Archive for the ‘Jak nie doprowadzać dzieci do szalu albo czegoś gorszego’ Category

Rodzice, słuchajcie!

Do mojego gabinetu poradnictwa rodzinnego zgłosiła się ze swo­imi rodzicami trzynastoletnia dziewczynka. Ojciec był śpiewakiem w zawodowym zespole muzyki kościelnej i podróżował po kraju z kon­certami. Podczas rozmowy poczyniłem kilka uwag, które sprowoko­wały ojca do wygłoszenia pięknej, aczkolwiek bardzo doktrynerskiej dysertacji teologicznej na temat tego co mówi Biblia o rodzinie. Było to arcydzieło, które miało na celu zrobienie odpowiedniego wrażenia na mnie oraz zastraszenie żony i córki. Ale ów ojciec nie słyszał chyba przedtem powiedzenia Josha McDowella: „Można oszukać wszyst­kich, ale nie własne dzieci.”

Kiedy więc skończył, córka zwróciła się do ojca i niemal szeptem powiedziała: „Tato, życzę ci, żebyś mógł usłyszeć to, co przed chwilą powiedziałeś i rzeczywiście zrealizować.”

Dziewczynka nie zbuntowała się ani nie okazała braku szacunku. Desperacko tylko pragnęła, by ich rodzina była razem, lecz ojciec jej nigdy nie słuchał. Zbytnio koncentrował się na utrzymywaniu swojej władzy i tym, co uważał za swój „autorytet”. Jego córka usiłowała mu powiedzieć, że prawdziwa tajemnica autorytetu tkwi w sercu pragną­cym służyć, a nie rządzić. Przywódca-sługa słucha swojej rodziny i zawsze bardziej interesują go wzajemne relacje niż reguły. Aby móc być przywódcą-sługą, trzeba najpierw jednak wiedzieć, co znaczy być kochanym, trzeba mieć głębokie poczucie bezpieczeństwa i osobistej wartości, trzeba czuć się akceptowanym i docenianym – poczynając od osobistej relacji z Bogiem.

Największy przywódca-sługa wielokrotnie powiadał:, Jeśli kto ma uszy, niechaj słucha.” Rodzice szanujący dzieci słuchają, a dopiero potem działają. W końcu, na tym polega bycie bohaterem dla swoich dzieci!

Różnice pomiędzy przywódcą autokratycznym a przywódcą-sługą można określić za pomocą wykresu na s. 202. Jaki rodzaj przywództwa prezentowali nasi rodzice? Jakiego rodzaju rodzicami my jesteśmy? Jakiego rodzaju rodzicami chcielibyśmy zostać?

W chwilach napięcia spróbuj zastosować „analizę magnetyczną”

Kiedy czuję, że jakieś napięcie powstaje między mną a dzieckiem, staram się spojrzeć na nie z dystansu, tak jak widzi je Bóg – jako osobę o nieskończonej wartości. Pomaga mi to we wzmocnieniu w sobie poczucia akceptacji, choćby nawet konkretna sytuacja wymagała udzielenia nagany. Chociaż muszę ustosunkować się jakoś do zacho­wania dziecka, to nadal je przecież akceptuję jako osobą.

Ten proces obserwacji nazywam „analizą magnetyczną”. Dwa oddalone od siebie magnesy nie wywierają na siebie żadnego wpływu. Jeśli jednak zbliżymy je do siebie, zachowają się na jeden z dwóch sposobów: albo będą się przyciągać, albo odpychać.

Emocje człowieka bardzo przypominają magnesy. Nie jesteśmy wyposażeni w pole magnetyczne, ale odczuwamy emocje, podobnie i nasze dzieci. Wspólne życie rodzinne wprowadza nas i nasze dzieci w to samo „pole emocjonalne”, w którym następują procesy podob­ne do magnetycznych. Istnieją dwie możliwości: albo zbliżymy się z dzieckiem, albo wystąpi zjawisko odpychania się.

