Archive for the ‘Jak uniknąć wychowania perfekcjonisty’ Category

Najważniejsza jest osoba

Akceptując i doceniając własne dziecko, powinniśmy zdawać sobie sprawę z istnienia czynnika pierwszoplanowego i drugoplanowego. Na pierwszym miejscu jest zawsze osoba, a jej osiągnięcia są zawsze drugo­planowe. Najpierw mamy do czynienia z istnieniem dziecka – akceptując je powodujemy powstanie w nim poczucia bezpieczeństwa i zrozumienia własnej wartości. Dopiero potem mamy do czynienia z działaniem dziec­ka, które uznajemy i doceniamy, by wytworzyć w nim poczucie ważności. Jeśli kiedykolwiek wyrażamy swoje uznanie dla czynów dziecka, powinno ono pochodzić z jego akceptacji takim, jakie jest.

Dzisiaj Timmy ma 16 lat i zapewne ciekawi jesteście, jak sobie radzi. Nie jest doskonały. Ma swoje problemy i czasem trzeba go przywołać do porządku, jak każdego zresztą nastolatka. Warto jednak podkreślić, że w naszym domu stał się nieocenionym pomocnikiem do wszystkiego. Uwielbia gotować. Zmywa naczynia. Pomaga z własnej woli, nie dlatego, że musi. Sprawia mi tym wielką radość, ponieważ wiem, że Timmy’emu nie chodzi o zyskanie naszej akceptacji poprzez właściwe zachowanie. On już wie, że go akceptujemy i dzięki temu może swobodnie kształtować swoje zachowania, mając możliwość popełniania błędów. Jest pewien naszej akceptacji dla samego siebie, a nie dzięki poprawnemu zachowaniu.

 

Kiedy Timmy poczuł się ostatecznie zaakceptowany

Opowiedziałem o okolicznościach adopcji naszego syna Timmy’ego z koreańskiego sierocińca, kiedy miał 5 lat. Po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych i wejściu do naszej rodziny natychmiast robił wszystko co możliwe, byśmy byli z niego zadowo­leni. W mgnieniu oka spełniał wszystkie nasze życzenia. I chociaż Timmy nie władał angielskim, a jego koreański był nieprzydatny, nietrudno było zgadnąć, że o to mu głównie chodziło. Działał tak, by osiągnąć sukces.

Początkowo wyjaśniałem sobie ten stan rzeczy tym, że zachowania takie wykształciły się w nim pod wpływem kultury dalekowschodniej, według której dzieci muszą okazywać na każdym kroku posłuszeństwo wobec dorosłych. Po kilku tygodniach prawdziwe motywacje Tim- my’ego stały się całkowicie jasne. W The Julian Center, gdzie byłem dyrektorem, miała się odbyć międzynarodowa konferencja studencka. Dowiedziałem się, że jednym z jej uczestników będzie Koreanka. Co za wspaniała okazja, pomyślałem sobie. Wreszcie Timmy będzie mógł sobie z kimś porozmawiać. Jest tutaj już cztery tygodnie i nie zamienił z nikim słowa w swoim języku.

Zabrałem Timmy’ego ze sobą do centrum konferencyjnego i od­nalazłem tę Koreankę. Była to bardzo urocza, przyjacielsko nastawiona osoba o miłym uśmiechu, ale gdy tylko zwróciła się do Timmy’ego po koreańsku, natychmiast się od niej odwrócił, chwycił mnie mocno za nogę i drżąc na całym ciele, przywarł do mnie kurczowo. Wziąłem go na ręce i przytuliłem, a on chwycił mnie za brodę, powtarzając bez przerwy: „Taaatta, Taaatta, Taaatta…”

Przeprosiłem Koreankę, mówiąc, że nie wiem, co się stało, ale to z pewnością nie jej wina. Później zrozumiałem wszystko… Gdy Kore- anka odezwała się do niego po koreańsku, jego pięcioletnia logika podpowiedziała mu: „Chcą mnie odesłać z powrotem… Wracam do Korei…”

Niedługo potem wybraliśmy się – Charlotte, Timmy i ja – do San Francisco na weekend. Pojechaliśmy do Fisherman’s Warf, co sprawiło Timmy’emu wiele radości. Później pomyślałem sobie, że moglibyśmy przejechać się tramwajem do Chinatown, a tam może Timmy będzie chciał skosztować jakieś orientalne potrawy i pobyć trochę w miejscu, które przypominać mu będzie Koreę.

