Archive for Maj, 2012

Zniknęła moja ojcowska schizofrenia

Z jednej strony próbowałem zaakceptować moje dzieci, z drugiej jednak karałem ja za przewinienia, aż w końcu popadłem w swojego rodzaju schizofrenię! Wszystko to jednak na szczęście minęło, gdy odwróciłem hierarchię ważności. Zamiast skupiać się na błędach, za­cząłem świadomie zwracać uwagę na właściwe postępowanie dzieci. Postanowiłem dostrzegać codziennie przynajmniej dwa pozytywne zachowania u każdego dziecka, a następnie nie zapomnieć pochwalić go za to. Nie wiem, czy dzieci natychmiast zauważyły moją „nagłą przemianę”, ale dla mnie była ona wyraźna. Całkowicie zmienił się mój sposób patrzenia na wychowanie.

Na przykład, gdy Kelly uczyła się czegoś, mówiłem: „Kochanie, bardzo ładnie się uczysz.” Widząc wyrzucającego śmieci Seana, mó­wiłem mu: „Dziękuję ci Sean, że pamiętałeś o śmieciach.” Gdy Katie zbierała swoje zabawki, mówiłem jej: „Katie, słoneczko, to miło wi­dzieć, jak dbasz o swoje zabawki.”

Poza tym wykorzystywałem taki moment, w którym wszystkie dzieci znajdowały się w jednym pomieszczeniu – na przykład w dużym pokoju – stawałem wówczas wśród nich i wygłaszałem „kazanie poch­walne”. Najpierw w pamięci robiłem wykaz piętnastu lub dwudziestu faktów godnych pochwały u moich wszystkich dzieci. Dzieliłem je tak, by na jedno z nich przypadało po cztery-pięć i wyznaczałem na mowę pochwalną trzy minuty.

To małe ćwiczenie pomagało mi w uświadomieniu sobie, jak bar­dzo mogę chwalić moje dzieci oraz w znalezieniu odpowiedniej poch­wały w odpowiedniej chwili. Problem nie leży bowiem w tym, czy umiemy dostrzec u naszych dzieci rzeczy warte pochwały, lecz w takim zaprogramowaniu siebie, by przekazywać dzieciom to, że zauważamy ich działania – by rzetelnie chwalić je za czynione starania.

Podczas rozmów z rodzicami przywiązanymi do takiego modelu wychowania, który i ja niegdyś wyznawałem, często słyszę: „No dob­rze, dziecko powinno robić pewne rzeczy. Po co więc chwalić je za coś tak normalnego, jak wyrzucenie śmieci?”

Odpowiadam wtedy tak: „A czemu nie? A jak wy odbieracie pochwały w swoim miejscu pracy?”

Każdemu jest miło usłyszeć od szefa: „Podoba mi się sposób przeprowadzenia przez pana tej transakcji.” Każdemu miło jest usły­szeć od całej rodziny po ugotowaniu dobrego posiłku: „To było wspa­niałe – nigdy czegoś tak pysznego nie jedliśmy!” A są to przecież rzeczy, które powinniśmy robić.

Chętny do krytyki – niechętny do pochwał

Tego rodzaju podejście było aż nadto wyraźne w moim postępo­waniu. Siedziałem na przykład w gabinecie pogrążony w pasjonującej lekturze, gdy przychodziła Dottie, mówiąc:

-     Kochanie, właśnie przyszedł Sean i przyniósł w dzienniczku same piątki.

-     To wspaniale, skarbie – odpowiadałem zazwyczaj. – Jestem’ w środku rozdziału. Porozmawiam z nim przy kolacji.

Przy kolacji o tym już nie pamiętałem. Krótko mówiąc, byłem niezbyt skory do chwalenia dzieci, gdy na to zasłużyły.

Zdarzało się i tak, że przychodziła Dottie, mówiąc:

-     Kochanie, Sean właśnie uderzył Katie za wtargnięcie do jego pokoju.

-    Co takiego!? Ma tu zaraz przyjść. Chcę z nim porozmawiać!

Taka wiadomość wywoływała u mnie zupełnie inną reakcję.