Wchodząc w sytuację konfliktu z dzieckiem, zaczynam zadawać sobie pytania: „Dlaczego w naszych stosunkach pojawiło się to napię­cie? Dlaczego w ten właśnie sposób reaguję na moje dziecko? Dlaczego ono w ten sposób reaguje na mnie?”

Pamiętajmy, że stosowanie „analizy magnetycznej” to nasz, a nie dziecka, obowiązek. Jako ludzie dorośli, to my powinniśmy umieć spoj­rzeć na sytuację z dystansu i właściwie ją ocenić. Możemy wtedy kontro­lować gniew, a jeśli jest konieczne, również poprosić o przebaczenie.

„Analiza magnetyczna” jest dla mnie zawsze pomocna w opanowy­waniu różnych sytuacji. Umożliwia mi ona akceptację i afirmację moich dzieci, a równocześnie przypomina o niezbędnych ograniczeniach. Ak­ceptacja i afirmacja – zrównoważone ograniczeniami – stanowią istotę wychowania. Zachowują one swoją wartość we wszelkich innych rela­cjach, gdy ludzie znajdą się w tym samym polu emocjonalnym.

Siła słów: „Czy możesz mi wybaczyć?”

Usiedliśmy później razem i żartowaliśmy z całego tego wydarze­nia. Mimo że ta historia ma niewiele wspólnego z uczeniem logicznych konsekwencji, jest jednak ilustracją skutków używania ostrych słów. „Czy możesz mi wybaczyć?” – to słowa, które mogą poskromić gniew i pomóc wszystko wyjaśnić (Księga Przysłów 15,1). Przy okazji przy­woływania dzieci do porządku użycie tych słów może okazać się dość często konieczne tak dla nas, jak i dla nich.

Zauważmy, że pomiędzy słowami „przepraszam” a „czy możesz mi wybaczyć?” jest ogromna różnica. Te pierwsze dotyczą jednej osoby. Ale mówiąc „czy możesz mi wybaczyć?”, odnosisz je do dwóch albo i więcej osób. Zdanie: „czy możesz mi wybaczyć?” – to zdanie aktywizujące, wymaga bowiem od drugiej osoby odpowiedzi.

Przyznaję, że pytając „czy możesz mi wybaczyć?”, narażamy się na pewne ryzyko. Osoba pytana może się po prostu odwrócić i powie­dzieć: „Nie, nie przebaczę ci.” Nasze dzieci mogą zachować się w ten sposób kierując się niedojrzałym gniewem albo brakiem zrozumienia. Trzeba jednak takie ryzyko podjąć, bowiem zawiera ono w sobie ele­ment wzorcowy, który trzeba koniecznie przekazać dziecku w procesie wychowania.

Skarcone małe dzieci przeważnie chętnie powiedzą „przepra­szam… przepraszam… przepraszam”, ale gdy będziemy zachęcać je do powiedzenia „czy możesz mi wybaczyć?” – odmówią. Spróbujmy uczyć je już od maleńkości, że przepraszanie jest ważną umiejętnością, ale o wiele ważniejsze jest umieć prosić o wybaczenie.

Efekt domina wszystkich wyprowadza z równowagi

Po odjeździe Charlotte czuło się w powietrzu takie napięcie, że można było rąbać siekierą. Udzieliło się ono także Dickowi i jego żonie Betty. Całe zdarzenie spowodowało efekt domina. W ciągu kilku minut wszyscy kłócili się i spierali: Dick z Betty, dzieci ze sobą, później rodzice z dziećmi i tak dalej.

Cała ta historia przypomina sytuację, w której szef krzyczy na podwładnego, ten wraca do domu i krzyczy na żonę, żona krzyczy na dzieci, które krzyczą na psa, a pies goni kota!