I tym razem się myliłem. Gdy tylko dojechaliśmy do Chinatown, Timmy zamilkł. Przeszliśmy się po kilku sklepach, robiąc niewielkie zakupy, a potem zjedliśmy coś w restauracji, ale przez cały ten czas nie wydał z siebie ani jednego słowa. W końcu wróciliśmy tramwajem do Fisherman’s Warf. Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Tim­my rozchmurzył się i przez resztę dnia sprawiał wrażenie bardzo szczęśliwego.

Gdy rozmawiałem o tym później z Charlotte, doszliśmy wspólnie do wniosku, że zachowanie Timmy’ego należałoby łączyć nie tyle z obawą, że „odeślą mnie z powrotem do Korei”, co raczej z wywoła­niem u niego złych wspomnień. Towarzyszyła mu chęć utożsamienia się z nami i sprawienia nam przyjemności. Trwało to jeszcze kilka tygodni, po których nastąpił „punkt zwrotny”.

Jedliśmy śniadanie, a ja poprosiłem o coś Timmy’ego. Nie pamię­tam już, o co chodziło. Coś w rodzaju: „Pospiesz się i skończ wreszcie śniadanie, Timmy, musisz przygotować się do wyjścia.” Zamiast, jak dotychczas, biegiem wykonać moje polecenie, Timmy zawahał się. Nie widać było na jego twarzy wyraźnego oporu, ale można było z jego oczu odczytać: „Zastanowię się nad tym.”

Spojrzałem na Charlotte, aby upewnić się, czy ona też pojęła wagę tej chwili. Widziałem w jej oczach odbicie moich myśli. Timmy wyko­nał właśnie kolejny milowy krok w stronę zbudowania własnej, auto­nomicznej osobowości, dzięki której będzie mógł samodzielnie o sobie decydować. Tym symbolicznym aktem oporu Timmy zakomunikował nam, że czuje się w naszym domu bezpieczny i teraz, jeśli o coś go poprosimy, spełni tę prośbę nie mechanicznie, ale z pełną świadomoś­cią naszej miłości i z własnej, nieprzymuszonej woli.

Od tej chwili Timmy całkowicie utożsamił się z naszą rodziną. Dzięki niemu dowiedziałem się, czym naprawdę może być takie utoż­samienie. Kiedy przerabiali w piątej klasie na lekcji historii dzieje Rewolucji Amerykańskiej, Timmy podniósł rękę i powiedział nauczy­cielowi, że Deklarację Niepodległości podpisał jego pra-, pra-, pra-, pradziadek. Większość ludzi, którym o tym opowiadam, kwituje to śmiechem: nie słyszeli bowiem nigdy o tym, by jakikolwiek Azjata podpisał Deklarację Niepodległości. Timmy pojął prawdę nadal nie znaną wielu chrześcijanom. Poprzez adopcję utożsamił się z poprzed­nimi, obecnymi i przyszłymi pokoleniami naszej rodziny, tak jak i my poprzez naszą adopcję do królestwa Bożego utożsamiamy się z Chrys­tusem dawnym, obecnym i przyszłym.

Ustanowił rekord świata, a jednak przegrał o sekundą

Kilka lat temu najlepszy biegacz średniodystansowy Ameryki, Steve Scott, uczestniczył w wielkim międzynarodowym turnieju w San Diego. Steve pobił halowy rekord świata w biegu na dystansie jednej mili, chociaż minął metę w sekundę po zwycięzcy, Eminie Coghlanie. Reporter, przeprowadzający z nim po zakończeniu biegu wywiad, za­dał mu sakramentalne pytanie: „Co pan czuje po tak ogromnym wysił­ku, kiedy okazuje się, że przybiegł pan w sekundę po zwycięzcy?” Nigdy nie zapomnę odpowiedzi Steve’a. Mogę nie pamiętać konkret­nych sformułowań, ale brzmiała ona mniej więcej tak: „Osiągnąłem wyznaczony sobie cel, ale Emin miał cel jeszcze bardziej ambitny i udało mu się go osiągnąć. Mimo to, ja także osiągnąłem swój cel i jestem z tego zadowolony.”