Czytana właśnie książka okazywała się już nie tak ważna. Sprawa nie mogła poczekać do kolacji. Musiałem załatwić ją natychmiast, ponie­waż trzeba było skarcić syna i mieć pewność, że został odpowiednio ukarany.

Mógłbym mnożyć tutaj przykłady podobnego postępowania wo­bec Kelly i Katie. (Heather nie było jeszcze wtedy na świecie.) Nie zdawałem sobie sprawy, że uczę dzieci tego, czego chciałem uniknąć: „Uwagę taty można zwrócić na siebie najszybciej, gdy się coś nabroi.”

Prowadząc teraz wykłady dla młodzieży, mogę przyznać, że co najmniej trzy czwarte poznanych dzieci opowiadało o identycznych reakcjach swoich rodziców. Również niedawno oglądany przeze mnie kolejny program telewizyjny z cyklu Focus on the Family, prowadzony przez dr. Jamesa Dobsona, potwierdził takie reakcje u rodziców.

Moje postępowanie wobec dzieci było tragiczne. Po prostu najłat­wiej było mi przyłapać je na niewłaściwym zachowaniu. Ponadto stwarzało to najlepszą okazję do pokazania mojej władzy. Dawało mi to złudne wrażenie, że „dobrze wypełniam swoją ojcowską rolę”.

Gdy około 1984 r. Kelly miała 10, Sean 8, a Katie 4 lata, Bóg użył w moim życiu książki. I nie była to Biblia. Jeden z przyjaciół zwrócił moją uwagę na niewielką książeczkę The One-Minute Manager (Ma­nager jednej minuty) autorstwa Kennetha Blancharda i Spencera John­sona. Ten niewielkiej objętości poradnik przedstawia zwięźle i przej­rzyście, w jaki sposób szef typowego przedsiębiorstwa może pomóc swoim pracownikom w ustaleniu właściwych celów działania, a nas­tępnie urzeczywistnić wraz z nimi te cele za pomocą częstych pochwał i efektywnych kar. Według Blancharda i Johnsona, taki szef jest zaw­sze wśród pracowników, starając się „dostrzec ich właściwe działania”. Gdy mu się to uda, nie szczędzi słów pochwały i zachęty do dalszych wysiłków.

Już po przeczytaniu kilku pierwszych stron zrozumiałem w czym rzecz. The One-Minute Manager nie traktuje wprawdzie o wychowa­niu dzieci, ale dowiedziałem się z tej książki czegoś, co było mi niezbędne jako ojcu. Postanowiłem na nowo spojrzeć na swój stosunek do dzieci. Dotychczas pojmowałem rolę ojca, jakby polegała tylko na przyłapywaniu dzieci na złym zachowaniu. Moje nowe motto brzmi:

Staraj się przyłapać swoje dzieci na tym, gdy robią coś dobrze.

To dziwne, jak wielkich zmian może dokonać jedno krótkie zdanie. Udało mi się obdarzyć moje dzieci bezwarunkową akceptacją, ale z trudnością przychodziło mi doceniać je. Nie oznacza to, że ich wcale nie chwaliłem; udzielałem pochwał dopiero wtedy, gdy upewniłem się, że ukarałem je za wszystkie przewinienia. Z natury rzeczy dzieci po­pełniają różne błędy, toteż nietrudno było je zauważyć. W połączeniu z ich intuicyjnym wnioskiem, że najłatwiej było przyciągnąć moją uwagę coś brojąc, dawało to opisane wyżej efekty.

Zauważ właściwe działania dzieci

Przez cały czas, gdy nasze dzieci z niemowlęctwa dorastały do wieku szkolnego, wprowadzałem zasady, których nauczył mnie Dick Day. Wiedziałem, że moje dzieci potrzebują bezwarunkowej miłości i akceptacji, toteż starałem się okazywać je na co dzień. Zacząłem mieć jednak kłopoty z samym sobą.

Chociaż dojście do wiary w Chrystusa w latach studenckich było mi niezwykle pomocne dla zbudowania poczucia własnej wartości, pierwsze kontakty ze wspólnotami chrześcijańskimi – żywym Kościo­łem dowiodły mi również, że obok miłości do ludzi Bóg okazuje także swoją surowość wobec grzechu. Jeśli chrześcijanin chce podobać się Bogu, powinien nienawidzić grzechu tak jak On i wieść życie zgodne z Jego przykazaniami.