Zastanowiwszy się nieco nad całą sprawą, zrozumiałem, co się stało. Niewłaściwie zareagowałem na coś, co odebrałem jako obo­jętność, gdy Charlotte nie odpowiedziała na moje pytanie. Kiedy zdałem sobie sprawę z przyczyny jej nieuwagi, zrozumiałem swój błąd. Postąpiłem niewłaściwie. Jak tylko wróci, będę ją musiał przeprosić.

Charlotte wróciła do domu późnym wieczorem i okazało się, że i ona rozumowała podobnie. Gdy ruszyła w drogę i zaczęła zastana­wiać się nad tym incydentem, uświadomiła sobie jego błahość. Wtedy złapała gumę i zanim mechanik zmienił koło, miała sporo czasu na rozmyślania.

Gdy weszła, siedzieliśmy wszyscy w saloniku i pierwsze co przyszło mi na myśl, było przeproszenie jej. O tym samym pomyślała i ona, i w końcu równocześnie padliśmy sobie w ramiona, prosząc o przebaczenie. Wywołało to w rodzinie kolejną reakcję łańcuchową, tym razem pozytywną. Przepraszać zaczęli się również Dick i Betty, a za ich przykładem poszły także dzieci.

Przebaczaj i proś o przebaczenie

W opisywanych wyżej sytuacjach wprowadzenie logicznych kon­sekwencji rozwiązywało wszelkie problemy. Wszyscy rodzice znają na pewno sytuacje, w których nie kończy się to tak dobrze i gładko. Zdarza się, że wybuchają emocje, padają różne słowa i życie rodzinne przestaje być sielanką. Rodzice, którzy chcą być bohaterami, powinni umieć przebaczać, tak jak i prosić o przebaczenie.

Jakże trudno zmusić się do wypowiedzenia tych kilku słów: „Czy możesz mi wybaczyć?” Trzeba się mimo wszystko przyzwyczaić do częstego ich używania, jeśli naprawdę chce się zachować swoją obliczalność wobec dzieci i współmałżonka.

Autorytet powinien być parametrem związanym z uczuciem, a nie kijem.

Pewnego razu Dick, nasz najstarszy syn, odwiedził nas wraz ze swoją rodziną w czasie wakacji. Postanowiliśmy pojechać do niedale­kiego parku narodowego na rodzinny piknik i pożegnalne przyjęcie przed planowanym wyjazdem za granicę. Charlotte przygotowała wspaniały posiłek. Dick wraz ze swoją żoną, Betty, zabrali dzieci i pojechaliśmy do parku.

Szykował się wspaniały dzień. Jednak nie dla wszystkich. Kilka godzin przedtem zadzwoniła do Charlotte jej stara i dobra przyjaciółka, która właśnie dowiedziała się, że ma raka i musi wyjechać do San Diego na leczenie. Zapytała Charlotte, czy mogłaby przyjechać z Julian do San Diego odebrać ją z lotniska, odwieźć do kliniki i pomóc się jej tam rozlokować.

Charlottą szarpały sprzeczne uczucia: z jednej strony chciała po­móc swojej dobrej przyjaciółce, z drugiej strony jednak chciała być z dziećmi i wnukami na naszym uroczystym przedwyjazdowym przyjęciu.

Przyjechaliśmy do parku i wszystko starannie przygotowaliśmy. Charlotte postanowiła być z nami tak długo, jak to tylko możliwe.

Nieuchronnie jednak zbliżała się godzina jej wyjazdu. Siedziałem obok żony przy stole i coś do niej powiedziałem. Nie odpowiedziała. Pow­tórzyłem pytanie, ale ona ponownie nie odpowiedziała. Podnosząc głos, zapytałem po raz trzeci. Udało się. Odwróciła się do mnie i wypaliła:

-   Dlaczego na mnie krzyczysz?

-   Jak to krzyczę? Pytałem ciebie o coś dwukrotnie i nie odpowie­działaś. Dlaczego jesteś taka nieobecna?

