Archive for the ‘Bez odpowiedniego podejścia zasady nic nie znaczą’ Category

Święty Paweł też wiedział coś niecoś o dzieciach

Uczeni toczą spory o to, czy apostoł Paweł był żonaty. Nie ma jednak wątpliwości, że sporo wiedział o wychowywaniu dzieci. W Liście do Kolosan 3,20 św. Paweł powiada, z czym zgadzają się z pewnością wszyscy rodzice: „Dzieci, bądźcie posłuszne rodzicom we wszystkim, bo to jest miłe w Panu.” Co motywuje dzieci do okazywania posłuszeństwa rodzicom? Zaraz w następnym wersecie Paweł dodaje: „Ojcowie, nie rozdrażniajcie waszych dzieci, aby nie traciły ducha.”

Czy kiedykolwiek znaleźliście się w takim stanie? Czy wydaje się wam, że rozdrażnienie to stan odczuwany jedynie przez dorosłych? Rozdrażnić oznacza „rozzłościć, zirytować; doprowadzić do utraty cierpliwości; rozjątrzyć”. Jakie są tego skutki? Dzieci mogą stracić ducha. Mówią sobie wówczas: „Po co się starać? Bez względu na to co zrobię – i tak zawsze jest źle. Jeśli moi rodzice sądzą, że jestem taki zły – równie dobrze mogę stale się tak zachowywać!”

Jak zatem nie rozdrażniać dzieci? Czy mamy odrzucić wszelkie zasady i pozwolić dziecku szaleć? Nie, to przyniosłoby gorsze skut­ki, bowiem dziecko uznałoby, że w ogóle nam na nim nie zależy. Paweł odpowiada na to w Liście do Efezjan 6, nawiązując do cyto­wanego wcześniej Listu do Kolosan. Uważa, że dzieci powinny okazywać rodzicom posłuszeństwo, bowiem jest to sprawiedliwe, i jeszcze dodaje: „Czcij ojca twego i matką – jest to pierwsze przy­kazanie z obietnicą – aby ci było dobrze i abyś był długowieczny na ziemi.”

I dalej: „A [wy], ojcowie, nie pobudzajcie do gniewu waszych dzieci, lecz wychowujcie je stosując karcenie i napominanie Pańskie!” (List do Efezjan 6,1-4).

Same reguły nie wystarczą. Gdy staniemy się w końcu policjanta­mi, i nasze dzieci ujawnią wiele negatywnych reakcji. Gdy jednak okażemy pełną miłości akceptację, docenimy dzieci podpierając się uczuciem i poświęcimy im więcej czasu, to spotkamy się z ich strony z pozytywnym odzewem. Można to wyrazić w formie równań:

Zasady – Wzajemne Stosunki = Bunt

Zasady + Wzajemne Stosunki = Pozytywna Odpowiedź

Rodzice zadają sobie bezustannie to samo pytanie: „Jak mogę dojść do tego rodzaju wzajemnych stosunków z moimi dziećmi? Kiedy mó­wię «nie», patrzą na mnie jak na wilkołaka, a nie bohatera. Gdzie tkwi błąd?”

Zamiast roztrząsać popełnione błędy, lepiej popatrzmy, w jaki sposób postępować właściwie. W kilku następnych rozdziałach zasta­nowimy się nad treścią bezwarunkowej akceptacji. Dzieci pozbawione takiej akceptacji rodziców tracą właściwą samoocenę i pozytywny obraz siebie samego. A jak przekonać dzieci o naszej miłości, którą obdarzamy je niezależnie od ich zachowania? Trzeba zacząć od powo­łania się na źródło wszelkiej akceptacji – od Boga.

Biblia ustanawia wiele reguł!

Myślę, że warto zapamiętać, iż reguły bez odpowiedniego podejś­cia prowadzą do buntu. Dzieci nie stosują się do reguł; można jednak wywrzeć na nie wpływ odpowiednim podejściem. „Słuchaj no, Josh – powiadają niektórzy rodzice – chcemy żyć według wskazań Pisma Świętego. Stanowi ono wiele reguł. Weźmy choćby Dziesięć Przy­kazań.”

Warto jednak zwrócić uwagę na to, że nawet Dziesięć Przykazań ustanowiono w kontekście stosunków Boga z Jego ludem. Bóg wiedział, że samo Prawo byłoby zbyt wielkim ciężarem do udźwignięcia. Nadzieja na uratowanie Izraelitów opierała się nie na gorliwym ich podporządko­waniu się Dziesięciu Przykazaniom, ale na ich stosunku do Pana.