Steve Scott nie był zachwycony przegraną z Eminem Coghlanem, ale miał satysfakcję z tego, że osiągnął wszystko, co było w danej chwili możliwe. Oczywiście, chciałby być pierwszy na finiszu i zatrzy­mać rekord dla siebie, ale nie musiał się przed nikim usprawiedliwiać, bo dał z siebie wszystko.

Podejście Steve’a Scotta to jeszcze jeden przykład konkurencji nie nastawionej przeciwko innym. Jeśli jest to tylko możliwe, postarajcie się zmniejszyć presję na osiągnięcie sukcesu przez dziecko, uświada­miając mu, że nie musi konkurować przeciw komukolwiek. Nauczcie je konkurować w taki sposób, by w konkurencji zawierał się element współ­pracy i współczucia dla innych. Największym życiowym osiągnięciem będzie wykształcenie w dziecku takiego charakteru, aby potrafiło ono okazywać innym współczucie. Same osiągnięcia nie przydadzą człowie­kowi splendoru, jeśli nie nauczy się współczuć innym. Żyjąc bez współ­czucia, może w pewnym momencie poczuć się przegrane.

Chciałbym, aby moje dzieci rozumiały, że powinny okazywać współczucie także samym sobie. Perfekcjonisty nie stać na to. Dąży on do coraz odleglejszych celów, wciąż niezadowolony ze swoich działań, bowiem nigdy nie ma dosyć. Perfekcjonista nie może zaak­ceptować samego siebie. Dlatego właśnie docenianie dziecka musi być powiązane z akceptowaniem go przez rodziców. Dopiero czując się akceptowanym, może przeistoczyć się w autonomiczną, pełną wiary we własne siły jednostkę. Będzie mogło wówczas swobodnie podejmować decyzje, rozsądnie przyjmować objawy uznania jako oznaki waszej miłości i afirmacji, a nie jakąś tam zapłatę za „właś­ciwe zachowanie”.

Nasi mistrzowie siatkówki nigdy nie wygrali meczu

W zeszłym roku uczniowie Julian High School grający w siatków­kę po raz pierwszy wzięli udział w międzyszkolnym turnieju. Rozpo­częli pod kierunkiem nowego trenera niezbyt pomyślnie. Mieli do zagrania wiele meczów, z których tylko jeden we własnej sali, a pozos­tałe na wyjeździe. Ich przeciwnikami byli znacznie bardziej doświad­czeni zawodnicy.

Nasi nastoletni synowie, Jonathan i Timmy, wchodzili w skład drużyny, a Charlotte i ja dołączyliśmy do licznego grona rodziców, którzy nie opuścili ani jednego meczu. Podróżowaliśmy razem z nimi, zrywając sobie gardła od dopingu, ale nasze dzieciaki przegrywały mecz po meczu.

Do końca sezonu nie wygrali ani jednego spotkania. Udało im się zdobyć kilka setów, ale by pokonać przeciwników, musieliby mieć przynajmniej trzy sety wygrane. Lecz nie udało im się wyjść zwycięsko z żadnej potyczki.

Nie miało to zupełnie dla nas znaczenia. Dopingowaliśmy Jonatha­na i Timmy’ego jak mistrzów świata, bo i takimi dla nas byli. Wynik nie liczył się. Dali z siebie dosłownie wszystko. Nigdy nie skarżyli się na nic i na nikogo, nigdy też nie schodzili z boiska ze spuszczonymi głowami. Tak się działo zresztą od ich najwcześniejszych chłopię­cych lat.

Wszystkie otrzymane przez nich dyplomy i świadectwa znajdowa­ły natychmiast swoje miejsce na korytarzu przed ich sypialniami. Ich rodzaj i charakter nie miał znaczenia: bez względu na to, czy był to dyplom za dobre zachowanie, nagroda w konkursie plastycznym, wstę­ga zdobyta na bieżni – wszystkie wisiały na ścianie, dając świadectwo osiągnięć Jonathana i Timmy’ego. Zawsze utwierdzaliśmy ich w słusz­ności ich działań, starając się przy tym nie zapominać okazywać im swoich uczuć z samego faktu ich istnienia. Ściana na korytarzu była ilustracją słów mamy i taty, którzy zdawali się mówić: .Jesteśmy dumni z was i waszych osiągnięć.”