Po ślubie z Dottie i przyjściu na świat dzieci ożyły we mnie wszys­tkie tradycyjne doświadczenia religijne. Doszedłem do wniosku, że moją rodzicielską powinnością jest uchronienie dzieci od grzechu. Powiedziałem sobie: „Jeśli zaniechasz rózgi i rozpuścisz swoje dzieci, z pewnością nie zasłużysz na uznanie Boga.”

Nie znaczy to, że byłem surowy, ale w tym początkowym okresie zasługiwałem na miano ojca o twardej ręce. Często karałem dzieci za nieposłuszeństwo i dość rzadko chwaliłem za właściwe zachowanie. Wyglądało to tak, jakbym przez wychowanie rozumiał szukanie pre­tekstu do karania za ich niewłaściwe zachowanie, albo przynajmniej uprzedzanie ich niecnych zamiarów. Uważałem za konieczność, a na­wet za powinność – poprawianie ich we wszystkim co robiły.

„Następca tronu” i „wybraniec”

Nasz mały „następca tronu” przyszedł na świat dosyć późno, podobnie jak Izaak Abrahama. Mieliśmy teraz również naszego „wy­brańca” – małego Timmy’ego, jak go nazwaliśmy. Wreszcie pojąłem to wszystko i odnalazłem doskonałą analogię. Chyba po raz pierwszy w życiu cała, dość dobrze poznana, jak sądziłem, seminaryjna teologia zaczęła nabierać rumieńców. Teologia ta mówiła, że Bóg jest Ojcem, Jezus Synem („następcą tronu”) a ja, Dick Day, jestem „wybrańcem”. To nie ja wybrałem Boga, to On wybrał mnie. Ta sama prawda dotyczy każdej wierzącej osoby.

A moja ludzka analogia? Ja byłem ojcem, Jonathan „następcą tronu”, a mały Timmy moim „wybrańcem”.

Dzięki tym rozważaniom doszedłem do nowego poglądu na istotę zjawiska akceptacji. Bóg wybrał mnie i kochał mnie wieczną, bezwa­runkową miłością. Wybrałem Timmy’ego i obdarzyłem go tą samą wieczną, bezwarunkową miłością. Ponieważ byłem pewien bezwarun­kowej miłości Boga do mnie, mogłem przekazać moim dzieciom ten sam stan pewności.

W tej książce znajdziecie wiele wspaniałych prawd i wartościo­wych, praktycznych porad na temat wychowania dzieci. Zasadniczą podstawą wszystkich myśli tu zawartych jest to, że Bóg nadał wartość każdemu dziecku. Chrześcijanie popełniają często błąd sądząc, że zyskują nagle na wartości z racji uwierzenia w Chrystusa i utożsamie­nia się z nim. Ich zdaniem, aż do tej chwili byli pozbawionymi wszel­kich wartości, zepsutymi grzesznikami nieuchronnie przybliżającymi się do piekieł. Nic bardziej błędnego. Nasza wartość nie polega na utożsamieniu się z Chrystusem. Zostaje ona natomiast zapewniona – to jest ugruntowana w naszych umysłach i sercach – poprzez utożsa­mienie się z Chrystusem.

Jeśli wyda się to wam teologicznym rozszczepianiem włosa na czworo, zatrzymajmy się na chwilę w tym punkcie. Gdyby wartość przysługiwała tylko chrześcijanom, to dlaczego mielibyśmy troszczyć się także o głodujących mieszkańców Afryki czy nie narodzone dzieci? Nie są one utożsamiane z Chrystusem. Odpowiedź na to zawiera się w stwierdzeniu, że mimo popadnięcia ludzkości w grzech, każdy czło­wiek obdarzony jest wartością, bowiem został stworzony na obraz i podobieństwo Boże. To prawda, że obecnie obraz ten jest straszliwie zdeformowany, zbrukany i spaczony, ale istnieje nadal, mając swą wartość. Wynika ona z Bożego planu stworzenia, potwierdzonego od­kupieniem i dopełnionego zbawieniem. Bóg nie potrzebuje nas. Dys­ponując pełną niezawisłością, obdarza nas jednak miłością, nie z ra­cji swojej potrzeby, lecz woli.

