Archive for the ‘Jeśli je zaakceptujecie one zaakceptują siebie’ Category

Zaakceptowane dziecko akceptuje siebie

Ten obszerny opis mojej drogi do właściwego obrazu samego siebie i zdrowej samooceny posłużył do udowodnienia, jak istotne znaczenie ma dla dziecka poczucie bycia akceptowanym, szczególnie przez osoby stanowiące dla niego wzorce, jak rodzice czy nauczyciele. Jeśli poczynania dziecka oceniane są jedynie krytycznie, wyciągnie ono z tego faktu następujący wniosek: „Jeśli jestem niewiele wart – to może jestem nic nie wart.”

Dziecko pozbawione akceptacji najważniejszych dla niego osób nie jest w stanie zaakceptować siebie, co jest także przyczyną tworze­nia się złego obrazu samego siebie i niskiej samooceny.

Są także dzieci, które czują swoją niezwykłość, wpojoną im przez rodziców. Rodzice mojej żony mieli na to sposób. Wpajali w każde ze swoich trojga dzieci poczucie niezwykłości, ale nie pozwalali na to, by którekolwiek z nich czuło się bardziej niezwyk­łe od pozostałych. Dottie często wspominała uczucie zażenowania czy wręcz niechęci, gdy ktokolwiek wyróżniał ją lub uznawał za lepszą od brata czy siostry.

Rodzice Dottie obdarzali swoje dzieci równą dawką miłości, przy czym mieli bardzo prosty sposób na traktowanie każdego z nich odrębnie. Ojciec Dottie często mówił jej, że jest jego „ulubioną dziew­czyną”. Do jej młodszej o siedem lat siostry Sally mawiał z kolei, że jest jego „ulubioną dziewczynką”. A jej brat Steve słyszał, że jest „ulubionym chłopcem”.

Dottie przeniosła ten zwyczaj na nasze dzieci. Kelly to jej „ulubio­na dziewczyna”, Sean to „ulubiony chłopiec”, Katie jest jej „ulubioną blondynką”, a Heather to „ulubiony dzieciak z podbitym okiem”.

To dosyć prosty, niemniej jednak skuteczny zabieg. Na przykład Sean doskonale wie, że jest jedynym chłopcem w rodzinie, mimo to sprawia mu przyjemność nazywanie go naszym „ulubionym chłop­cem”. Rzecz polega na wytworzeniu w każdym dziecku odczucia, że jest niezwykłe, a nasze zadanie polega na wynalezieniu odpowiednie­go sposobu osiągnięcia tego celu.

Dottie koresponduje z przyjaciółką, która ma dwóch synów, w tym samym mniej więcej wieku. Pisuje w samych superlatywach o jednym z nich, nazywając go swoją radością i dumą, natomiast bardzo rzadko wspomina o drugim. Faworyzowanie widać tu aż nadto wyraźnie i możemy się tylko domyślać, jak wpływa to na drugiego z chłopców, który nie jest jej faworytem.

W swojej znakomitej książce Hide orSeek (Ukryć się czy szukać) dr James Dobson wskazuje na epidemię poczucia niższości, która w XX wieku dotknęła znaczną część mieszkańców Ameryki. Sądzi on jednak, że można ją powstrzymać przez perswadowanie rodzicom, że wszystkie dzieci rodzą się równie wartościowe i należy szanować ich prawo do dumy i godności osobistej.

Doktor Dobson akcentuje w ten sposób słowa Biblii. Zadaniem wszystkich rodziców jest przekazanie dziecku zdrowego poczucia osobistej wartości, a wszyscy rodzice wypełniający to zadanie staną się bohaterami dla swoich dzieci w najpełniejszym sensie tego słowa!

Bóg odmienił takie mojego ojca!

Dzięki Jezusowi pojąłem, że Bóg swoją akceptacją może wypeł­nić pustkę, która dręczyła mnie w całym dotychczasowym życiu, z powodu braku akceptacji ze strony ojca. Bóg nie poprzestał jednak na tym i wkrótce przesłał mi małą „nagrodę”.