Powinienem był wiedzieć, dlaczego Charlotte była „nieobecna”. Myślała o tym, że ma pojechać po przyjaciółkę i myśli jej szybowały gdzieś daleko stąd. Była zdenerwowana także dlatego, że wyjazd wiązał się z opuszczeniem rodziny, z którą wolałaby zostać. A może również i dlatego, że nie mogła wraz z nami uczestniczyć w pozostałej części rodzinnej uroczystości.

Obstawanie przy swoim ma podstawowe znaczenie

Josh opisał w trzynastym rozdziale swoje emocjonalne rozterki związane z sytuacją, gdy nakazał Seanowi opuścić dziedziniec szkolny, wrócić do domu i dopełnić swoje obowiązki. Mimo to Josh obstawał przy swoim, co stanowi zasadniczy element umiejętności wykorzysta­nia konsekwencji logicznych. Doskonale wiedział, że nigdy nie nauczy swojego syna odpowiedzialności i nie ukształtuje jego charakteru, jeśli pozwoli mu lekceważyć złożone obietnice. Wyniesienie tych śmieci za niego, czy przyjęcie pozy „dobrego tatusia”, który zgodziłby się na wyniesienie ich po powrocie ze szkoły, niczego by Seana nie nauczyło.

Gdy mój najstarszy syn Dick dostał prawo jazdy, umówiliśmy się, że jeśli naruszy jakiś poważny przepis ruchu drogowego, płaci mandat i traci prawo do samochodu na 30 dni. Do dzisiaj pamiętam, jak Dick przyniósł swój pierwszy mandat. Nieśmiało podszedł do mnie i powie­dział: „Tato, dostałem mandat.”

Nie wiem, czego spodziewał się Dick, ja powiedziałem tylko jedno: „Gdzie są kluczyki do samochodu?”

Dick oddał kluczyki. Zapłacił również karę i nie miał auta przez 30 dni. Nie robiłem mu żadnych wykładów. Logiczne konsekwencje były dobrze znane już wcześniej i Dick wiedział, że płaci cenę, na którą wcześniej się zgodził.

Konsekwencje logiczne istnieją już wcześniej

Drugim sposobem dyscyplinowania opisanym w Piśmie Świętym są konsekwencje logiczne. Jest to po prostu sytuacja, w której rodzice informują dziecko o konsekwencjach zaniedbania przez nie swoich obowiązków lub złego zachowania. Na przykład: „Jeśli nie zjesz całego obiadu, nie dostaniesz deseru” albo: „Jeśli nie nakarmisz swojego psa, to i ty nie będziesz jeść.”

Pierwszym przykładem konsekwencji logicznej w Raju są Adam i Ewa. Bóg dał im wszystko, a następnie ostrzegł ich przed jedzeniem owoców z jedynego drzewa, którym było drzewo poznania dobra i zła. Jeśli zjecie jego owoce – powiedział – logiczną tego konsek­wencją będzie to, że „niechybnie umrzecie” (patrz Księga Rodza­ju 2,15-17).

Pokuszona przez węża Ewa zjadła owoc drzewa, później Adam. Gdy Bóg to zobaczył, nastąpiły konsekwencje tego faktu. Adam i Ewa zostali odtąd poddani śmierci i trudnościom, takim jak ból przy poro­dzie, zdobywanie chleba w pocie czoła i wygnanie z samego Raju (patrz Księga Rodzaju 3,1-19).

Bóg określił granice, wewnątrz których Adam i Ewa mogli się poruszać, a gdy postanowili je przekroczyć, musieli ponieść tego kon­sekwencje. Bóg nie określił tych granic dopóty, dopóki nie okazał im swojej miłości, zaspokajając wszystkie ich potrzeby – fizyczne, emoc­jonalne, racjonalne, społeczne, seksualne i duchowe. Ustalając owe ograniczenia, Bóg dał Adamowi i Ewie szansę odpowiedzi na jego miłość poprzez okazanie zaufania i posłuszeństwa.