Gdy Izraelici stali u granic Kanaanu rozważając, czy wkroczyć i podbić ten kraj, czy wycofać się, zwrócił się do nich Mojżesz. Przypomniał im dzień, w którym rozgniewali Pana, gdy otrzymywał na Górze Synaj tablice z Dziesięcioma Przykazaniami. Przypomniał im, jak ucztowali pod jego nieobecność, jak poprosili Aarona o spo­rządzenie złotego cielca, a potem tańczyli wokół niego w pijackiej orgii, jak po swym powrocie rozbił tablice z Dziesięcioma Przyka­zaniami i spędził trzydzieści kolejnych dni i nocy na modlitwie, wstawiając się za swoim buntowniczym ludem. Przypomniał, jak Pan wysłuchał modlitw i poniechał kary, jak nakazał mu wykuć nowe kamienne tablice, na podobieństwo poprzednich, i przynieść je na górę, gdzie Pan sam chciał na nich ponownie wypisać Dziesięć Przykazań.

W końcu Mojżesz rzekł: „A teraz, Izraelu, czego żąda od ciebie Pan, Bóg twój? Tylko tego, byś się bał Pana, Boga swojego, chodził wszystkimi Jego drogami, miłował Go, służył Panu, Bogu twemu, z całego swojego serca i całej swej duszy, strzegł poleceń Pana i Jego praw, które ja ci podaję dzisiaj dla twego dobra” (patrz Księga Powtó­rzonego Prawa 10,12-13).

Chociaż Izraelici byli tak buntowniczo nastawieni, Bóg odnosił się do nich zawsze jak kochający ojciec, czyniąc wszystko „dla ich dobra”. Dziesięć Przykazań przekazano im jako zabezpieczenie i błogosła­wieństwo, a nie brzemię. Chociaż Prawo jest doskonałe (Księga Psal­mów 19,7), stało się wychowawcą (List do Galatów 3,24) wykazują­cym każdemu jego niedoskonałości. Jednak dzięki miłości możemy pragnąć wypełnienia Prawa (List do Rzymian 13,10).

Wielu rodziców przekonanych jest, że ustalając zasady i przepisy dla swoich dzieci – zwłaszcza nastolatków – czyni to „dla ich dobra”. Niestety, w rozumowaniu tym brakuje istotnego czynnika – właściwe­go ułożenia wzajemnych stosunków. Na nic zda się mówienie dzie­ciom, że robi się coś „dla ich dobra”, jeśli rzadko okazujemy im akceptację bez żadnych wymagań, dzięki której zyskują poczucie bez­pieczeństwa, jeśli nie doceniamy ich tak często, jak na to zasługują, a co nadaje im poczucie ważności i odczuwają, że są kochane. Jeśli poświę­camy dzieciom mało czasu i odmawiamy im poczucia ich własnej wartości, trudno oczekiwać, by z otwartymi ramionami przyjęły usta­lone przez nas zasady. Co więcej, możemy spodziewać się raczej buntu z ich strony.

Przychodzi do mnie wielu rodziców nastolatków sprawiających kłopoty, których źródłem są narkotyki, aktywność seksualna, przestęp­czość i wszystkie inne nieszczęścia. Przeżywają je bardzo i pytają: „Co mamy teraz robić?”

Mówię sobie wtedy, że dobrze byłoby móc porozmawiać z nimi jeszcze przed narodzeniem się ich dzieci, czy choćby wtedy, gdy były małe. Jest to najlepszy moment do zbudowania wzajemnych stosun­ków, których efekty uzyskuje się w okresie późniejszym. Z nastolatka­mi jest już znacznie trudniej, chociaż nigdy nie jest za późno. Budowa­nie wzajemnych stosunków zająć może cztery, pięć lat, a dzieje się to w najtrudniejszym dla nastolatka okresie jego życia. Jest to jednak możliwe. Pamiętajcie:

Nigdy nie jest za późno na zbudowanie wzajemnych stosunków.