Już jako chrześcijanin starałem się poprawić stosunki z ojcem, jednak bez widocznych rezultatów. Ale pewna historia zbliżyła nas do siebie. Jadąc któregoś dnia samochodem, zatrzymałem auto przed przejazdem kolejowym. W chwilę później mój samochód został z tyłu staranowany przez pijanego kierowcę, jadącego ponad 60 km na godzinę. Wylądowałem w szpitalu ze złamanymi nogami, ramieniem i szyją. Gdy dowiedział się o tym mój ojciec, odwiedził mnie, a był tego dnia zupełnie trzeźwy. Powiedział wtedy:

-    Jak u diabła możesz kochać takiego ojca jak ja?

-   Tato – odrzekłem – przed sześcioma miesiącami nienawidziłem cię, ale Chrystus odmienił moje życie.

Wówczas opowiedziałem mu o wszystkich moich, związanych z Jezusem, odkryciach.

Ojciec nie przerywał. Wysłuchał mnie bez słowa. Gdy skończy­łem, chciał abyśmy modlili się wspólnie i wtedy usłyszałem z jego ust coś dla mnie zupełnie niewiarygodnego:

-    Boże, jeśli naprawdę jesteś Bogiem, a Chrystus Twoim Synem i możesz uczynić z moim życiem to, co uczyniłeś z życiem mojego syna, pragnę tego.

Gdy po kilku miesiącach mogłem już wrócić na uczelnię, prze­niosłem się do college’u w stanie Michigan, niedaleko farmy ojca. Ojciec nigdy nie ożenił się powtórnie, ale miewał od czasu do czasu randki. Czasami przyjeżdżał odwiedzić mnie w college’u.

Po wszystkich tych ciężkich dla nas latach spędziliśmy razem czternaście wspaniałych miesięcy aż do jego śmierci na atak serca. Tych czternaście miesięcy uświadomiło mi, że nigdy nie jest zbyt późno na nadrobienie straconego czasu. Nigdy nie jest zbyt późno na akceptację. Doświadczenia tego ostatniego roku życia mojego ojca dostarczyły mi niesłabnącej motywacji do układania możliwie najlep­szych stosunków z moimi dziećmi.

Rozpocząłem studia załamany psychicznie

W czasie pogrzebu spoglądałem na ojca oczami pełnymi niena­wiści. Nienawidziłem go i gdybym nie opuścił domu wyjeżdżając na studia, dopuściłbym się zapewne jakiegoś rozpaczliwego czynu. Po­szedłem do niewielkiej, świeckiej uczelni. Przeprowadziłem się do akademika kompletnie załamany psychicznie. Z desperacją szukałem u innych akceptacji, ale jeszcze bardziej desperacko walczyłem sam ze sobą o zaakceptowanie siebie i przezwyciężenie nienawiści, jaką odczuwałem do samego siebie.

Szukałem tego wszystkiego, co inni młodzi ludzie – bezpieczeń­stwa, zaufania, spokoju serca i umysłu – no i, oczywiście, szczęścia. Zarysowałem sobie nawet pewien plan pozyskiwania szczęścia. Po­stanowiłem zdobyć pozycję jednego z przywódców na terenie mias­teczka akademickiego. Zostałem starostą pierwszego roku i wkrótce uczestniczyłem w podejmowaniu ważnych decyzji, na przykład w sprawie wyboru gościnnych wykładowców, czy sposobów wydania studenckich pieniędzy.

Wpadłem w kierat wykładów od poniedziałku do piątku, a szczęś­cie pojawiało się tylko na trzy dni: piątek, sobotę i niedzielę.

Mijał tydzień za tygodniem i coraz częściej zacząłem zauważać grupkę około ośmiorga studentów, którzy spędzali wiele czasu w towarzystwie dwóch naszych wykładowców. Wyraźnie wyróż­niali się spośród innych. Byli pewni swoich przekonań, a ja zawsze podziwiałem tę cechę. Wydawali się również świadomi własnych celów, co u ludzi, z którymi miałem dotychczas do czynienia, było niestety wielką rzadkością. I co najbardziej niezwykłe, często mó­wili o miłości i nie wahali się porzucić własnych spraw, by pomóc innym. W miasteczku akademickim ludzi z taką postawą można było spotkać nader rzadko.