Naszym podstawowym obowiązkiem jest uświadomienie dzie­ciom, że stworzone zostały na obraz i podobieństwo Boże i obdarzone najwyższą wartością.

Po przyjeździe do Ameryki nastąpił dla Timmy’ego etap wejścia w naszą rodzinę. Przez wiele miesięcy trwało jego przystosowywanie się do nowej kultury. Pewnego dnia zapytałem go:

-Timmy, chciałbyś kiedyś wrócić do Korei?

-    Och, nie – odpowiedział.

-   Dlaczego nie? – zapytałem zaintrygowany odpowiedzią.

Nigdy nie zapomnę jego słów:

-    Bo tutaj jestem kimś.

Jak to wiele tłumaczy, prawda? Możemy opisywać akceptację za pomocą terminów teologicznych. Możemy też wyjaśniać ją z punktu widzenia psychologii, ale istota sprawy polega na słowach: „Tutaj – w mojej rodzinie – jestem kimś.”

Oby każde dziecko we wszystkich rodzinach mogło to samo po­wiedzieć.

Jak teologia nabrała rumieńców

W szesnaście lat po narodzinach naszego czwartego dziecka, gdy miałem już ponad 40 lat, pojawił się Jonathan. Był to dość niezwykły chłopczyk, „wcześniak”, w chwili przyjścia na świat ważył niewiele ponad 2 kg. W takich sytuacjach zwykło się mawiać, że powoływanie na świat kolejnego dziecka, gdy ma się ponad czterdziestkę, to wpadka, albo w najlepszym przypadku „nie planowane błogosławieństwo”. Wolę jednak sądzić, że to Bóg zesłał nam Jonathana, abyśmy mogli doświadczyć wychowania dziecka od maleńkości jako rodzice chrześ­cijańscy.

Gdy przywieźliśmy Jonathana ze szpitala do domu, co noc wcho­dziłem do jego pokoju, spoglądałem na jego kołyskę i zachwycałem się nim. Tak musiał się chyba czuć Abraham, gdy u schyłku jego lat narodził się Izaak.

„Jest mój – mówiłem. – Patrzcie tylko na tego malca. Na jego jasne włoski. Jest mój, dzięki Tobie, Boże.”

Powtarzało się to co noc, przez tygodnie, miesiące i lata aż po szósty rok jego życia. Jonathan był naszym małym „następcą tronu”.

Gdy Jonathan miał 6 lat, nadarzyła się nam okazja wyjazdu do Korei w celu uczestniczenia w wielkiej kampanii ewangelizacyj­nej sponsorowanej przez Campus Crusade for Christ. Wyniki tej kampanii były niezwykłe. Ostatniej nocy na Yoido Plaża zebra­ło się 2 min 700 tys. chrześcijan – największe zgromadzenie chrześ­cijan w historii – którzy modlili się i wielbili Boga. Miałem łzy w oczach, słysząc te gigantyczne rzesze głosów śpiewające wspól­nie „Alleluja”.

Ta noc wywarła na mnie duże wrażenie. Jednak nasza koreańska podróż miała dopiero dokonać w moim życiu ogromnej zmiany, choć nastąpiło to dopiero dwadzieścia cztery godziny przed odlotem do Stanów Zjednoczonych.

W przeddzień odjazdu z Korei, w deszczowy niedzielny poranek znalazłem się wraz z Charlotte w sierocińcu na przedmieściach Seulu. Dlaczego udaliśmy się do tego sierocińca? Nie potrzebowałem spadko­biercy. Nie chcieliśmy mieć więcej dzieci – było ich już pięcioro. Czworo z nich to chłopcy, toteż nie brakowało nam gości w dniu imienin. Jeśli miałbym coś po sobie zostawić, jakiś spadek, nie brako­wałoby chętnych.

Nie chcieliśmy mieć więcej dzieci, ale pragnęliśmy podzielić się naszą miłością i naszą rodziną z dzieckiem, które zostało ich pozbawio­ne. W końcu dyrektor przyprowadził pięcioro pytając: „Które z nich chcecie?”