Wychowywanie dzieci opiera się na niemal identycznej zasadzie. Rodzice ponoszą odpowiedzialność za wyznaczenie dzieciom pewnych ograniczeń. Granice te trzeba oprzeć na fundamencie miłości, który musi zostać wcześniej położony. Ustanawiając ograniczenia, czynimy dziecko odpowiedzialnym za własne działania i zachowanie.

Syn marnotrawny odczuł konsekwencje naturalne

Przypowieść o synu marnotrawnym stanowi znakomitą ilustrację konsekwencji naturalnych. Młody człowiek zdecydował się porzucić dom i żyć na własny rachunek, toteż zażądał od ojca przypadającej mu części majątku. Ojciec wiedział, co będzie dalej, mimo to wręczył mu pieniądze i pozwolił chłopcu odejść zdobywać nowe doświadczenia.

Konsekwencje naturalne dały natychmiast o sobie znać i w końcu młody człowiek musiał zadowolić się świńską karmą, bo tylko tyle mu zostało. Kluczem tej przypowieści jest jedno zdanie: „Wtedy zastano­wił się (…)” (Ewangelia według św. Łukasza 15,17). Do refleksji skłoniły chłopca konsekwencje naturalne. Zdecydował się na powrót do domu, do ojca, który zawsze go kochał i akceptował (Ewangelia według św. Łukasza 15,11-32).

Ciekawe, że ojciec nie tylko pozwolił mu odejść, ale dał mu przypadającą na niego część majątku. Wielu ojców pozwala swoim synom odejść, ale ilu z nich daje im majątek do wyrzucenia? Nic z tego! Ojciec syna marnotrawnego nie wahał się ani chwili. Wyżej cenił sobie rozwój jego charakteru moralnego niż bezpieczeństwo finansowe. Zbyt często w naszym społeczeństwie troszczymy się przede wszystkim o finanse, zamiast o rozwój charakteru. Powinniśmy zapytać siebie jako rodziców, jakiego rodzaju znaczące wartości przekazujemy na­szym dzieciom?

Przypominam sobie, jak to posłużyłem się konsekwencjami natu­ralnymi, by przekazać małemu Jonathanowi pewną ważną naukę. Ma­my w domu otwarty kominek znajdujący się na poziomie podłogi. Często martwiłem się o Jonathana, gdy tylko spuściliśmy z niego wzrok, że mógłby sięgnąć ręką do ognia i poparzyć się, nie zdając sobie sprawy z zagrożenia.

Pewnego wieczoru jedliśmy kolację przy świecach. Jonathan chciał dotknąć płomienia świecy i Charlotte chciała go już powstrzy­mać, kiedy powiedziałem jej: „Nie, pozwól mu to zrobić.”

Jonathan wetknął palec w płomień i z krzykiem szybko go wycofał. Nie sparzył się zbyt mocno, wystarczająco jednak dotkliwie, by poznać moc ognia i poczuć przed nim respekt. Ktoś mógłby określić moje zacho­wanie jako okrutne – przecież pozwoliłem Jonathanowi na wsadzenie palca w płomień świecy. Jednak nie można tego tak rozumieć. Lepiej, że poznał ogień w małym płomyku niż w ogromnym płomieniu. Od tego czasu Jonathan czuł respekt przed ogniem, a moje obawy o jego zbliżanie się do kominka prawie przestały mnie prześladować.

Jak rozpoznać rodziców szanujących ?

Dokonaliśmy przeglądu trzech różnych typów wychowania, któ­rych powinniśmy unikać: autokratycznego, pobłażliwego i obojętnego. Idealnym typem wychowania jest typ szanujący, do którego powinniś­my dążyć. Jacy są rodzice szanujący? I co najważniejsze, w jaki sposób rodzice tacy manifestują swój autorytet, oparty na miłości?