Fascynowali mnie. Z jednej strony bardzo chciałem ich bliżej poznać. Z drugiej zaś śmieszyła mnie ich wiara w Chrystusa. Posta­nowiłem udowodnić intelektualnie, że ta cała wiara to stek bzdur.

Wyzwanie, które podjąłem, zajęło mi niemal dwa lata, ale po tym okresie nie mogłem już uważać się za sceptyka. Poznałem i przeanalizowałem przekonujące dowody na to, że Jezus Chrystus jest rzeczywiście tym, za kogo się podawał – Synem Bożym i Zba­wicielem. Uznawszy to, podjąłem zmagania z kolejnym wyzwa­niem – czy stać się chrześcijaninem. Tak jak to było w przypadku C.S. Lewisa, wciągnięto mnie do Królestwa Bożego mimo moich wierzgań i krzyków, aż w końcu poświęciłem swoje życie Jezusowi Chrystusowi.

Z biegiem czasu Chrystus rzeczywiście odmienił moje życie. Po raz pierwszy doznałem prawdziwego poczucia bezpieczeństwa i włas­nej wartości, poczucia spokoju. Ponieważ Jezus wziął na siebie moje grzechy, wiedziałem, że Bóg już zaakceptował mnie takim, jakim jestem. Nie musiałem starać się o Jego akceptację. Był moim Zbawcą tylko z powodu mojej wiary – i niczego więcej.

Boża bezwarunkowa akceptacja to ogromna prawda, której często się nie dostrzega. Podobnie jak wspomniani wcześniej w tym rozdziale Mark, Lori i Jeff, ludzie przeżywają rozterki z powodu swojego wyglądu, braku umiejętności, talentu czy majątku. Starają się zyskać akceptację, nie wiedząc, że zostali już zaakceptowani przez samego Stwórcę. Bóg zaakceptował was i mnie, i nasze dzie­ci dokładnie takimi, jakimi jesteśmy, bez żadnych warunków, tylko dzięki zasłudze samego Jezusa Chrystusa. To właśnie miał na myśli św. Jan, pisząc: „W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat (…)” (patrz Pierwszy List św. Jana Apostoła 4,9).

Gdy prawdy głoszone w Biblii zapadły w moje serce, zacząłem stopniowo zdawać sobie sprawę z fałszywości założenia, że dla uzyskania akceptacji muszę być absolutnie doskonały, osiągać ok­reślone sukcesy i zadziwiać wszystkich naokoło. A zatem moja leworęczność czy fakt jąkania się w dzieciństwie i zdarzającego się, także później, zacinania w stresujących sytuacjach, przestały w końcu cokolwiek znaczyć. Wszystkie te negatywne uwarunko­wania powoli zanikały, coraz mniej starałem się o ukrycie moich wad i słabości. Mogłem przyznać się do niedoskonałości, ale, para­doksalnie, zrozumiałem także, że jestem „doskonały w Chrystusie”, a to było już coś całkowicie odmiennego.

Moja matka umarła ze zgryzoty

Na dwa miesiące przed maturą wróciłem do domu z randki około północy i zastałem matkę we łzach.

-   Co się stało? – zapytałem, podejrzewając, że ojciec ją zbił.

Po kilku minutach matka uspokoiła się na tyle, by mówić.

-  Już nie mogę… za wiele tego jak na mnie – łkała. – Twój ojciec… to picie… te przekleństwa.

-   Wiem, mamo – to było wszystko, na co mogłem się zdobyć.

-   Już dłużej tego nie wytrzymam – płakała. – Straciłam chęć do życia. Poczekam tylko, aż usamodzielnisz się po maturze… – ciągnęła wśród szlochów – i wtedy chciałabym po prostu umrzeć.

Już wcześniej wielokrotnie słyszałem od niej podobne rzeczy. Tym razem jednak pojawiło się w jej słowach coś odmiennego. Jak gdyby przepowiadała swoją śmierć. Czy miała na myśli samobójstwo? Nie byłem tego pewien, ale ten jej wybuch przeraził mnie.