Jak zapewne sobie przypominacie, Jonathan i Timmy to nasza „druga rodzina”, pojawili się bowiem wśród nas w ponad 15 lat po pierwszej czwórce naszych dzieci. Podobnie postępowaliśmy i wobec tych starszych. Dick, Dave i Jeff doskonale biegali na długich dystan­sach jeszcze w szkole średniej, a potem na uczelni. Mój gabinet przy­pominał biuro prezesa klubu sportowego – górne półki zapełnione były trofeami sportowymi. Wszyscy moi goście widzieli, że szczyciłem się sportowymi osiągnięciami moich dzieci. Przygodnym gościom trudno byłoby jednak wytłumaczyć, że tak naprawdę byłem dumny z moich synów jako z ludzi. Nie musieli wprzęgać się w kierat sukcesu, mieć dobrych wyników i zwyciężać, by zyskać sobie w ten sposób moją akceptację. Muszę tu dodać, że moja jedyna córka Kimmy jest sama swojego rodzaju trofeum. To tatusiowa „mała księżniczka”, chociaż jest już teraz dojrzałą i piękną „córką króla” oraz matką trojga dzieci (patrz Księga Przysłów 31,29).

Włożyłem wiele pracy w wytłumaczenie dzieciom, na czym pole­ga różnica pomiędzy rywalizacją a zazdrością wśród rodzeństwa. Ry­walizacja w rodzeństwie jest czymś naturalnym. Jest podstawą ich ciągłego współzawodnictwa. Zazdrość wśród rodzeństwa prowadzi do konkurowania przeciwko sobie. Jedno z dzieci stara się poniżyć drugie, by wypaść na jego tle lepiej. Może dojść do podjęcia gry na zasadzie ,ja jestem w porządku, ale ty nie” i takie współzawodniczenie jest najgorsze z możliwych.

Adoptując Timmy’ego, bardzo martwiliśmy się, jak przyjmie go Jonathan. Urodził się, gdy ostatnie, poprzednie nasze dziecko, syn Jeff miał już 16 lat. Toteż Jonathan pod wieloma względami przypominał jedynaka, tym bardziej że pozostałe starsze rodzeństwo opuściło już dom. Był naszym „następcą tronu” i obawialiśmy się, że może okazy­wać zazdrość wobec wszystkich pretendentów do jego „królestwa”. Nasze obawy okazały się jednak bezpodstawne.

Oczywiście, pomiędzy Jonathanem a Timmym istnieje braterska rywalizacja, ale nie zazdrość. Ja i Charlotte jesteśmy przekonani, że dzieje się tak dzięki wpływowi dwóch wzorców osobowych, którymi są ich bracia, Dave i Jeff. Nie spotkałem dotychczas równie otwartych i pomocnych sobie nawzajem ludzi. Chociaż rywalizowali ze sobą w tych samych sportach, można ich uznać za wzór współkonkurencji a nie przeciwkonkurencji.

Na Jonathana i Timmy’ego ma również wpływ „legenda” innego ich starszego brata, Dicka, który mieszka i pracuje w Afryce. Z Boską pomocą koordynuje całość działań na rzecz walki z głodem w Mali, jednym z najbiedniejszych krajów afrykańskich.

Zawsze starałem się skłaniać nasze dzieci do doskonalenia się w dziedzinach, w których Bóg obdarzył je talentem. Nie miało to jednak nic wspólnego z perfekcjonizmem. Stosując zachęty do dosko­nalenia się – dania z siebie wszystkiego dla odkrycia swoich najlep­szych możliwości – można „przegrać”, a mimo to czuć się zwycięzcą. Zgadzam się z powiedzeniem, że „zwycięstwo to nie wszystko!”

Dlaczego „Rydwany ognia” odniosły sukces?