O efektywnym wychowaniu opartym na poszanowaniu dziecka napisano już całe tomy. Jeden z ekspertów podkreśla jakiś argument, inny z kolei zaprzecza mu. Najlepiej opisał to w Liście do Efezjan 6,4 św. Paweł: „A [wy], ojcowie, nie pobudzajcie do gniewu waszych dzieci, lecz wychowujcie je stosując karcenie i napominanie Pańskie.”

Co miał na myśli Paweł, mówiąc o „pobudzaniu do gniewu dzie­ci”? Na pewno negatywne sposoby wychowywania. Aby to wykazać, można sparafrazować fragment tego listu następująco: „Nie doprowa­dzajcie swoich dzieci do szału, stosując autokratyczne, pobłażliwe lub dające odczuć obojętność metody wychowawcze. W ich miejsce bu­dujcie pełne miłości, autorytatywne związki oparte na mądrości Słowa Pańskiego.”

Jeszcze prostsza parafraza została już wykorzystana wcześniej:

Reguły bez odpowiedniego podejścia prowadzą do buntu.

No dobrze, a jak rozumieć sugestie św. Pawła zawarte w drugiej części przytoczonego fragmentu: „(…) wychowujcie je stosując karce­nie i napominanie Pańskie”? Jeśli wszystko zawiedzie, w jaki sposób rodzice stosujący zasadę poszanowania dziecka bez rezygnowania ze swojego autorytetu mogą uczyć konsekwencji swoje dzieci? Podstawo­wa zasada brzmi:

Kara za złe zachowanie powinna być niewielka.

Warto pamiętać, że gdy dzieci coś nabroją, jest to zazwyczaj sposób na zwrócenie na siebie uwagi. Oczywiście, nie wolno ignoro­wać złego zachowania dziecka. Trzeba na to zareagować, ale powstaje pytanie – w jaki sposób? Co widzi i słyszy dziecko jako reakcję na swoje złe zachowanie?

Jeśli podniesiemy głos, a nasza twarz poczerwienieje, jeśli dziecku uda się sprowokować nas w inny sposób, to dojdzie do wniosku, że złe zachowanie to najlepszy sposób na ściągnięcie naszej uwagi.

Cała sprawa polega na spokojnym reagowaniu na złe zachowanie dziecka, bez długich wykładów czy wybuchów złości. Ważne, by kara nie była zbyt wielka. Można powiedzieć spokojnym tonem do dziecka, że ten rodzaj zachowania nie będzie tolerowany. Jeśli to konieczne, można odseparować je na jakiś czas od reszty rodziny. Pamiętajmy, o wiele trudniej jest zwrócić na siebie uwagę w samotności. Wysłanie „do kąta” może się wydawać staroświeckie, ale okazuje się, że bardzo dobrze działa na niektóre dzieci.

Zdaję sobie sprawę, że nie ze wszystkimi dziećmi pójdzie tak łatwo. Chociaż jest tutaj mowa o złym zachowaniu, warto sobie uświa­domić, że i dzieci mają prawo do popełniania błędów. Mają prawo do złego zachowania, bo są po prostu dziećmi. Nie róbmy wielkiego szumu wokół ich złego zachowania; postarajmy się raczej o podkreślanie ich właściwych zachowań. Już wiemy, że lepiej przyłapać je na zrobieniu czegoś właściwego, zamiast tropić każde uchybienie. Lepiej najpierw podkreślać pozytywne zachowanie, niż potem eliminować negatywne.

Do osiągnięcia dobrych efektów niezbędny jest pewien system dyscypliny, który stwarza dziecku szanse nauki i dojrzewania. Moim zdaniem, Pismo Święte ukazuje dwa sposoby wpływania pozytywnego. Dopiero ostatnio zostały one „odkryte” przez psychologów. Jeden z nich to „konsekwencje naturalne”, drugi to „konsekwencje logiczne”. Obydwa opierają się na zasadzie przyczyny i skutku.

