Archive for the ‘’ Category

Zapiski z ich życia w kalendarzu

Pisałem już o wielu pomysłach, które czynią mnie dostępnym dla moich dzieci. Rów­nie wiele pomysłów mogłaby podpowiedzieć Dottie. Jeden z nich zasługuje na szczegółowy opis. Dottie wchodzi w świat każdego dziec­ka zapisując co miesiąc w kalendarzu najważniejsze wydarzenia z ich życia. Używa takich kalendarzy, gdzie na każdy dzień przypada kilku­centymetrowy kwadracik, w który Dottie wpisuje w skrócie wszystko, co zdarzyło się w danym dniu i jakie miało to znaczenie dla dziecka i pozostałych członków rodziny.

Co roku Dottie kupuje cztery kalendarze, osobny dla każdego dziecka. Szuka takich ilustracji, które kojarzą się z każdym z nich. Na przykład, w pewnym okresie Sean pasjonował się kolarstwem, zatem kupiła kalendarz ilustrowany zdjęciami z wyścigów kolarskich. Ponie­waż teraz Sean pasjonuje się koszykówką, przypadł mu taki właśnie kalendarz.

Kelly, starsza siostra Seana, interesuje się wszystkim, toteż Dottie kupiła dla niej kalendarz z ilustracjami ulubionego sportu nastolatków – zakupów.

Nasza dziesięcioletnia Katie uwielbia konie, nietrudno się zatem domyślić ilustracji w jej kalendarzu.

Mała, czteroletnia Heather lubi koty i w jej kalendarzu każdy mie­siąc ilustrowany jest wizerunkiem coraz to innego kota lub kotki.

Wraz z upływem miesięcy Dottie stara się wypełnić każdy dzień krótkim opisem wydarzeń z życia dziecka. Nie zawsze udaje się jej opisać każdy dzień, ale i tak większość dat każdego kalendarza opat­rzonych jest notatkami.

Czym się teraz pasjonują?

Jeśli naprawdę chcemy wejść w świat swojego dziecka, musimy wiedzieć, czym się w danej chwili pasjonuje. Innymi słowy, co obecnie znajduje się w centrum jego zainteresowań? Podczas pisania tej książki wielkim przeżyciem dziesięcioletniej Katie było chodzenie ze mną na lunch. W ciągu ostatniego tygodnia dwukrotnie zabrałem ją na lunch. Na dowód moich uczuć ofiarowuję jej jedną różę. Pewnego dnia Katie zapytała, czy nie moglibyśmy przejechać się powozikiem konnym. Powiedziałem jej, że zobaczę, co się da zrobić. Nazajutrz wynająłem powozik wraz z woźnicą i podjechaliśmy pod szkołę – akurat w chwili, gdy skończyły się lekcje. Gdy wyszła Katie i ujrzała powozik, z wra­żenia oczy zrobiły się jej okrągłe jak spodki. Wszyscy jej koledzy otoczyli nas szczelnym wianuszkiem, a my odjechaliśmy na lunch. Myślę, że Katie nie zapomni tej przejażdżki.

Dla Seana najważniejsza jest teraz koszykówka. Posłaliśmy go minionego lata na obóz dla koszykarzy i podczas jego nieobecności zleciliśmy wylanie małego betonowego boiska i zbudowanie tablicy z koszem. Kiedy Sean wrócił z obozu, sam nie wiedział, czym bardziej się zachwycać – pobytem na obozie, czy nowym boiskiem, na którym mógł teraz ćwiczyć wszystkie poznane tricki.

Bawiliśmy się razem doskonale, a ja go o wszystko wypytywałem. Co tam przeżył? Jacy zawodnicy tam byli? Kto okazał się najlepszym z nich? To właśnie Seanowi przypadł tytuł najlepszego zawodnika na obozie, mimo że należał do najniższych wzrostem.

-    Tato, nie masz pojęcia jacy wysocy byli niektórzy ci faceci – wykrzyknął Sean.