Trudno powiedzieć „nie”, ale warto

Innym razem Kelly poszła na przyjęcie, odbywające się w domu jednego z kolegów z okazji ukończenia ósmej klasy. Wieczorem Kelly zadzwoniła mówiąc, że chciałaby zostać na całą noc. Wysłu­chałem jej prośby do końca i zadałem kilka pytań. Kelly przyznała, że na dalszej części wieczoru będą także chłopcy, nie mogła też z całym przekonaniem powiedzieć, że nie będzie tam picia alkoholu. Kiedy wymieniła imiona chłopców, którzy mieli zostać dalej na przyjęciu, imię jednego z nich skojarzyłem sobie w negatywnym kontekście. Znany był z tego, że pił alkohol, chociaż, tak jak Kelly, miał dopiero 14 lat.

Po wysłuchaniu Kelly powiedziałem: „Nie, Kelly, nie powinnaś zostać. Chciałbym widzieć cię w domu o dziesiątej.”

W ciągu następnych trzydziestu minut Kelly dzwoniła jeszcze trzy razy. W pewnej chwili zaczęła płakać i wtedy pojąłem w czym rzecz. Czworo czy pięcioro chłopców i dziewcząt chciało także zostać na noc, ale wszyscy oni musieli uzyskać zgodę swoich rodziców, którzy uza­leżniali ją od tego, co powie ojciec Kelly McDowell.

Było jasne, że cała paczka mocno naciskała na Kelly. Zaczęła przekonywać mnie, że nie powinienem się o nic martwić. W domu będą także rodzice, będzie pełno dzieci i nikt nie będzie mógł zaszyć się gdzieś na osobności.Wiedziałem, że Kelly mówi to, co podpowiadali jej koledzy. Obstawałem jednak twardo przy swojej decyzji.

„Przykro mi Kelly, ale musisz wracać do domu. Może wahałbym się, gdybyś była już w szkole średniej, ale i tak powiedziałbym «nie». Przecież idziesz dopiero do dziewiątej klasy. Sądzimy z mamą, że takie całonocne, koedukacyjne imprezy to niezbyt dobry pomysł.”

Odłożyłem słuchawkę, słysząc jej szlochanie. Nie chciałem spra­wiać jej przykrości, ale byłem przekonany o słuszności takiej decyzji.

Gdy Kelly wróciła później do domu, zbudziła nas dziękując za takie postawienie sprawy.

„Tatusiu – powiedziała – tak naprawdę to nie chciałam zostać, szczególnie gdy odmówiłeś, a dziewczyny zaczęły na mnie naciskać. Dziękuję, że mi pomogłeś.”

Gdy muszę wraz z żoną obstawać twardo przy swoim zdaniu i czegoś odmawiać, nasze dzieci często są nam wdzięczne za przywią­zanie do pewnych zasad i ich przestrzeganie. Takie same sprawy prze­żywała także rodzina Dicka. Pewnego razu jego szesnastoletni syn Jonathan zapytał go, czy może pójść na przyjęcie, o którym słyszało się tu i ówdzie, że późno wieczorem zaczyna się tam popijanie. Dick odpowiedział mu: „Nie, Jonathanie. Nie chcę kryć później tych nieprzy­jemnych historii.” Jonathan dziękował mu za tę decyzję.

Twarde obstawanie rodziców przy swoim daje, moim zdaniem, podwójną korzyść. Po pierwsze, pomaga dzieciom w kontaktach z ich paczką, bo mogą zawsze powiedzieć: „Niestety, moi rodzice na to nie pozwalają.” Po drugie, i najważniejsze, uświadamia im to, że istnieją wartości i zasady, których nie można pominąć albo potraktować kom­promisowo.

Nie twierdzę, że nasze dzieci zawsze przyjmują nasze decyzje z wdzięcznością czy entuzjazmem. Zdarza się, że nasza odmowa nie wywołuje zadowolenia. Ogólnie jednak rzecz biorąc, przestrzegają one pewnych reguł nie kierując się strachem czy obłudą, tłumiąc przy tym swój wewnętrzny bunt. Podporządkowują się regułom ze względu na istnienie pomiędzy nami odpowiednich stosunków, wypracowanych od najwcześniejszych lat ich życia.

Kiedy „trójka” jest naprawdę „piątką”

Najlepszym punktem wyjścia do zbudowania solidnych stosunków z dziećmi jest przekazanie im naszych wartości i skłonienie do stoso­wania ich w praktyce. Kilka lat temu Kelly dostała na lekcji historii trójkę z klasówki. Bardzo to przeżyła, ponieważ była uczennicą piątko­wą. Wielkość wydarzenia zrozumiałem jednak dopiero wtedy, gdy opowiedziała mi całą historię.