„Które chcieliśmy?” Stanęliśmy wobec konieczności dokonania wyboru. Poczuliśmy się jak pod zimnym prysznicem, szukaliśmy tylko jednego dziecka, a pozostałych czworo miało tu pozostać. Ponieważ dwoje z nich było jeszcze w powijakach, wiedzieliśmy, że nie były nam przeznaczone przez Boga. Nie chcieliśmy zakładać trzeciej rodziny, chcieliśmy powiększyć tylko naszą drugą rodzinę, to znaczy znaleźć brata lub siostrę dla Jonathana. Ograniczyło to możliwość wyboru do trojga dzieci: czteroletniej dziewczynki, pięcioletniego chłopca i sześ­cioletniej dziewczynki.

Mała czterolatka już w minutę po wejściu do pokoju wdrapała się na moje kolana i zaczęła przekomarzać się, zdobywając tym moje serce. W tym czasie sześciolatka zaczęła zachowywać się jak mała mama. Pieściła i opiekowała się dwojgiem niemowlaków, zanim je zabrano. Wydała się nam również niezwykła. Wtedy spojrzeliśmy na chłopczy­ka, który jakby przyjmował to wszystko z obojętnością. Przeprosiliśmy na chwilę obecnych i wyszliśmy razem, by się pomodlić. Zaczęliśmy płakać. Po chwili znowu się modliliśmy. I tak płakaliśmy i modliliśmy się, płakaliśmy i modliliśmy się.

Był to, dzięki Bogu, deszczowy dzień, toteż mogłem wyjść na dwór i… zmoknąć. Deszcz zmoczył mnie solidnie. Gdyby nie to, z pewnością dyrektor sierocińca pomyślałby sobie, że jesteśmy sentymentalni, słabi i mógłby nie dać nam żadnego dziecka.

Podczas modlitwy Bóg wskazał nam tego, kogo powinniśmy wy­brać. Potwierdził swój wybór w naszych sercach, chociaż oboje nie wiedzieliśmy, kogo drugie z nas wybrało. Obydwoje staraliśmy się to odgadnąć.

Zdesperowani wymyśliliśmy metodę „głosowania”. Na dany znak pokazaliśmy na palcach pewną cyfrę. Jeden palec oznaczał czterolatkę, dwa palce pięciolatka, trzy palce sześciolatkę. Ze zdziwieniem stwier­dziliśmy, że obydwoje wyciągnęliśmy równocześnie po dwa. Charlot­te myślała, że wybiorę czteroletnią dziewczynkę, a ja byłem pewien, że ona woli sześciolatkę. W chwili próby Bóg wskazał naszym sercom pięciolatka.

Dyrektor uśmiechnął się i oddalił, by przygotować dokumenty adopcyjne. Myślałem, że nasze rozterki skończą się wraz z dokonaniem wyboru, ale właśnie wtedy zacząłem walczyć z myślami. Czy mogę pokochać tego chłopczyka równie mocno jak Jonathana – mojego „następcę tronu”? Usłyszałem wtedy cichy, spokojny głos: „Dick, a co mówisz ludziom zwracającym się do ciebie o porady małżeńskie i ro­dzinne? Miłość to wybór. Nie chodzi o twój pogląd, lecz o to, czy chcesz, czy też nie chcesz kochać.”

Wiedziałem, że muszę dokonać tego wyboru z wiarą w sercu. Wybór polegał właściwie na zaangażowaniu się w to dziecko – kocha­niu go przez całe jego dalsze życie tak mocno, jak kochałem Jonathana i resztę moich dzieci.

Podpisaliśmy dokumenty i następnego dnia lecieliśmy samolotem do domu. Ciągle zastanawiałem się nad tymi wydarzeniami i powoli zacząłem znajdować dla nich wyjaśnienie.