Porozmawialiśmy więc o koszykówce. W tym wypadku łatwo mi było wejść w świat mojego dziecka, bo w szkole średniej koszykówka była jedną z moich ulubionych dyscyplin, a będąc w drugiej klasie grałem już w drużynie uniwersyteckiej. Niedawno przyszedł do mnie Sean i powiedział:

-    Tato, chyba nie dam rady dostać się do drużyny Julian High, tak jak ty to zrobiłeś…

- Sean, chciałbym byś wiedział, że to nieważne, czy dostaniesz się do drużyny, czy będziesz siedział na ławce rezerwowych, czy też w ogóle nie będziesz grał w koszykówkę – odpowiedziałem. – Mnie chodzi o to, byś uczestniczył w czymś, co lubisz i co będzie ci przyno­siło zadowolenie. To wspaniale, że zdobyłeś tytuł najlepszego zawod­nika na obozie. Byłoby świetnie, gdybyś dostał się do drużyny. Ale najważniejsze dla mnie jest to, że jesteś moim synem i ciebie cenię najwyżej, ponad wszystko inne.

Być bohaterem dla ich kolegów

Staram się przyjeżdżać po dzieci do szkoły po skończonych zaję­ciach. Proponuję wtedy spotkanie i gdzieś się wybieramy. Nie zawsze jesteśmy sami. Pozwalam im zabrać ze sobą jednego kolegę czy kole­żankę, bo pragnę, by moje dziecko widziało, jak zachowuję się wobec jego rówieśników. Chciałbym, by ich koledzy wyczuwali, że jest mi miło w ich towarzystwie. Daje to czasem ciekawe rezultaty! Zdarza się, że przy takiej okazji szybko „wypadam z roli”. Pewnego razu Kelly wraz z koleżanką zaczęły namawiać mnie, bym pozwolił im ułożyć sobie włosy.

-    No nie, chyba nie mówicie tego poważnie – zaprotestowałem.

-    Oj, tato – prosiła Kelly.

Widziałem, że koleżanka Kelly pęka z ciekawości, jak ja na to zareaguję. Czy naprawdę zaryzykuję? W końcu wzięła górę moja próż­ność. Zawsze mówiłem, że chcę być bohaterem, także dla koleżanek mojej córki, no więc czemu nie?

-    Dobrze – powiedziałem. – Możecie ułożyć mi włosy tak, jak chcecie, ale nie wolno wam ich ciąć ani farbować, a poza tym, jak skończycie, pójdziemy wszyscy razem coś zjeść.

-   W porządku – wykrzyknęły.

Przez kolejną godzinę znęcały się nad moimi włosami za pomocą pianek, suszarki i kilku innych rzeczy, o których przeznaczeniu nie miałem pojęcia. Gdy skończyły, moje włosy sterczały każdy w swoją stronę. Wyglądałem jak latający talerz szykujący się do startu na odległą planetę. Zerknąwszy w lustro, zacząłem się poważnie zastana­wiać nad dotrzymaniem drugiej części umowy. Czy naprawdę zdobędę się na wyjście z domu na obiecaną kolację? Mogłem tylko liczyć na to, że nikt mnie nie pozna.

Weszliśmy do miejscowej pizzerii. Byłem w ciemnych okularach, a dziewczęta trzymały się ode mnie w odległości dwóch metrów, by nikt nie pomyślał, że są ze mną! Ludzie przyglądali mi się, ale nikt nie zadzwonił po policję i w sumie dobrze się bawiliśmy.

Dowiedział się o tym Sean, który poczuł się pominięty.

-    Czy mogę razem z moim kumplem ułożyć ci włosy? – spytał.

Spojrzałem na Seana, zastanawiając się nad precedensem, który

stworzyłem.

-  Jutro wieczorem, ale umowa polega na tym, że idziecie potem ze mną gdzieś na kolację.

Następnego wieczoru Sean i jego kumpel pracowali nad moimi włosami przez bitą godzinę i udało im się zrobić z nich coś strasznego. Byli ze swojego dzieła bardzo zadowoleni i, zgodnie z umową, posz­liśmy razem na kolację. Zdecydowałem się pójść do innej restauracji, bo pomyślałem sobie, że w tej samej pizzerii mogłoby mi to po raz drugi nie ujść na sucho.

Dzięki moim szalonym fryzurom zdobyłem sobie w okolicach Julian pewną sławę. Przez kilka tygodni zaczepiali mnie na mieście nauczyciele i inni znajomi, mówiąc mi, że o tym wiedzą. Pękałem ze śmiechu, bo udało mi się w ten sposób osiągnąć zamierzony cel. Moje dzieci i ich koledzy świetnie się ze mną bawili. Rozmawialiśmy, śmialiś­my się i było w sumie fajnie. Zawsze mówiłem, że jestem takim ojcem, który potrafi pójść na całość, no i tym razem w pełni mi się to udało.