W nagrodzonym przez Akademię Filmową filmie Rydwany ognia został przedstawiony problem współ- i przeciwkonkurencji na przykła­dzie życia dwóch utalentowanych sportowców: Harolda Abrahamsa, syna litewskiego Żyda i Erica Liddle’a, pochodzącego z rodziny chrześcijańskich misjonarzy. Obydwaj mieli zaszczyt reprezentowania Wielkiej Brytanii podczas Igrzysk Olimpijskich w 1924 r. w Paryżu, przy czym ich stosunek do zawodów był krańcowo różny.

Przeciwstawiając się antysemityzmowi okazywanemu mu przez kolegów z uniwersytetu w Cambridge, Harold Abrahams dążył do udowodnienia swojej wartości walcząc ze wszystkimi wokół. Wytwo­rzył w sobie silne przeświadczenie, że „zwycięstwo jest wszyst­kim”. Zaangażował nawet prywatnego trenera, z którym ćwiczył w odosobnieniu na prywatnej bieżni, przygotowując się do zawodów olimpijskich.

Swoją dewizę „sam przeciw wszystkim” Abrahams sformułował w pewnym momencie następująco: „Nie startuję po to, by dostać baty; jeśli nie mogę zwyciężyć, nie będę startował. Startuję po to, by wy­grać.”

W tym samym czasie do zawodów przygotowywał się także Erie Liddle. Przeszkodziła mu w tym jego siostra, która twierdziła, że uczes­tnictwo w zawodach odciągnie go od służby Bożej. Liddle przeko­nywał ją, że będzie kontynuować swoją działalność misjonarską, ale najpierw musi stanąć do zawodów – nie dla własnej sławy, ale dla większej chwały Pańskiej.

„Bóg uczynił mnie szybkim – powiedział do swojej siostry Jenny. – Gdy biegnę, czuję Jego zadowolenie. Zwycięstwo to oddanie mu hołdu.”

Abrahams zdobył złoty metal na dystansie 100 metrów, podczas gdy Liddle odmówił startu, bowiem bieg eliminacyjny miał odbyć się w niedzielę. Dla Liddle’a oznaczałoby to złamanie mocnego przekona­nia, że należy czcić Dzień Pański. Kolega z drużyny zrzekł się na jego rzecz swojego miejsca w biegu na dystansie 400 metrów rozgrywanym innego dnia i Liddle pobiegł zamiast niego. W tej konkurencji Liddle zdobył złoty medal.

Po zakończeniu igrzysk Abrahams nie wydawał się uradowany swoim osiągnięciem. W pewnej chwili powiedział: „Ciągle jestem w ruchu i nie wiem nawet, czym jest to, co staram się doścignąć.” Na chwilę przed biegiem, jeszcze w szatni, przyznał: „Dobrze znam strach przed porażką. Teraz boję się także i zwycięstwa.”

Erie Liddle cieszył się ze swojego sukcesu. Zapytany przez kolegę z drużyny, co czuł odmawiając startu na dystansie 100 metrów, odrzekł: „Szkoda mi, ale nie miałem wątpliwości, podejmując taką decyzję.”

Później był przez lata misjonarzem w Chinach, biegał tam po bezdrożach albo jeździł na rowerze dla samej przyjemności, pokonując wiele kilometrów. W latach czterdziestych okupacyjne wojska japoń­skie wtrąciły go do więzienia. Zmarł w obozie jenieckim na krótko przed zakończeniem II wojny światowej.

W swoim życiu Liddle zawsze współkonkurował, zamiast kon­kurować przeciwko. Jego napisem nagrobnym mogłaby być pewna opinia, wypowiedziana na jego temat w pełnych sławy dniach je­go olimpijskiego triumfu: „Biegł w imię Boga, a świat wstrzymał od­dech.”

Najważniejsze jest to, aby rodzice nauczyli swoje dzieci dawania z siebie wszystkiego co najlepsze i uświadomili im, że ma to w życiu istotne znaczenie. Wpajając takie rozumowanie, uwalniają je tym sa­mym od myślenia kategoriami zwycięstwa i porażki. W ten sposób pomagają dziecku uchwycić subtelną, ale istniejącą różnicę pomiędzy współkonkurowaniem a konkurowaniem przeciw. Dlatego tak ważne jest docenianie wysiłków dziecka, a nie wyniku – przegranej bądź wygranej. Gdy dziecko wie, że wartość jego samego jest większa od najwspanialszych nawet wyników sportowych czy najlepszego szkol­nego świadectwa, może się wówczas uspokoić, poczuć się bezpiecz­nym i zdolnym do osiągania lepszych rezultatów. Wie wówczas, że wynik rywalizacji w żadnym stopniu nie wpływa na poziom waszej akceptacji.