Bóg chce nas uczyć nowych rzeczy

Lata prywatnej praktyki z zakresu poradnictwa rodzinnego prze­konały mnie o konieczności stworzenia miejsca, w którym wierzący mogliby lepiej zrozumieć istotę Boga i swojej niepowtarzalnej wartości w Jego oczach. Porzuciłem w końcu praktykę prywatną i przeniosłem się do Julian, niewielkiego miasteczka w górach na wschód od San Diego, w stanie Kalifornia. Pomagałem tam w założeniu The Julian Center, organizacji społecznej wspomagającej ludzi w ich drodze przez życie, w rozwinięciu chrześcijańskiego światopoglądu i zrozumieniu własnej kultury. Powstał kierunek studiów, poświęcony zintegrowaniu i praktycznym wykorzystaniu prawdy Bożej we wszystkich aspektach: biblijnym, psychologicznym, historycznym i naukowym. Naszym ce­lem było zbudowanie i rozwijanie pełnej osobowości – pod względem intelektualnym, społecznym, osobistym.

Również Josh McDowell, współtwórca tej książki, przeprowadził się z rodziną do Julian i prowadził na naszym wydziale stałe wykłady. Już od ponad dziesięciu lat The Julian Center wywiera znaczny wpływ na chrześcijański tryb życia, zarówno przedsiębiorców, pań domu, studentów, naukowców, duchownych, jak i osób świeckich zaangażo­wanych w kościołach, misjonarzy i młodych wiernych.

Program studiów obejmuje teologię, filozofię, historię, sztukę, psychologię i socjologię. W trakcie intensywnych 12-tygodniowych kursów wiele uwagi poświęca się stosunkom międzyludzkim, w tym stosunkowi do samego siebie.

Specjalnym elementem programu jest „doświadczanie natury”, w której skład wchodziła wspinaczka górska i testy wytrzymałościowe „na przetrwanie”, które rozwijają umiejętność skutecznego działania w warunkach stresu.

Cała moja wiedza teologiczna, wyniesiona z seminarium i pogłę­biona podczas specjalistycznych zajęć w The Julian Center, koncentro­wała się na bezwarunkowej akceptacji Bożej. Sądziłem, że dość dobrze zrozumiałem tę wielką prawdę, odkrytą przeze mnie w wieku dwu­dziestu kilku lat, gdy silnie zbliżyłem się do wiary. Byłem już wówczas żonaty i miałem czworo dzieci. Gdy zaufałem Chrystusowi, przy­siągłem sobie wychować wszystkie moje dzieci w zgodzie ze wzorem bezwarunkowej akceptacji Bożej. Wraz z Charlotte wychowywaliśmy naszą pierwszą czwórkę dzieci zgodnie z naszym rozumieniem tej najważniejszej biblijnej zasady. Jednak po latach okazało się, że Bóg jeszcze chce nas uczyć nowych rzeczy.

Zgłębiając tajemnicę słów: „Bóg to Miłość”

By pełniej zrozumieć słowa Jezusa skierowane do uczniów (i do nas), powinniśmy powrócić do istoty pojęcia Boga. Jan, który tak samo, a może i więcej niż każdy z pozostałych uczniów, potrzebował wska­zówek Jezusa o istocie wielkości, przez całe późniejsze życie był apostołem. W uzupełnieniu do swojej Ewangelii napisał trzy listy do Kościołów chrześcijańskich. W Pierwszym Liście 4,8 wyraził jakże prostą, a równocześnie głęboką myśl, że „Bóg jest Miłością”. Słowo użyte przez Jana na określenie miłości to greckie agape, co oznacza bezwarunkową, pełną oddania miłość, która nie wymaga zapłaty ani nie oczekuje nagrody.

Bóg ze swej natury pragnie dawać. Boska agape – miłość – pragnie dawać. Dla wielu wygląda to tak, jak gdyby Bóg stworzył nas w celu zaspokojenia własnych potrzeb. Jeśli byłoby to prawdą, mielibyśmy jeszcze większy dylemat, bowiem oznaczałoby to, że

Bóg nie jest samowystarczalny. Rozwiązanie tego problemu polega na uzmysłowieniu sobie.że Bóg jest sam miłością wypełnioną już w Świętej Trójcy. Miłość jest zawarta w Bogu, jest ona bowiem pomiędzy Ojcem i Synem, i Duchem Świętym. Bóg doprawdy nie potrzebuje nikogo poza samym sobą, bo On jest w trzech osobach. W Księ­dze Rodzaju 1,26-27 czytamy jednak, że Bóg (Ojciec, Syn i Duch Święty) rzekł: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz (…) mężczyznę i niewiastę.”