Pracujcie nad umiejętnością zadawania pytań

Sporo wysiłku wkładam w takie formułowanie zadawanych dzie­ciom pytań, by stawały się one zaczynem rozmowy. Myślę nad nimi w czasie jazdy samochodem, podczas spacerów albo przy obiedzie. Oto niektóre z tego rodzaju pytań:

-    Gdybyście mogli zmienić naszą rodzinę, co byście zmienili? (Radzę się do takiego pytania przygotować).

-   Gdybyś był ojcem rodziny, co byś zmienił? (Do tego też warto się przygotować!)

-   Co twoim zdaniem powinniśmy zrobić jako rodzina, czego nigdy dotychczas nie robiliśmy?

Warto także przeczytać Księgę Przysłów 15,13 i 17,22, gdzie napisano o szczęściu i smutku, a następnie zadać następujące pytania:

-V- Który moment w twoim życiu był najszczęśliwszy?

Kiedy byłeś najsmutniejszy?

Co daje ci szczęście?

 Co ciebie smuci?

Te pytania także mogą sprowokować ciekawą rozmowę.

Wracaliśmy kiedyś samochodem do domu z wycieczki po ogrodzie zoologicznym. Mieliśmy przed sobą długą podróż i nie chciałem mar­nować takiej okazji. Gdy tylko ruszyliśmy z parkingu, powiedziałem:

-   Dzieci, proponuję grę. Które z widzianych dzisiaj zwierząt naj­bardziej was przypomina i dlaczego?

Przez następne 60 mil mogłem się wraz z Dottie przekonać, co myśli o sobie każde z dzieci. Mała Katie – wówczas trzyipółletnia – powiedziała, że jest misiaczkiem.

-   Dlaczego? – zapytałem.

-    Bo lubię, kiedy ktoś mnie przytula – zaszczebiotała Katie.

Katie siedziała z tyłu, toteż zatrzymałem się, otworzyłem tylne

drzwi i przytuliłem ją tak pięknie, jak tylko umiałem, a potem pojecha­liśmy dalej.

Jeśli nie zaplanujesz, nic się nie wydarzy

Może wam się wydawać, że dla Josha McDowella wszystko to jest łatwe – że jest on kimś w rodzaju supertaty, który z przyjemnością nastawia się na wodne bicze, chodzi tyłem i każdą minutę spędza ze swoimi dziećmi na rozmowach i zabawach. Tak naprawdę to muszę ciągle nad tym pracować, muszę nawet zaplanować tematy rozmów Z dziećmi.

Kiedy spędzam czas z moimi dziećmi, nie chcę liczyć na „samois­tne” porozumienie. Może innym ojcom przychodzi to bez trudu, ale ktoś taki jak ja – ekstrawertyk z tysiącem pomysłów na minutę – musi na siebie uważać. Jeśli nie zaplanuję sobie tematu rozmowy, a nawet szczegółowych pytań, które powinienem zadać moim dzieciom, nic z tego nie będzie.

Na przykład, gdy jadę z jednym z dzieci do Ramona, mógłbym przez całą drogę myśleć tylko o swoich własnych planach – książ­kach, scenariuszach filmowych, programach telewizyjnych, tezach najbliższych wykładów. Mógłbym sobie o tym wszystkim wspania­le myśleć i nie zwracać uwagi na dziecko, które jest ze mną.

Kolejną nauką wynikającą z moich doświadczeń jest to, że jeśli nie zaplanuję odpowiednio czasu, który mam zamiar spędzić z dzieć­mi, nieprzewidziane wcześniej przerwy mogą wszystko zniweczyć. Kiedy wcześniej wszystko sobie ułożę, co i kiedy robić, pomaga mi to wywierać na nie wpływ, skoncentrować się na nich i na tym, co z nimi robię. Wiem, że niektórzy ludzie nie mają najmniejszych problemów z koncentracją uwagi, ale jednak większość te kłopoty ma, zwłaszcza ci zaabsorbowani wieloma sprawami, tzw. ludzie interesu. Domyślam się, że planowanie tego, o czym będziemy roz­mawiać, może sprawiać wrażenie bezduszności. I mnie się tak cza­sem wydaje, ale nie porzucam tego zwyczaju, bowiem jest on wielce pomocny w moich kontaktach z dziećmi.