Uczmy dzieci konkurencji opartej na współpracy a nie na współzawodnictwie

Zjawisko konkurencji pomaga nam doceniać dzieci. Według specjalisty, psychologa rozwoju dziecięcego, Erika Eriksona, pierwszy z etapów pokonywanych przez wszystkie dzieci rozpoczyna się w chwili, gdy „odchodzą z domu”, by wkroczyć w świat przeżyć szkol­nych. Ten okres rozwoju nazywany jest wytwórczym. Po raz pierwszy dziecko poznaje smak konkurencji; nabiera znaczenia w jego oczach to wszystko, co samo wytworzy. To właśnie w tym okresie rodzice po­winni okazywać dziecku zachętę i utwierdzać je w słuszności poczy­nań, doceniając jego osiągnięcia i wyrażając uznanie. Jednak owo uznanie powinno wynikać z samego faktu istnienia dziecka.

W chwili wejścia dziecka w okres wytwórczy, lepiej jest uczyć je, że konkuruje z ludźmi, a nie przeciw nim. Niestety, typowy system szkolny rozwija w dzieciach złe postawy wzajemnej konkurencji. Tyle a tyle piątek, tyle czwórek i trójek, a reszta musi powtarzać klasę. Uprawiając sport, dziecko szybko dowiaduje się, że liczy się zwycię­stwo. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że podczas typowej edukacji szkolnej dewizą życiową dziecka staje się konkurowanie przeciwko innym.

Kłopot z konkurencją polega na tym, że tam gdzie są wygrani, muszą być i przegrani. Kiedy uczestniczymy w takiej grze, możemy w końcu przegrać. Nie można przecież wygrać ze wszystkimi. Oznacza to w pewnym sensie, że w świecie konkurencji każdy jest waszym wrogiem.

Trzeba na to spojrzeć z innej strony – współkonkurowanie to inny rodzaj gry. Nasi rywale nie są wrogami, a wręcz przeciwnie, mogą być naszymi sojusznikami. Zwiększają oni w ten sposób nasze własne możliwości. Nieważne staje się, kto pierwszy dobiegnie do mety. Najważniejsze jest to, by w procesie rywalizacji wydobyć z siebie wszystko co najlepsze.

Zdaję sobie sprawę z tego, że filozofia współkonkurowania w dzi­siejszym „prawdziwym świecie, pełnym wielkich ryb zjadających małe ryby”, brzmi dość naiwnie i może być wyśmiana. Mimo to, istnieje wiele przykładów wśród ludzi, którzy wygrali, stosując tę zasadę.

Profesjonalizm daje radość, perfekcjonizm ją zabija

Pomiędzy wystawianiem dziecka na ryzyko porażki a wymaga­niem od niego dążenia do doskonałości istnieje istotna różnica. Efektem może być tylko podwójna skomplikowana zależność. Z jednej strony uczą się bowiem nie ryzykować – nic wskutek tego nie wygrywają. Z drugiej dążą do perfekcji w określony, uporządkowany sposób.

Każdy z nas uczestniczy w procesie zwanym życiem. Idziemy przez nie, ale nigdy nie dochodzimy dokądkolwiek, ponieważ życie jest ciągłą podróżą, a nie osiąganiem celów. W trakcie tego marszu więk­szość z nas ustala sobie pewne cele i postępuje tak, by osiągnąć kon­kretne efekty.

To nie jest bez znaczenia, jakie cele sobie wyznaczamy. Określają one kierunek naszego postępowania w życiu, także zawodowym. Na przykład różne przedsiębiorstwa z całego kraju organizują ostatnio seminaria i kursy, podczas których uczą swoich pracowników, jak wyznaczać i osiągać cele.