Po dwóch miesiącach zdałem maturę, a w następny piątek ma­tka zmarła. Czy można umrzeć ze zgryzoty? Z pewnością tak. Moja matka zmarła, bo jej poczucie własnej wartości i obraz samej siebie rozpadły się w proch wskutek takiego jej traktowania przez ojca. Po jej śmierci straciłem ostatni punkt oparcia. Bez względu na porę czy miejsce, z którego wracałem, moja matka zawsze na mnie czekała, chciała ze mną rozmawiać, interesowała się moim życiem. Teraz odeszła i zostałem sam.

Nauczyłem sią nienawidzieć mojego ojca-alkoholika

Liczne doświadczenia szkolne poczyniły wielkie szkody w moim poczuciu własnej wartości, ale najwięcej ucierpiało ono wskutek tego, co działo się w domu. Zawsze mogłem polegać na miłości matki, jednak okropne stosunki z ojcem-alkoholikiem omal mnie nie znisz­czyły. W wieku 14 lat moja nienawiść do jego choroby przerodziła się w nienawiść do niego samego, która pogłębiła się jeszcze bardziej, gdy poszedłem do szkoły średniej.

Pewne zdarzenie najsilniej zapisało się w mojej pamięci. Był to dzień, w którym moja klasa zorganizowała na naszej farmie piknik z okazji zakończenia roku szkolnego. Wszyscy bawiliśmy się znako­micie aż do chwili, gdy na drodze prowadzącej na farmę pojawił się mój ojciec. Jego stary pick-up zataczał się na boki wzniecając tumany pyłu, z trudem unikając najechania na drzewo, ogrodzenie, a w końcu na naszego psa.

Ojciec zatrzymał wóz, wysiadł i powlókł się w stronę domu z led­wością trzymając się na nogach. Gdy zobaczyli go w tym stanie moi koledzy – nie po raz pierwszy zresztą – zaczęli się z niego śmiać i kpić. Musiałem schować się na jakiś czas do stodoły, bo wstyd nie pozwalał mi się z tym pogodzić.

Dowiedziałem się, że leworęczni nie mogą liczyć na akceptację

Dorastając nie miałem pojęcia, że uczyniono mnie na podobień­stwo Boże i że posiadam wielką wartość. Nie miałem pojęcia o tym, że On mnie zaakceptował, natomiast straciłem wiele energii na zyska­nie uznania w oczach tych, z którymi miałem do czynienia na co dzień. Urodziłem się jako leworęczny i w pierwszych latach nauki nauczy­ciele usiłowali przestawić mnie na posługiwanie się prawą ręką. Jedna z nauczycielek stawała nade mną z linijką i biła mnie po lewej ręce, gdy tylko chciałem cokolwiek nią zrobić. „Myśl, Josh – tu następowało uderzenie. – Zrób to prawą ręką!” Bardzo szybko uznałem wyższość praworęczności nad leworęcznością, wyciągając z tego logiczny wniosek, że i ja sam byłem gorszy.

Stałem się nerwowy i niepewny, nie mogłem płynnie mówić. Negatywny obraz samego siebie i niska samoocena spotęgowały się na skutek mojego jąkania.

Zacząłem mieć kłopoty ze wszystkim, szczególnie zaś z mówie­niem przed klasą. Jednym z zadań domowych było recytowanie.

W domu szło mi znakomicie. Czyszcząc oborę powtarzałem wiersz bez zająknięcia, natomiast przed klasą byłem jak sparaliżowany. Za­czynałem się jąkać, nie mogłem wydusić z siebie nawet pierwszej linijki – i w końcu speszony uciekłem z klasy.

Pismo Święte nie mówi, że powinniśmy się poniżać

Chrześcijanie, zakłopotani już choćby samym pomysłem o posia­daniu jakiegoś pozytywnego obrazu samego siebie, czy jakiegokolwiek dobrego mniemania o własnej wartości, wydają się być przeciw­ni idei, że mogliby akceptować siebie samego. Często postrzegają siebie jako nic nie znaczące robaki, niewiele wartych grzeszników zasługujących jedynie na ogień piekielny. Co dziwniejsze, ludzie ci powołują się często na cytaty z Biblii, jak na przykład List do Rzymian 12,3: „Niech nikt nie ma o sobie wyższego mniemania, niż należy, lecz niech sądzi o sobie trzeźwo – według miary, jaką Bóg każdemu w wierze wyznaczył.” Sądzą oni, że ten werset za­kazuje im w ogóle wysoko siebie cenić – powinni bowiem się poniżać.