Spróbujcie chodzić na spacer – tyłem!

Kolejny mój pomysł niekoniecznie musi się podobać, ale należy do gatunku tych, które można sobie po swojemu modyfikować. Czy szliście kiedyś tyłem, rozmawiając ze swoim dzieckiem? Jeśli macie w sobie choćby odrobinę szaleństwa, radzę spróbować, bo to rzeczy­wiście coś niezwykłego.

Mogę sobie tylko wyobrazić, co pomyślą o was sąsiedzi, gdy zobaczą was idących tyłem. Dzieci za tym przepadają. Idziecie tyłem, a wasze dziecko idzie sobie normalnie i na was patrzy. Na początku pełno z tego śmiechu, ale później możecie w trakcie takiego spaceru mówić o poważnych sprawach. Na przykład: „Jezus to światło świata i gdziekolwiek idziemy, On wskazuje nam drogę. On mówi nam wszys­tko o życiu.”

Jeśli chodzenie tyłem niespecjalnie przypada wam do gustu, mo­żecie iść z dzieckiem normalnie i też rozmawiać. Przejdźcie się do sklepu po lody. Jeśli niedaleko jest jakiś większy sklep, przejdźcie się tam po zakupy. Najważniejsze jest to, by:

Zabierać ze sobą dzieci gdziekolwiek się idzie,

aby być razem i ze sobą rozmawiać.

Jak już wspomniałem w jedenastym rozdziale, rzadko robię zaku­py samotnie. Zawsze zabieram moje dzieci ze sobą, dzięki czemu możemy porozmawiać, mogę zapytać co u nich słychać i co sądzą na pewne tematy, o pewnych ludziach i ostatnich wydarzeniach, o których mówiono w telewizji. Czasem muszę pojechać do Ra­mona, miasta odległego o 35 minut jazdy samochodem, położonego u stóp gór. Zawsze biorę ze sobą jedno z dzieci i nie pamiętam takiej podróży, podczas której nie rozmawialibyśmy o czymś interesu­jącym.

Wodna bitwa w niedzielny poranek

Staram się robić z moimi dziećmi to, czego nigdy nie robiłem z moim ojcem, bo on nie miał zwykle na nic ochoty. Może chodzi tu o spełnienie moich dziecięcych marzeń, ale wydaje mi się, że nie ma w tym nic zdrożnego. Na przykład, zawsze chciałem sobie razem z mamą i tatą porzucać woreczkami z wodą, ale nigdy do tego nie doszło. Kilka lat temu, w wielkanocny weekend, zapytałem moje dzie­ci, czy chciałyby się tak pobawić. Nie chciały mi początkowo uwierzyć, że naprawdę mam na to ochotę. Dopiero kiedy zabrałem się do napeł­niania wodą 120 malutkich plastikowych woreczków, zrozumiały, że mówię to poważnie.

Kiedy już wszystkie napełniłem, na podwórko wyszła moja dwójka (było to w czasie, kiedy mieliśmy tylko Kelly i Seana) oraz dwoje ich kolegów. Z ogrodowego węża zrobiłem ogromny krąg. Każ­de z dzieci dostało trzydzieści woreczków z wodą. Sam stanąłem po­środku kręgu. Zasady były proste: dzieci mogły we mnie rzucać tylko pojedynczo – kolejny woreczek można było rzucić dopiero po rozbiciu poprzedniego. Za każde trafienie wypłacałem ćwierć dolara. Jeśli jed­nak złapałem woreczek i trafiłem nim rzucającego, musiał mi oddać dziesięć centów.

Potem nastąpiło 45 minut kompletnego szaleństwa, a przy tym nie pozbawionego związku z Biblią. Kohelet powiada, że jest czas śmiechu i czas pląsów (Księga Koheleta 3,4). Prorok Zachariasz pisze o rodzi­cach, których serca się rozweselą, a „ich synowie będą to oglądać z radością” (Księga Zachariasza 10,7).

Ta wielkanocna bitwa wodna na długo pozostanie w pamięci dzie­ci. A zadaniem bohatera jest dostarczać im również tego rodzaju nie­zapomnianych wrażeń.