Okazało się, że jeden z nowych uczniów w klasie pisał tę samą klasówkę z historii dwa tygodnie wcześniej w poprzedniej szkole i zatrzymał sobie pytania. Udostępnił je wielu kolegom, ale gdy zapro­ponował je Kelly, odmówiła twierdząc, że swoje stopnie chce zawdzię­czać jedynie sobie.

Kelly bardzo starannie się przygotowywała i po klasówce powie­działa mi: „Tatusiu, to był najtrudniejszy dla mnie sprawdzian z dotych­czasowych. Obawiam się, że nie najlepiej mi poszło.”

Podano oceny i, jak można się było tego spodziewać, Kelly dostała zamiast piątki trójkę. Trzech innych piątkowych uczniów w klasie wypadło jeszcze gorzej od Kelly, otrzymując trójki z minusem albo dwójki. Dwóch trójkowiczów dostało piątki, co zaskoczyło wszystkich. Byli to naturalnie ci, którzy wcześniej znali pytania.

Jednak dla mnie i Dottie trójka otrzymana przez Kelly była piątką. Byliśmy dumni z jej samodzielnej decyzji – dostała uczciwą trójkę za najtrudniejszą w jej życiu klasówkę. Co najważniejsze, dostała trójkę nie dlatego, że została przez nas do tego zmuszona, ale podporządko­wała się zasadom własnym, wewnętrznym – uczciwości i pogodzeniu się z oceną, na jaką sobie zasłużyła.

U nas się sprawdziło – sprawdzi się i u was

W moich słowach skierowanych do Chrisa nie było nic z magii ani tzw. ingerencji niebios. Każdy może zastosować zdroworozsądkowe i proste nauki biblijne. Wraz z Dottie wiemy, że to się sprawdza nawet w odniesieniu do naszych dzieci (!).

Kilka lat temu zdecydowaliśmy, że najlepszym miejscem do wy­chowania naszych dzieci będzie małe miasteczko w Kalifornii, położo­ne około 100 mil na wschód od San Diego, na skraju Cleveland National Forest. W tak małej społeczności wszyscy się znają i trudno cokolwiek ukryć przed sąsiadami. Od samego początku w środowisku tym wie­dziano, że trzymamy nasze dzieci w posłuszeństwie. Przestrzegamy określonych zasad, szanując przy tym argumenty drugiej strony.

Na przykład, zawsze wiedzieliśmy, jakiej muzyki słuchają nasze dzieci i na jakie chodzą koncerty i filmy. Okazało się, że inni rodzice w miasteczku zaczęli polegać na naszym zdaniu. Ich dzieci pytały, czy mogą pójść na jakiś koncert. W odpowiedzi często słyszały: ,Jeśli pójdą Sean lub Kelly McDowell, to i wy możecie pójść.” Wtedy nasze dzieci pytały: „Tatusiu, moi przyjaciele mówią, że będą mogli pójść na ten koncert, jeśli my będziemy mogli pójść – czy możemy?” Czasem nasza odpowiedź była twierdząca, przeważnie jednak nie pozwalaliś­my. Byliśmy przy tym świadomi wielkiej odpowiedzialności, bowiem nasza decyzja dotyczyła w rezultacie także innych dzieci. Nie chcieliś­my okazać się tymi „złymi rodzicami”, którzy odmawiają dzieciom rozrywek.

Pewnego razu, po przejściu Seana do nowej klasy w szkółce niedzielnej, doszły nas słuchy, że jego nauczycielka wygłasza kry­tyczne uwagi na nasz temat – zwłaszcza o mnie. Była to córka wędrownego kaznodziei, który nigdy nie miał dosyć czasu dla swo­ich dzieci, a szczególnie dla niej, najstarszej w rodzinie. Pani ta wzrastała w przekonaniu, że ktokolwiek parający się zajęciem węd­rownego kaznodziei, którym przecież jestem, nie może mieć dob­rych stosunków w rodzinie. Było to jakby przeniesienie jej dziew­częcych problemów na nas i niewiele mogliśmy na to poradzić, chociaż było to dla nas bardzo przykre.