Tymczasem werset ten nie mówi jednak nic o poniżaniu samego siebie. Wynika z niego natomiast, że raczej powinniśmy cenić siebie wysoko, ponieważ jesteśmy dziełem Boga, choć nie bardziej, niż wynika to z faktów. Sw. Paweł powiada, że powinniśmy kierować się realizmem i trzeźwością sądów. Werset ten można uznać za podstawę dobrej, biblijnej definicji:

Zdrowy obraz samego siebie to: „Patrzeć na siebie tak,

jak patrzy na nas Bóg – ani więcej, ani mniej.”

Oznacza to oczywiście potwierdzenie faktu, że jesteśmy grzesznikami. Pomińmy jednak chwilowo ten aspekt, by nie za­ciemniać wyraźnego stwierdzenia zawartego w Biblii, że stworzeni zostaliśmy na podobieństwo Boże i, co za tym idzie, posiadamy wielką wartość.

„ Właściwy obraz samego siebie” i „poczucie własnej wartości”

Wszyscy mamy w myślach jakiś wizerunek własnej osoby, obraz samego siebie. Z badań naukowych wynika, że wykazujemy skłon­ność do zachowań zgodnych z wyobrażeniem, jakie mamy sami o sobie. Gdy wspominam czasy szkolne i studenckie, mogę stwierdzić, że byłem klasycznym przykładem tej reguły. Z racji licznych problemów rodzinnych, zwłaszcza z ojcem, i kłopotów z nauczycielami, którzy nie chcąc zaakceptować mojej leworęczności, uznali mnie za ucznia zasługującego jedynie na dwóje, mój obraz samego siebie był marny. Mogłem o sobie powiedzieć niewiele dobrego.

Dopiero po złożeniu całej osobistej ufności w Jezusie Chrystusie i uświadomieniu sobie, że Bóg akceptuje mnie, zacząłem trzeźwo oceniać własną wartość. Ludzie o zdrowym poczuciu własnej wartości potrafią zaakceptować samych siebie, wiedząc, że Bóg ma w nich upodobanie i ich akceptuje. Mówią oni sobie: „Jestem kochany, mam swoją wartość – jestem udaną i potrzebną częścią dzieła Stwórcy. Owszem, jestem również grzesznikiem, ale Bóg odkupił mnie. Prze­baczył mi moje grzechy i teraz mogę stać się tym wszystkim, czym On chce, bym się stał.”

Ludzie o zdrowym poczuciu własnej wartości czują swoją waż­ność. Sądzę, że to dzięki ich obecności świat jest lepszy. Potrafią nawiązywać kontakty z innymi ludźmi, a także ich doceniać. Tacy ludzie promieniują nadzieją, radością i wiarą. Wszystko to wydaje się być już znane – tak przecież opisuje Biblia owoc Ducha (List do Galatów 5,22-23).

Osoba o niskim poczuciu własnej wartości popada w niewolniczą zależność od cudzych opinii o sobie. Wobec braku samoakceptacji nie może być na tyle wolna, by być sobą.

Pewien student, znany z niezwykłej pewności siebie, napisał kie­dyś do mnie: „Myślę o sobie jako o indyku. Tak bardzo boję się tego, co ludzie o mnie pomyślą, że trudno mi zaakceptować samego siebie. Wciąż boję się spojrzeć komukolwiek w oczy, boję się obecności innych ludzi. Czuję się śmieciem. Ogromnie boję się odrzucenia przez innych.”

Czy poczucie własnej wartości wywodzi się z Biblii?