Grodzone pastwiska są dobre dla owiec… i dzieci

Pewnego dnia wybrałem się na przechadzkę w góry i spotkałem tam pewnego człowieka, który podróżował po Stanach krytym wozem zaprzęgowym. Zatrzymał się niedaleko Julian, by napaść swoje muły na tutejszych łąkach. Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że ma wiel­kie doświadczenie w hodowli zwierząt, zapytałem go więc:

-    Gdzie jest najlepiej wypasać takie zwierzęta, jak pańskie muły?

-    No, z pewnością na grodzonych pastwiskach – odpowiedział bez wahania.

-    Dlaczego?

-     Ponieważ, gdy zwierzęta dostaną się na otwarty teren, czują się zagubione. Mogą zaatakować je drapieżniki. Otwarte tereny są po prostu zbyt niebezpieczne. Jeśli natomiast zapędzi je pan do zagrody, trzeba ciągle je karmić. Nie mogą sobie chodzić i paść się same. Jeśli jednak umieścić je na grodzonych pastwiskach, mają tam wszystko, czego im potrzeba i mogą robić, co im się podoba.

Gdy popędził swoje muły, a wóz ze skrzypiącymi kołami ruszył w dalszą drogę, pomyślałem sobie o fantastycznej analogii słów tego człowieka ze słowami Pisma. Bóg obdarzył nas zielonymi pastwiskami i spokojnymi wodami (patrz Psalm 23). Mimo to ogrodził je – swoim doskonałym prawem wolności i prawdy, które czynią nas wolnymi w Chrystusie (patrz List św. Jakuba Apostoła 1,25; Ewangelia według św. Jana 8,32). Grodzone pastwiska są dobre nie tylko dla bydła; mogą oznaczać również, przez analogię, najlepszy obszar naszego działania wychowawczego wobec dzieci, obszar kultury, która rozgranicza myśle­nie budujące, pełne szacunku i filozofię typu „wszystko jest dozwolone”.

Oto dlaczego Ograniczenia są niezbędne – parametry absolutne, które nadają życiu dziecka stabilność i autorytet. Musi przy tym istnieć równowaga. Dzieci wychowywane pod kontrolą autokratyczną wyka­zywać będą prawdopodobnie następujące cechy: wrogość w stosunku do rodziców, uprzedzenie do starszych, aspołeczne zachowania – zło­dziejstwo, kłamstwo, skłonność do wszczynania bójek i wandalizm, poczucie alienacji społecznej, odrzucenie tradycyjnych wartości moral­nych, nieumiejętność układania sobie dobrych stosunków z innymi ludźmi.

Na drugim biegunie mamy dzieci wychowywane w sposób pobła­żliwy. Wyrasta z nich młodzież niemal nie poczuwająca się do odpo­wiedzialności za swoje zachowanie. Niewielu spośród nich gotowych jest komuś pomóc, poświęcić swój czas na pomoc słabszym kolegom, przystrzyżenie trawnika starszym sąsiadom czy też zrobienie zakupów ludziom chorym, nie mogącym już opuścić domów.

Młodzież wychowana w atmosferze pobłażliwości będzie prawdo­podobnie kultywowała zasady moralne zgoła odmienne od tych, które uznawali ich rodzice. Częściej dopuści się kradzieży, kłamstwa, nad­używania alkoholu, seksu przedmałżeńskiego i narkotyków. Częściej będzie oglądać filmy o tematyce seksualnej i erotycznej. Krótko mó­wiąc, pobłażliwość wzmacnia hedonistyczny i aspołeczny styl życia, w którym nietrudno o tragedię.

Widać zatem wyraźnie, że dziecko potrzebuje jasnych ograniczeń, które powinny jednak zostać zbudowane na miłości.