Jakie cele mogą mieć dzieci? Czy wasze dzieci wyznaczają sobie jakieś cele? Czy pomagacie im w tym, podsuwając wskazówki i wyty­czając oczekiwania?

To naturalne i zrozumiałe dla wszystkich dążenie, by mieć cele i osiągać konkretne efekty. Rzecz w tym, by nie były one zdobywane kosztem radości z samego życia. To prawda, że wszyscy potrzebujemy perfekcjonizmu dającego entuzjazm i powinniśmy nauczyć się przeka­zywać go naszym dzieciom, nie stawiając przy tym wygórowanych oczekiwań.

Czy wasze dzieci obawiają się porażki?

Życie oparte na konieczności osiągania sukcesów wpędza wielu ludzi w stan niepokoju przed porażką. Czy wasze dzieci uczą się podejmowania ryzyka, czy też raczej słyszą od was, że lepiej nie ryzykować?

Z prezentacji kilku typowych „bohaterów” wynika, że porażka była ich stałym doświadczeniem:

Thomas Edison wielokrotnie ponosił klęskę, zanim wynalazł żarówkę.

Babe Ruth, jeden z największych sportowców wszechczasów, utrzymał przez wiele, wiele lat swój rekord w krykiecie, zanim pobił go Roger Maris. Mimo porażki, w tym samym roku Ruth osiągnął kolejny rekord. Abraham Lincoln doznał wielu porażek politycznych i osobistych, nim został prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Albert Einstein, Winston Churchill czy Benjamin Franklin – to wielkie nazwiska. A jednak wszyscy oni, w tym czy innym momencie, zostali usunięci ze swoich stanowisk.

Wspólną cechą wielkich ludzi jest sposób bycia odmienny od innych, skłonność do podejmowania ryzyka, walka o pierwszeństwo we współzawodnictwie. Jeśli nawet przegrywają, to są przekonani o słuszności i wartości swoich racji. Czy umiecie postępować inaczej niż wszyscy i być przykładem dla swoich dzieci? Czy przekazujecie im tę umiejętność? Nie chodzi tu o kwestie natury moralnej, ale o bycie innym w sensie wielorakiego działania – inaczej niż wszyscy uczyć się, poszukiwać, odkrywać, przewidywać.

Sygnały ostrzegawcze perfekcjonizmu

Mentalność perfekcjonisty opiera się na zasadzie „wszystko albo nic”. Musi być doskonały – nic innego go nie satysfakcjonuje. Ten sposób myślenia wpędza go w pułapkę, bowiem jest przekonany, że może osiągnąć wszystko. W jego słowniku wydaje się brakować słowa „nie” i zazwyczaj bierze na siebie więcej, niż jest w stanie udźwignąć.

Perfekcjonista dąży do osiągnięcia wszystkiego na najwyższym poziomie. Ta wielka skala przytłacza go. Podejmując się zadań ponad siły i pragnąc wykonać je perfekcyjnie, bez jakichkolwiek błędów i pomyłek, perfekcjonista spogląda przed siebie i zaczyna dostrzegać przeszkody nie do przezwyciężenia. Zaczyna się zastanawiać, jak zna­lazł się w tej sytuacji i czy kiedykolwiek będzie mógł wydobyć się z niej? Czasem nie będzie nawet tego próbował z obawy przed porażką.

Widząc piętrzące się w perspektywie przeszkody, perfekcjonista często wycofuje się i zwleka. Tak przeważnie postępuje. Odkłada coś, bowiem czuje, że nie wystarczy mu czasu na idealną realizację danego zamiaru. Naturalnie, im dłużej zwleka, tym trudniej mu podjąć realiza­cję działania, aż w końcu kwituje to jednym zdaniem: „Gdybym miał więcej czasu, wtedy mógłbym zdobyć się na coś znacznie lepszego.” Prawdziwym problemem jest tu jednak obawa przed porażką i odrzu­ceniem.

Perfekcjoniście trudno zakończyć dane przedsięwzięcie. Ciągle widzi, że mógłby to zrobić jeszcze lepiej. Nigdy nie jest zadowolony.

Jak widzieliśmy na przykładzie Jennifer, córki Barbary, perfekcjo­nista ma skłonność do okazywania rozdrażnienia, gdy sprawy nie idą tak, jak należy. Brakuje mu cierpliwości do siebie i do innych. Perfek­cjonista nie może zrozumieć, dlaczego inni nie stawiają sobie tak wysokich jak on wymagań.