Jedynym, który uczynił coś w tej sprawie, był Sean, nasz syn. Jego opowieści o mnie, Dottie i siostrach, o prawdziwych stosunkach panu­jących w naszej rodzinie uświadomiły jej, jak bardzo się myli. W końcu przyszła do nas z przeprosinami i została bliską znajomą.

„Nigdy nic z nami nie robisz”!

Pewien zaprzyjaźniony pastor doświadczył we własnej rodzinie konsekwencji niestosowania tej zasady. Przypadkowo spotkanego Chrisa spytałem, jak radzi sobie w swoim dużym kościele, położonym niedaleko od mojego domu.

-Wydaje mi się, że wszystko jest w porządku – odrzekł jakby nieco nieobecny Chris.

Sposób, w jaki odpowiedział, wzbudził we mnie jednak podejrze­nie, że nie wszystko chyba układa się aż tak znakomicie.

-     Powiedz mi, Chris, czy naprawdę wszystko jest w porządku? Czy masz czas dla rodziny – dla żony i dzieci ?

Wtedy dopiero usłyszałem od niego prawdę. Akurat kilka dni temu jego siedemnastoletnia córka powiedziała mu:

-   Tato, nigdy nie chciałabym być zaangażowana w pracę duchową.

-    Dlaczego, złotko? – spytał.

-    Przecież ciebie… nigdy nie ma w domu – wypaliła dziewczyna. Nigdy nic z nami nie robisz.

Po tym przypadkowym spotkaniu postanowiłem pojechać do Chri­sa. Rozmawialiśmy ponad trzy godziny. Podczas rozmowy powiedział mi o swoich planach zmiany pracy – miał wkrótce objąć stanowisko w administracji, na drugim krańcu kraju. Stwierdził, że wtedy będzie mógł więcej czasu poświęcić dzieciom.

-     To nieprawda – powiedziałem mu. – Musisz zacząć od zaraz. Wieczorem jesteś w domu tylko dwa dni w tygodniu, do tego umawiasz się z córkami po szkole, co daje godzinę tygodniowo na każdą z dziew­czynek. Chris, jeśli nie zmienisz tego natychmiast, nie zmienisz tego nigdy i stracisz rodzinę. A jeśli nie potrafisz tego zmienić, porzuć służbę duchowną.

Chris spojrzał na mnie z zaskoczeniem, niemniej jednak obiecał spróbować. Przed wyjściem przedstawiłem mu w zarysie pozostałe elementy planu „Sześć zasad wychowania pozytywnego”, podkreślając przy tym, że może być on skuteczny jedynie przy pełnej gotowości rodziców do jego przeprowadzenia.

Trzy miesiące później, robiąc zakupy, spotkałem panią z parafii Chrisa. Nie mogąc powstrzymać entuzjazmu, podbiegła do mnie, mó­wiąc:

-   Nie wiem, jak dziękować za to, co uczynił pan dla naszej parafii!

-   Nie rozumiem – odpowiedziałem zaskoczony. – Nie miałem tam wykładów od trzech lat.

-    Ależ skąd, miał pan – poprawiła mnie. I opowiedziała mi, jak Chris wrócił do domu i wcielił w życie wszystko to, o czym mu wów­czas mówiłem. Gdy tylko zaczął więcej przebywać z rodziną, jej człon­kowie od razu poczuli się akceptowani, doceniani i kochani. Po raz pierwszy Chris okazał się obliczalny w opinii żony i dzieci, odzyskał autorytet jako głowa rodziny, i to dlatego, że oni tego pragnęli. Nastą­piła poprawa, gdy Chris zaczął stosować „Sześć zasad wychowania pozytywnego”. Opowiedział potem wiernym w swoim kościele całą tę historię, co wywarło na nich wielkie wrażenie. Wielu rodziców zaczęło go naśladować.

Nie możemy zrzucać winy za nasze błędy na kulturę

Trudno dzisiaj dziwić się pojawieniu tak ogromnej liczby małych buntowników – dzieci wyalienowanych, wściekłych, cynicznych i sa­motnych. Droga mamo i drogi tato, powinniśmy uświadomić sobie, że problem nie leży ani w czasach, ani w kulturze. Możemy usiłować w ten sposób tłumaczyć własne słabości, ale właściwe przyczyny tkwią głębiej – w naszych rodzinach.