W rzeczywistości Bóg nas nie potrzebował’, On nas pragnął i nadal nas pragnie. Jesteśmy istotami skończonymi, uczynionymi na obraz nieskończonego Boga. Oznacza to, że stworzył nas z darem odczuwa­nia miłości – do Niego i do ludzi, zwłaszcza do dzieci. Nawiązanie tego rodzaju prawdziwego uczucia wymaga jednak dwóch rzeczy: wyboru i zaufania.

Bóg stworzył nas obdarzając zdolnością wyboru: zła lub dobra. Pierwszy mężczyzna i pierwsza kobieta haniebnie przegrali tę próbę, a my wszyscy musimy do dzisiaj płacić za to cenę. Adam i Ewa wybrali zło, bowiem nie zaufali Bogu i Jego Słowu. I chociaż obraz Boga w człowieku skalany został grzechem pierworodnym, nadal jednak w nim pozostał. Bóg ciągle kocha człowieka miłością bezwarunkową, a swojego Syna wysłał na krzyż, by to udowodnić.

Bogactwo i pozycja społeczna

Poza wyglądem zewnętrznym i sukcesem istnieje także inny fał­szywy wzorzec – stan posiadania. Od dzieciństwa wysiadujemy przed szklanym ekranem, z którego codziennie dociera do nas w tysięcznych odmianach jedno materialistyczne wezwanie: „Kup to! Musisz to mieć!” Jedno z opracowań podaje, że do chwili ukończenia szkoły średniej uczeń mieszkający w USA obejrzy średnio około 350 000 reklam.

Jak pisze Stephen Eyre w swojej znakomitej książce Defeating the Dragons ofthe World (Pokonywanie potęg tego świata), specjaliści od reklamy na wiele sposobów powiadają nam, że poczujemy się lepiej, gdy tylko będziemy więcej posiadać. Musimy zatem kupić odpowiedni samochód, dom, stroje i pastę do zębów. Dopiero wówczas znikną nasze problemy.

Syreni śpiew Madison Avenue oznajmia, że wszystko można osiągnąć – sukces, spokój duszy, szczęście – jeśli tylko będziemy kupować i posiadać. Blichtr środków masowego przekazu łudzi nas, że „(…) nasza tożsamość związana jest z naszym stanem posiadania. Za­czynamy sądzić, że «jestem tym, co mam».”

Oprócz stanu posiadania podążamy również za innym wzorcem: pozycją społeczną. Patrząc na świat, można by myśleć, że wszyscy narodziliśmy się, by grać w grę pod tytułem Kto pierwszy. Jezus przez trzy lata nauczał swoich uczniów, że ich prawdziwą troską nie powinno być gromadzenie dóbr doczesnych czy dążenie do zajęcia najwyższego miejsca na drabinie społecznej. Mówił im natomiast o „gromadzeniu swoich skarbów w niebie” (Ewangelia według św. Mateusza 6,19-21).

W Ewangelii według św. Marka 9,33-35 znajdujemy scenę węd­rówki Jezusa z uczniami. Po całodziennym marszu dotarli do celu i Jezus rzekł: „O czym to rozprawialiście w drodze?” Odpowiedzią była martwa cisza. Żaden z uczniów nie chciał przyznać się do tego, że spierali się o to, kto z nich jest największy. Jezus kazał im więc usiąść i rzekł:, Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszys­tkich i sługą wszystkich!”.

Za pomocą jednej celnej uwagi Jezus oznajmił swoim uczniom, że wszyscy mają tę samą wartość. Ich wartości jako ludzi nie da się wymierzyć i określić, który z nich jest „największy”. Jezus kreśli obraz sługi, który nie musi martwić się o swoją pozycję i może być ostatnim ze wszystkich. Taka jest istota prawdziwego przywództwa i prawdzi­wej wielkości.

Przekazawszy im te nauki, Jezus wziął na ręce małe dziecko, które z nimi było i objąwszy je, rzekł: „Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię Moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał” (Ewangelia według św. Mar­ka 9,37).