Perfekcjonista wyznacza sobie wiele powinności, jak: „Powinie­nem o to zadbać”, albo: „Me powinienem tak mówić”.

Za niepowodzenia lub błąd wini perfekcjonista tylko siebie. Poraż­ka – jakakolwiek porażka – jest niedopuszczalna.

Perfekcjonista dokłada coraz więcej starań, by mógł „zrobić to lepiej następnym razem”. Napędza to znowu kolejny cykl myślenia na zasadzie „wszystko albo nic” i ustanawia kolejne, niemożliwe do osiąg­nięcia cele, co powoduje w efekcie poczucie osaczenia.

Starając się przeskoczyć zbyt wiele przeszkód naraz, perfekcjonis­ta może całkowicie się wypalić. Może wycofać się albo całkowicie poniechać działań na pewien czas, ponieważ dręczy go obawa przed porażką. Przykład Barbary ewidentnie to potwierdza.

Subtelna moc oczekiwań

Istnieje wiele sposobów wepchnięcia dziecka na drogę życia opar­tego na przymusie sukcesu. Pierwszym krokiem rodziców jest często przeniesienie na dziecko wszystkich swoich oczekiwań. Czasami ro­dzice pragną, by ich dziecko zdobyło to, czego sami nie byli w stanie osiągnąć. Oczekują, by zakwalifikowało się do drużyny uniwersytec­kiej, znalazło lepszą pracę czy zdobyło wyższe wykształcenie. Rodzice pragną często przeżyć swoje życie ponownie za pośrednictwem swoich dzieci, co powoduje, że dzieci znajdują się pod ogromną presją oczeki­wań mamy i taty. Jeśli do oczekiwań formułowanych wobec nich w domu dodamy oczekiwania ze strony nauczycieli i grup rówieśni­czych, to otrzymamy w sumie obraz bardzo silnej presji.

Dzieci wychowujące się w rodzinach chrześcijańskich pierwszy impuls perfekcjonizmu otrzymują ze strony kościoła. Poznałem wiele wierzących dzieci, które wychowały się w przekonaniu, że powinny być doskonałe. Ponieważ dążenie do doskonałości nie jest zbyt realis­tycznym sposobem na życie, jedynym wyjściem okazało się dla nich nałożenie swojego rodzaju duchowej zasłony – zwłaszcza wobec do­rosłych. Czasem zdobywały się na szczere, otwarte stosunki z przyja­ciółmi, ale wobec rodziców, nauczycieli, katechetów i pozostałych osób zastosowały swoisty rodzaj uczciwości, postępowanie „pod do­rosłych”.

Wśród ludzi chodzących obecnie do kościoła jest dość liczna grupa stanowiąca awangardę perfekcjonistów. A przecież Biblia opowiada o ludziach, którzy nie są doskonali, a nawet często przegrani i nieszczęśliwi. Rodzice niejednokrotnie szczycą się stawianiem swoim dzieciom wysokich wymagań. Jak powiada stare przysłowie: ,Jeśli wiele od kogoś wymagasz, sam bądź gotów do spełniania swych oczekiwań.” Należy zaprzestać w stosunku do, niekiedy jeszcze bar­dzo małych, dzieci dotychczasowego podejścia i zastanowić się, jakie­go rodzaju oczekiwania można w ogóle wobec nich formułować.

Dopingowanie dziecka jest sprawą zupełnie inną, niż pokładanie w nim zbyt wielkich nadziei. To drugie jest dla dziecka zbytnim obcią­żeniem i wprowadza je w fałszywy krąg życia dla sukcesu. Niektórzy psychologowie twierdzą, że jedno na troje dzieci poddawanych presji sukcesu przeistacza się w perfekcjonistę. Czasami zdarza się nam na­zywać kogoś perfekcjonistą w sensie pozytywnym. Naprawdę jednak perfekcjonizm stanowi w życiu wielkie obciążenie. Może doprowadzić do zaburzeń psychicznych, zwlekania w działaniu, wilczego apetytu, nawet samobójstwa.