Róbcie to na swój, a nie mój sposób

Żeby stać się bohaterem dostępnym dla swoich dzieci, nie trzeba wydawać mnóstwa pieniędzy albo robić coś bardzo skomplikowa­nego czy zaskakującego. Trzeba tylko znaleźć czas dla rodziny. W tym rozdziale podałem kilka przykładów spędzania przeze mnie czasu z moimi dziećmi, niektóre z nich mogą się wam wydać zupeł­nie obce lub sztuczne. Wszystko polega na jednym: spędzam czas z dziećmi na swój sposób. Wy możecie robić to samo – na swój sposób.

Najważniejsze jest to, by czas spędzać wspólnie. Nie trzeba robić czegoś niezwykłego – tak naprawdę, to dzieci chcą robić z nami coś zupełnie zwyczajnego. Musimy tylko zawsze wywiązywać się z dane­go im słowa.

Możemy robić razem z dziećmi cokolwiek,

tylko zawsze wywiązujmy się z obietnic.

Często pytam obecnych na wykładach rodziców, kiedy to ostatni raz wzięli razem z dziećmi śpiwory i poszli spać na trawnik za-domem? Jato już robiłem i wiem, jakie można wtedy prowadzić rozmowy, gdy leży się patrząc na gwiazdy. Wtedy właśnie dzieci się przed wami otwierają i dzielą się swoimi myślami. Było to nasze ulubione zajęcie, kiedy byliśmy przez kilka dni nad morzem.

Staram się wpływać na każde dziecko, będąc z każdym z nich sam na sam. Gdy byliśmy pewnego lata na ranczo, gdzieś głęboko w stanie Idaho (ktoś nam tę podróż zafundował), zapytałem Seana: „Sean, czy chciałbyś się gdzieś wybrać tylko ze mną?”

Sean bardzo się do tego zapalił. Wzięliśmy plecaki, coś do jedzenia i picia i wybraliśmy się na wycieczkę, jak się okazało, pięciogodzinną. Powędrowaliśmy w górę kanionem i dotarliśmy do wodospadu, przy którym mogliśmy się wykąpać, poopalać na kamieniach, coś zjeść i po prostu być razem. Doszliśmy razem do wniosku, że byliśmy pierwszy­mi ludźmi, którzy dotarli w to miejsce. (Wracając, natknęliśmy się na puszki i butelki, które wyprowadziły nas z tego błędnego mniemania.)

Mimo to było wspaniale – pięć godzin, w trakcie których mogłem skoncentrować się na moim synu, który kończył wówczas 10 lat. Wspominam to jako najważniejsze wydarzenie tego lata, do którego nie może się równać żaden Disneyland ani jakiekolwiek, wypełnione wy­szukanymi rozrywkami, wesołe miasteczko.

Wczesne wstawanie to też coś dla bohaterów

Mój plan dnia układał się bardzo różnie w różnych okresach życia. Pracując ostatnio nad ważną dla mnie książką, wstawałem o drugiej nad ranem i pracowałem do szóstej rano. Budziłem wtedy dzieci, które wskakiwały ze mną do łóżka, by się trochę posiłować, pogadać i omó­wić plan rozpoczynającego się dnia. Potem wszyscy się ubieraliśmy, jedliśmy śniadanie i odwoziłem dzieci do szkoły.

Przyjąłem przez dłuższy czas swoisty rytuał, który starałem się, w miarę możności, utrzymać. Robiłem to zawsze po powrocie do domu z każdej dłuższej podróży. Zaraz następnego dnia przyjeżdżałem do szkoły po dzieci około 14 i wszyscy wybieraliśmy się gdzieś na miasto na całą godzinę. Potem, przez kolejne cztery dni, jeździłem gdzieś z każdym pojedynczo na godzinne wyprawy do miasta – na jogurt, lody czy cokolwiek, na co miały ochotę. Zawsze trwało to przynajmniej przez godzinę, w trakcie której robiliśmy to, co dziecko proponowało. Czasem przyłączało się do nas dziecko z grona ich kolegów.

Wielu rodziców będzie zachodzić w głowę, w jaki sposób na te wieczory, poranki i popołudnia z dziećmi znajduję czas. Nie stosuję się do jakiegoś jednego schematu. Opisałem tutaj pewne zwyczaje, które kultywowałem na różnych etapach naszego życia. Wiele zależało od moich planów, jak i od tego, w jakim akurat wieku były dzieci. Na przykład teraz, kiedy Kelly i Sean są w szkole średniej, Katie w szkole podstawowej, a Heather w przedszkolu, muszę zaspokajać potrzeby każdego z nich w inny sposób.

