobnie jak ja, pochodził z rozbitego, nękanego alkoholizmem domu. Zwrócił się ku Chrystusowi w wieku dwudziestu kilku lat i wtedy też poczuł swoje powołanie. Poznaliśmy się podczas zapisów do seminarium i natych­miast przypadliśmy sobie do gustu.

Wkrótce stałem się niemal członkiem rodziny Dicka, często wpa­dając do niego o 630 rano, czy po 1100 wieczorem, by pogadać o czymś, co nie mogło poczekać ani chwili dłużej. Dick był zawsze cierpliwy, uprzejmy i ciepły – z takimi cechami nie zetknąłem się prawie wcale podczas mojego dorastania.

Od razu uderzył mnie sposób, w jaki Dick i Charlotte odnosili się do dzieci i do siebie nawzajem. Akceptowali i doceniali dzieci, nie szczędząc im pochwał i dając im do zrozumienia, jak są dla nich cenne i ważne. Kochali je okazując to słowami i dotykiem – całą masą piesz­czot. Można powiedzieć, że dopiero w rodzinie Dicka poznałem, co to są pieszczoty. Zawsze mieli dla mnie czas. Zawsze mieli czas dla swoich dzieci, co bardzo mnie poruszało, szczególnie gdy przypomi­nałem sobie ojca, który nigdy nie miał dla mnie czasu.

Innym razem zauważyłem, że dziękują swoim dzieciom za wszys­tko, co zrobiły w domu. Wynoszenie śmieci, sprzątanie, czy cokolwiek innego – zawsze starali się okazać im swoją wdzięczność za ich wysiłek. Wspominając własne dzieciństwo, przypominałem sobie, jak ojciec uczył mnie pracować. To trzeba mu oddać, uczył mnie, nie mogłem sobie jednak przypomnieć ani jednego przypadku, by okazał mi wdzięczność za moją pracę.

I tak krążyłem wokół domu Dicka, starając się chłonąć jego atmos­ferę i nigdy nie będąc jej syty, bowiem w mojej rodzinie doświadczy­łem tak niewiele tego rodzaju miłości. Właściwie to rodzina Dicka stała się moją rodziną; rodziną, której nigdy nie miałem.

Wychowałem się tęskniąc za kochającą rodziną

Takie określenia, jak „rodzina w rozpadzie” powstały dość nie­dawno, sam wiem jednak aż nazbyt dobrze, jaki ból sprawia ów rozpad. O moim pijącym ojcu można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że był bohaterem. Moja matka bardzo starała się obdarzyć miłością mojego brata, siostrę i mnie, lecz rodzice nie byli prawdziwym małżeń­stwem. Nie istniał pomiędzy nimi żaden związek. Była to najwyżej współegzystencja. Nigdy nie zauważyłem, by mój ojciec przytulił matkę, nie mówiąc o tym, by kiedykolwiek przytulił mnie. Nie zdarzyło się, by ojciec zabrał mnie gdzieś ze sobą i spędził ten czas tylko ze mną.

Wychowałem się na farmie hodowlanej liczącej 150 akrów, na skraju małego miasteczka w stanie Michigan. Wszyscy się tam znali i, naturalnie, wszyscy wiedzieli o pijaństwie mojego ojca. Moi nasto­letni kumple naśmiewali się z niego, a ja śmiałem się wraz z nimi, usiłując pokryć tym ból.

Zdarzało mi się zajść do obory i natknąć się na matkę leżącą w gnoju, za krowami, tak pobitą, że nie mogła wstać. Nienawidziłem ojca za jego okrucieństwo wobec matki i dysząc żądzą zemsty, zrobił­bym wszystko, by go poniżyć i ukarać. Kiedy upijał się i zaczynał odgrażać się matce biciem albo gdy leżał spity do nieprzytomności, a ja spodziewałem się właśnie wizyty przyjaciół, wywlekałem go do obory i przywiązywałem do słupa, by się tam wyspał.

Gdy podrosłem i stałem się wyższy i silniejszy, robiłem to coraz częściej. Czasem doprowadzony do furii wiązałem mu stopy sznurem kończąc pętlą na jego szyi. Właściwie to chciałem, by sam się udusił podczas szamotaniny, gdyby chciał wyswobodzić się z więzów.

Pewnego razu ojciec upił się i wpadł w taki szał, że dla otrzeźwie­nia wrzuciłem go w ubraniu do wanny z wodą. Walcząc z nim, po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że trzymam jego głowę pod wodą. Gdyby ktoś mnie nie powstrzymał (do dzisiaj nie wiem kto), chyba bym go utopił.

Osiągnąłem dorosłość, nie mając pojęcia, jak dawać lub przyjmo­wać miłość. W szkole średniej i w college’u bardzo pragnąłem poznać rodzinę, w której panowała prawdziwa miłość. Właściwie to pomysł tej książki narodził się przed wieloma laty. Jej główne wątki dostrzegłem w rodzinach moich dwojga bohaterów: współautora tej książki, Dicka Day’a, który jest moim najbliższym przyjacielem zaraz po Seanie, moim synu, oraz w rodzinie Dottie, która teraz nazywa się McDowell – to moja najwspanialsza pod słońcem żona i równie wspaniała matka czworga naszych dzieci.