Gdy rodzice usiłują ustalić pewne reguły, nie kształtując uprzednio dobrych stosunków z dziećmi, wywołuje to oczywiście bunt. Czasem przybiera on formę otwartą, łatwą do zauważenia w reakcjach dziecka, ale chyba częściej mamy do czynienia z buntem ukrytym. Dziecko wydaje się być posłuszne, a tymczasem wykształca w sobie wiele urazów i pretensji, a także zniekształcony obraz samego siebie i poczu­cie małej wartości.

W każdej kulturze na świecie spotykamy się z prawdziwością re­guły „Zasady nic nie znaczą bez odpowiedniego podejścia”. Brałem ostatnio udział w spotkaniu na Filipinach, w którym uczestniczyło ponad 600 duchownych i ich świeckich współpracowników. Na koniec rozmawiałem z ponad 200 osobami. Z rozmów tych wyłoniła się kwes­tia najistotniejsza, którą obrazuje historia opowiedziana przez pewnego ojca rodziny. Jego troje dzieci – w wieku 17, 16 i 10 lat – uznano za „najgorsze dzieci w parafii”, a wszystkie buntowały się w różny spo­sób. Ojciec ten zwrócił się do mnie z prośbą o radę.

-    Zapomnij o regułach – powiedziałem.

-    Co takiego? – spytał z niedowierzaniem. – Przecież wszyscy oni naruszają wszelkie reguły. Nic sobie z nich nie robią.

-    Rozumiem w czym rzecz – odpowiedziałem mu – ale powtarzam, zapomnij o egzekwowaniu reguł. Wybierz sobie pewne sugestie poda­ne podczas wykładu i rozpocznij budowanie nowych stosunków. I tak w końcu nie masz nic do stracenia.

Jedną z głównych myśli przekazanych rodzicom z Filipin było zwiększenie ilości czasu poświęcanego dzieciom. Jak przekonamy się dalej, z deklarowania dzieciom naszej miłości czy akceptacji nie będzie pożytku, jeśli niewiele będziemy z nimi przebywać. Dzieci bardzo szybko zorientują się, że je okłamujemy. Nie zapominajmy: „Nigdy nie starajmy się oszukać własnego dziecka.”

Bez odpowiedniego podejścia zasady nic nie znaczą

Dzieci nie stosują się do reguł; można jednak wywrzeć na nie wpływ odpowiednim podejściem. To prawda, że można zmusić dzieci do grzecznego zachowania poprzez egzekwowanie pewnych zasad. Stosując rygor, można do pewnego momentu utrzymać dzieci w ry­zach, ale droga ta niekoniecznie prowadzi do uzyskania właściwych zachowań, które będą nacechowane miłością i posłuszeństwem. Można natomiast doprowadzić do sytuacji, w której dzieci wydają się pozornie posłuszne, ale wewnętrznie odczuwają strach, frustrację i gniew. Dla­tego też rodzice, którzy chcą zostać bohaterami dla swoich dzieci, muszą być świadomi tego, że:

Reguły bez odpowiedniego podejścia prowadzą do buntu.

Jest to spostrzeżenie bardzo przydatne i dotyczy wszelkich reguł. Jeśli nie uda się nam ułożyć stosunków z dziećmi opartych na miłości i akceptacji, jest bardziej niż pewne, że prędzej czy później zaczną się kłopoty. Już Biblia ostrzega rodziców przed prowokowaniem lub draż­nieniem dzieci (patrz List do Efezjan 6,4 i List do Kolosan 3,32). Z treści tych wersetów wynika, że stosowanie zasad bez odpowiednie­go podejścia niemal na pewno wywoła u dziecka negatywne reakcje.

W ciągu ostatnich 15 lat poruszaliśmy ten temat w rozmowach z wieloma rodzicami na całym świecie. Wszędzie poznawaliśmy rodzi­ny, w których dzieci buntowały się, a rodzice odchodzili od zmysłów, nie potrafiąc odpowiednio na to zareagować. Najłatwiej zrzucić winę za ten stan rzeczy na czasy i kulturę, w których żyjemy. Oglądanie telewizji, filmów i słuchanie tak głośnej muzyki rockowej w dużych dawkach oczywiście nie może budująco wpływać na nasze dzieci.

Wszystkie te elementy mają, naszym zdaniem, szkodliwy wpływ na rodzinę. Dzieci wzrastają w kulturze nieprzychylnej rodzinie; moż­na wręcz powiedzieć, że wiele składników współczesnej kultury stano­wi śmiertelne zagrożenie dla życia rodzinnego.