Każda rodzina jest inna, odmienne są też zwyczaje i rozkład zajęć w poszczególnych rodzinach. Ponieważ wiele czasu spędzam poza domem, muszę „nasycić” odpowiednio swoje dzieci, kiedy tylko jestem w domu. Pojawia się tutaj problem Dottie, która odnosi wrażenie, że ją zaniedbuję, poświęcając cały czas dzieciom. Staram się zatem i ją nieco „nasycić”. Udaje mi się jakoś wszystko to pogodzić. Mogą być boha­terem dla żony i dzieci. Mogą znaleźć czas dla rodziny -jeśli tylko chcą. Przy okazji przekonałem się, że wychowywanie dzieci może być niezwykle pełnym i w najwyższym stopniu satysfakcjonującym uczu­ciowo doświadczeniem.

Nasze motto: „wcześnie chodzić spać”

Jestem przekonany, że nasze pozostałe dzieci odpowiedziałyby podobnie jak Sean na pytanie o to, czego u taty nie lubią. Rzeczy­wiście, sporo podróżuję. Przez te wszystkie lata starałem się to nadrabiać. Po pierwsze, zabierałem rodzinę ze sobą, gdy tylko to było możliwe, zwłaszcza latem. Dzięki temu spędzaliśmy wiele czasu razem. Po drugie, gdy Kelly i Sean, moje najstarsze dzieci, byli jeszcze mali, przyjąłem metodę, która wielu osobom wydawała się dziwna. Otóż bez względu na to co się działo, czy mieliśmy gości, czy ktoś dzwonił, przepraszałem wszystkich i szedłem położyć je spać.

Jeśli spodziewaliśmy się gości, z góry zapowiadaliśmy, że „około 1830 lub 1900 Josh będzie zajęty”. Mówiliśmy wszystkim, by „nie dzwonili do Josha pomiędzy 18 a 2100, bo ten czas przeznacza dla dzieci.”

Gdy tylko byłem w domu, robiłem wszystko, by te dwie i pół godziny poświęcić Kelly i Seanowi. Spytacie teraz, co robiła w tym czasie Dottie? Ano przeważnie pozwalała sobie na bardzo jej potrzebny odpoczynek. Z pewnością nań sobie zapracowała, skoro męża tak częs­to nie było w domu! (Nie zmieniło się to specjalnie do dzisiaj.)

Cóż takiego robiłem wieczorami z dziećmi? Czasem szliśmy po prostu na spacer, czytaliśmy książkę albo siłowaliśmy się na podłodze. Jedną z naszych ulubionych rozrywek była zabawa biczami wodnymi, które mieliśmy zainstalowane w łazience. Był to specjalny prezent od naszych przyjaciół. Bardzo często wskakiwałem z dzieciakami pod te bicze, a później przyłączała się do nas Dottie. Pewnego razu napełni­liśmy ogromny pojemnik popcornem i strumieniem wody rozprowa­dziliśmy go po całej łazience. Było go wszędzie pełno, a my dokazy­waliśmy do woli. Dzieci wspominały to przez następne kilka miesięcy, a ja słyszałem od wielu nauczycieli i rodziców o naszych „kukurydzia­nych biczach wodnych”.

Siedząc pod biczami wodnymi, oglądaliśmy czasem telewizję, nasz ulubiony program Family Feud (Rodzinna wendeta). Dzieci ciągle porównywały, czy nasza rodzina mogłaby wygrać z uczestniczącymi w tych teleturniejach dwiema rodzinami.

Zgoda, moje „chodzenie spać” między 18 a 19 może trochę dziwić, trudno zaprzeczyć. Obawiam się, że parę osób poczuło się wskutek tego obrażonych, a przynajmniej zaczęło się zastanawiać, czy jestem aby w pełni poczytalny. Dostawałem też takie listy, w których pisano, że „bardzo pouczające było dla nas to, że w twoim domu chodzi się spać tak wcześnie, razem z dziećmi”. Z kolei pewien student napisał: „Wiele two­ich wykładów słyszałem, ale największe wrażenie zrobiło na mnie to, gdy powiedziałeś po prostu: «Przepraszam, dzieci i ja idziemy spać».”