Spotykam wielu ludzi przekonanych o biblijnym pochodzeniu pojęcia poczucia własnej wartości. Po zakończeniu wykładu dla rodzi­ców często ojcowie i matki wyrażają swoje wątpliwości co do moich poglądów na ten temat. Może wyczytali w jakiejś modnej ostatnio książce, że idea poczucia własnej wartości jest jednym z pomysłów ruchu New Age, a więc nie ma nic wspólnego ze świętością czy Biblią. Może wynieśli ze swoich lektur przekonanie o grzesznym pochodzeniu poczucia własnej wartości-dążenie do jej podwyższenia powoduje bowiem skierowanie uwagi tylko na siebie. Na te zarzuty mam tylko jedną odpowiedź: „Cieszę się z państwa zainteresowania tym zagadnieniem. Chociaż zgadzam się co do niebezpieczeństw związanych ze skierowaniem całej uwagi człowieka na samego siebie, to jednak nie mogę zgodzić się z twierdzeniem o «grzesznym» cha­rakterze poczucia własnej wartości czy właściwej samooceny. Sądzę wręcz, że właściwe podejście do sprawy obrazu samego siebie i po­czucia własnej wartości w istocie zapobiega samolubstwu i skupianiu się na sobie.”

Więcej piszę na ten temat w książce Jego obraz – mój obraz (TKECh, Kraków 1987). Nadto mogę gorąco polecić znakomitą książkę Maurice’a Wagnera The Sensation ofBeing Somebody (Po­czucie bycia kimś).

Brak poczucia bezpieczeństwa przejawia się w różnych formach

Podczas moich podróży wszędzie spotykam nastolatków i studen­tów, którzy doświadczyli dotychczas jedynie akceptacji warunkowej, albo w ogóle nigdy jej nie zaznali. Oto kilka przykładów:

Zdaniem Marka nie ma on szans na dostanie się do college’u, ponieważ jeszcze w szkole średniej jeden z nauczycieli powiedział mu, że jest głupi i, co gorsza, jego rodzice bez przerwy mu powtarzali: „Jesteś leniwy – nigdy do niczego nie dojdziesz.”

Przez cały wiek dorastania Lori słyszała ciągle bezlitosne docinki na temat swoich chudych nóg. Bez przerwy wołano za nią „ptasie nóżki” albo „powinnaś wchodzić pod prysznic na nartach”. Będąc obecnie na pierwszym roku college’u, Lori jest nadal szczuplejsza od rówieśników, którzy zaczynają już mieć problemy z nadwagą. Nadal jednak wstydzi się swoich chudych nóg i unika pokazywania się w kostiumie kąpielowym.

Jeff wydaje się być pewny siebie. Należy do najlepszych uczniów w klasie i jest najlepszym zawodnikiem w drużynie piłkarskiej. Dewi­za Jeffa to: „Trzeba mieć dobre wyniki – inaczej wszyscy myślą, że jesteś nic niewart.”

U niektórych osób, takich jak Mark i Lori, łatwo dostrzec niską samoocenę, bowiem otwarcie przyznają się do niepewności i mają negatywne zdanie na własny temat. Inni, jak Jeff, starają się nadrobić niską samoocenę agresywną pewnością siebie, pod którą czai się jednak niepewność.

Można zapytać: „Niepewność czego?” Otóż jest to „niepewność utrzymania akceptacji – niepewność posiadania w sobie autentycz­nych wartości”. Życie tych osób opiera się na przymusie sukcesu, ciągłego udowadniania samym sobie i innym, że coś znaczą, że mają jakąkolwiek wartość.

Wydaje im się, że na czyjąś akceptację trzeba sobie zapracować. Nie rozumieją, albo nie wiedzą, że mają te same, wspólne dla wszyst­kich ludzi na świecie prawa do bycia kochanymi i akceptowanymi tylko z racji swego istnienia, a nie wyglądu, stanu posiadania czy osiągnięć.

Z przykrością obserwuję, że aż nazbyt wielu młodych ludzi, wraz z rodzicami czy innymi osobami dorosłymi odgrywającymi ważne role w ich życiu, wpadło w tę samą pułapkę konieczności sukcesu. Nie rozumieją, że każdy człowiek czerpie swoją wartość z bezwarunkowej miłości Boga. W Księdze Psalmów czytamy: „(…) czym jest człowiek, że o nim pamiętasz, i czym – syn człowieczy, że się nim zajmujesz? Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś” (Ps 8,5-6).