Dlaczego Jezus posłużył się przenośnią z dzieckiem dla wyrażenia swoich myśli? Uczniowie spierali się o swoją wartość mierzoną osiąg­nięciami i wiarygodnością, natomiast Jezus zdecydował się odwołać do osoby – dziecka, nie obciążonego jeszcze tymi sprawami.

Jezus powiedział w istocie: „Musicie do Mnie przyjść jak przyszłoby małe dziecko – bez oczekiwań i podstępów. Nie musicie przedsta­wiać mi swoich dzieł ani osiągnięć – żadnych powodów, dla których ja i mój Ojciec Niebieski mielibyśmy was kochać. Kochamy was tak, jak kochamy małe dziecko, które zwraca się do nas z pełnym zaufaniem.”

Nasza wartość nie opiera się na osiągnięciach czy zdobytej pozycji. Nie opiera się na tym, co robimy. Nasza wartość wynika z tego, kim jesteśmy, jako osoby uczynione na obraz i podobieństwo Boże.

Po otrzymaniu czwórki gotów był popełnić harakiri

Pewien ksiądz akademicki przyprowadził do naszego gabinetu porad młodego człowieka, który był bliski samobójstwa. Studiował na pierwszym roku medycyny na znanym uniwersytecie i dostał właśnie pierwszy raz w życiu czwórkę. Pamiętam dokładnie moment, w którym sam dostałem swoją pierwszą wymarzoną czwórkę – poszedłem z przyjaciółmi hucznie to uczcić. Ale pierwsza czwórka tego młodzieńca doprowadziła go niemal do samobójstwa i nie były to żarty.

Był najstarszym synem w pewnej japońskiej rodzinie i znajdował się pod niesamowitą presją, wynikającą z kultury azjatyckiej. Jego poczucie własnej wartości opierało się niemal w całości na osiąganych wynikach i jego zamiary samobójcze wywołane obecną „porażką” – otrzymaniem czwórki – były rzeczywiście bardzo poważne.

Fałszywe wzorce

Czy mieliście kiedyś do czynienia z układanką? Najczęściej ludzie rozpoczynają tę zabawę od rozrzucenia wszystkich jej elementów i przyjrzenia się wzorowi na opakowaniu, by dowiedzieć się, jak złożyć obrazek. Można zacząć układanie od skrajnych elementów układanki, kierując się stopniowo do części środkowej. Obrazek na opakowaniu umożliwia poznanie budowy układanki – w jaki sposób tworzy ona całość.

Życie jest układanką, w dosłownym znaczeniu tego słowa, ale ludzie często usiłują złożyć ją, posługując się niewłaściwym obraz­kiem. To tak, jak gdyby ktoś pozamieniał pudełka i kazał nam skom­pletować puzzle według niewłaściwego wzoru.

Ankiety przeprowadzone tak wśród dorosłych, jak i młodzieży pozwoliły na określenie co najmniej czterech fałszywych wzorców, takich jak:

-   wygląd zewnętrzny,

-    sukces,

-   pozycja społeczna,

-   stan posiadania.

Chyba nie ma na świecie nikogo, kto nie troskałby się z powodu swojego wyglądu zewnętrzne go. We wspomnianej już wcześniej książ­ce Hide orSeek, dr James Dobson umieścił rozdział zatytułowany Złota moneta ludzkiej wartości, dotyczący właśnie urody.

„Bez względu na nasze wysiłki i miliardy dolarów wydawanych w tym kraju na podwyższenie swojej atrakcyjności, nadal będziemy przywiązani do fałszywego obrazka — wzoru układanki – który dopro­wadzi nas do drugiego fałszywego wzorca – sukcesu. Czy pamiętacie Dumbo, słonika o ogromnych uszach? Nikt go nie lubił ze względu na jego wygląd zewnętrzny. Co zatem zrobił? Nauczył się latać, kryjąc za tym sukcesem swoje braki fizyczne.”

Bardzo wielu ludzi uważa, że nie wiedzie im się z powodu ich zewnętrznych mankamentów, toteż kompensują to stawiając na osią­ganie sukcesów. Jak zobaczymy w następnym rozdziale, docenianie sukcesów dziecka ma istotne znaczenie, ale dopiero wtedy, gdy nie będzie miało ono najmniejszej wątpliwości co do tego, że jest na pewno kochane i akceptowane.