Jak termin „współuzależnienie” wszedł do naszego słownika

Opisane przez Henry’ego Brandta niepowodzenia kandydatów na misjonarzy kojarzą się z nowymi terminami wchodzącymi w użycie w wielu środowiskach: rodzina w rozpadzie, współuzaleinienie i „tru­jący rodzice „.

Według dr. Franka Minirtha i dr. Paula Meiera, współzałożycieli Kliniki Minirtha-Meiera, termin „uzależnienie” istnieje od wielu dzie­siątków lat, a pojawił się w związku z podejmowaniem działań na rzecz alkoholików i ich rodzin. Alkoholik uzależniony jest od alkoholu, a rodzina alkoholika uzależnia się od jego alkoholizmu. Członkowie takiej rodziny mogą nie być sami bezpośrednio zależni od alkoholu, będą jednak poddani jego wielostronnemu działaniu.

Ruch Anonimowych Alkoholików zastosował słynną metodę 12 etapów, która przyniosła znaczne sukcesy w ratowaniu alkoholików, a mimo to w kilka miesięcy po odejściu alkoholika od nałogu następo­wał rozpad jego rodziny. W tego rodzaju rodzinie występowało zjawis­ko dostosowania rytmu życia do alkoholika, co w różnorodny sposób umożliwiało mu uzależnianie się od tego nałogu, pomimo szczerego, jak sądził, zamiaru pozbycia się go. Alkoholik uzależniał się od alko­holu, a jego rodzina współuzależniała się.

Oczywiście alkohol lub narkotyk może powodować współuzależnienie, ale może też je spowodować każda obsesyjna skłonność. Wed­ług Minirtha i Meiera współzależnością może być także przywiązanie do ludzi, zachowań bądź rzeczy.

Współuzależnienie oznacza dosłownie „uzależnienie wraz z kimś”. W wielu przypadkach przyczyn współuzależnienia danej oso­by należy szukać w jej stosunkach z rodzicami oraz w dzieciństwie, kiedy to mogło zdarzyć się coś, co pozostawiło w jej życiu trwały ślad.

Jak często spotyka się zjawisko współuzależnienia? Statystyki mó­wią, że od alkoholu lub narkotyków uzależnionych jest 15 min Amery­kanów, a każdy spośród nich wywiera istotny wpływ na przynajmniej cztery bliskie mu osoby: narzeczoną, narzeczonego, dziecko, współpra­cownika. Krąg osób współuzależnionych rozszerza się więc do około 60 min. (W Polsce osób uzależnionych od alkoholu jest około 4-6 min – przyp. red.) Poza alkoholizmem i narkomanią miliony Amerykanów toczy boje ze współuzależnieniem wywołanym „pracoholizmem”, róż­nego rodzaju maniami, nałogami seksualnymi, chorobliwym obżar­stwem lub głodzeniem się, skłonnościami do wydawania pieniędzy ponad miarę czy nawet wyjątkowo kostycznym lub legalistycznym podejściem do życia. Minirth i Meier zauważają, że „(…) jeżeli na przestrzeni dwu kolejnych pokoleń około 100 min Amerykanów boryka się ze współuzależnieniem, to mamy już do czynienia z przerażającą w swoim wymiarze epidemią. Wprost niewyobrażalna jest liczba cier­piących, zrozpaczonych i marnujących sobie życie.”

Nasze kontakty z młodzieżą i rodzicami nie pozostawiają cienia wątpliwości co do prawdziwości twierdzeń Minirtha i Meiera. Rzeczy­wiście mamy miliony współuzależnionych. Wielu spośród nich wpadło w szpony alkoholizmu lub narkomanii; licznych dręczy powracający z czasów dziecięcych koszmar, pełne wyrzutu głosy mówiące: „Posta­raj się! Ty nigdy niczego nie potrafisz zrobić porządnie!”

Do innych powraca z kolei poczucie nieważności, bo ich rodzice nie mieli dla nich czasu. Jeszcze więcej osób na zawsze utrwali­ło w swojej pamięci słowa: „Będę ciebie kochać, jeśli będziesz się starać.”

Minirth i Meier uważają, że mamy do czynienia z „wielopokole­niowym” działaniem współuzależnienia: oznacza to, że problemy jed­nej generacji przechodzą na następną, bez końca, chyba że w kolejnym etapie zostanie im położony kres. Kwestię tę porusza Mojżesz, gdy mówi o grzechach ojców przechodzących na trzecie i czwarte pokole­nie ich dzieci (patrz Księga Wyjścia 34,7 i Księga Powtórzonego Prawa 5,8-10; 6,1-2).